FYI.

This story is over 5 years old.

Varials

​Jak to jest żyć z palenia zwłok

Kremacja staje się w Polsce coraz popularniejsza. Pierwsze krematorium otwarto w naszym kraju w 1993 r., dziś jest ich ponad 15. Rozmawiamy z facetem, dla którego palenie zwłok stanowi źródło utryzmania
7.6.16

Fot. Henry Mühlpfordt via Wikimedia Commons

Kremacja staje się w Polsce coraz popularniejsza. Pierwsze krematorium otwarto w naszym kraju w 1993 r., dziś jest ich ponad 15. Jeszcze szybszy wzrost odnotowują Stany Zjednoczone – dziś 40% Amerykanów ulega kremacji po śmierci.

Rozmawialiśmy z człowiekiem, dla któregota szybująca popularność stanowi źródło utrzymania. Pochodzi z Kalifornii (gdzie co roku kremacji poddaje się aż 58% wszystkich zmarłych), ma trochę ponad 30 lat i ciągle uczy się swojego rzemiosła. Z obawy przed pracodawcą poprosił, abyśmy nie ujawniali jego nazwiska. Opowiedział mi o tym, jak i dlaczego rozpoczął pracę w tym zawodzie.

Reklama

Po ukończeniu studiów pracowałem dorywczo w wielu gównianych miejscach. W ciągu ostatniego roku zainteresowałem się branżą pogrzebową. Ciągle się zastanawiam dlaczego. Nie było to moje marzenie z dzieciństwa, ani też nie obudziłem się któregoś dnia z planem zmiany zawodu. Chodziło raczej o chęć wykonywania pracy, która będzie mi się wydawała istotna.

Moje pragnienie, aby rozpocząć działalność w tej branży, stało się dla mnie jasne po odbyciu kilku rozmów z właścicielką domu pogrzebowego. Jedna z nich dotyczyła tego, w jaki sposób amerykańska służba zdrowia ma na celu utrzymanie pacjenta przy życiu za wszelką cenę, bez względu na jakość opieki nad nim. Byłem zaskoczony tym, jak rozemocjonował mnie ten temat i jak wiele miałem do powiedzenia. Gdy nasza rozmowa zboczyła na temat tzw. zielonych pogrzebów, ogarnęła mnie fascynacja. Rozmawialiśmy o tym jeszcze kilka razy, aż właścicielka dała mi do zrozumienia, że nadaję się do tej pracy. W końcu podjąłem decyzję i zacząłem szukać w internecie ofert pracy w krematorium. Trafiłem na ogłoszenie „poszukiwany pracownik krematorium / asystent pogrzebowy". Odpowiedziałem, odbyłem dwie rozmowy i miesiąc po wysłaniu podania zostałem przyjęty.

Zanim zagłębiłem się w tej dziedzinie, nie miałem zbyt wiele do czynienia ze śmiercią. Jako 25-latek widziałem, jak mój ojciec umiera na raka. Miałem okazję zobaczyć obrażenia kobiety, która w 2009 roku została postrzelona przed moim domem. Kiedyś ktoś w mojej obecności próbował rzucić się pod pociąg. Gdy zostałem zatrudniony, uświadomiłem sobie, że moje zainteresowanie śmiercią jest w dużej mierze abstrakcyjne. Chciałem wykonywać tę pracę, a prawie nie miałem styczności ze śmiercią ani zwłokami. A jeśli na widok mojego pierwszego nieboszczyka po prostu się porzygam?

Reklama

Pierwszym ciałem, jakie skremowałem, były zwłoki mężczyzny po sześćdziesiątce. Zanim umieścimy zwłoki w piecu kremacyjnym, leżą w specjalnych workach lub są owinięte w prześcieradła. Najpierw trzeba sprawdzić, czy nie mają biżuterii, zegarków czy rozruszników serca – te ostatnie są zasilane bateriami, które pod wpływem wysokiej temperatury eksplodują. Aby je wyczuć, wystarczy mocniej nacisnąć skórę. Jeśli pod skórą znajduje się rozrusznik, należy go wyrwać za pomocą specjalnych nożyc. Więc kiedy już otworzyłem worek z ciałem tego starszego mężczyzny, najpierw zauważyłem, że całe jego nogi były zabandażowane – od kostek aż po uda. Ale brakowało mu genitaliów. Pozostała po nich tylko dziura. Pomyślałem: „Hm, jeśli jest dawcą tkanek, to pewnie oddał skórę komuś, kto uległ poparzeniu od pasa w dół?".

Czasami w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach. Dwa dni temu zajmowaliśmy się zwłokami w stanie rozkładu, śmierdziały strasznie. Trzymaliśmy je w chłodni, która może pomieścić do 25 ciał, a następnie skremowaliśmy. Zawsze, gdy poddaję kości obróbce, unosi się nade mną chmura pyłu, dlatego noszę maskę. Ale w przypadku tego rozkładającego się ciała smród był naprawdę okropny, niczym połączenie zapachu niemytego ciała, beknięcia i starej, zakurzonej szafy.

Dość szybko musiałem się nauczyć, jak sobie radzić z większymi ciałami. Stanowią prawdziwe wyzwanie, zwłaszcza że moja praca polega w większości na dźwiganiu trupów z miejsca na miejsce. Zwykle transportujemy zwłoki przy pomocy specjalnego wózka z podnośnikiem hydraulicznym. Nazywam go „wdowiarką". Kolejny problem z dużymi ludźmi wynika z faktu, że musimy ich skremować jako pierwszych. Piece kremacyjne bardzo mocno się rozgrzewają, a jeśli ktoś gruby spłonie zbyt szybko, temperatura gwałtownie wzrośnie i powstanie więcej dymu, niż dopalacz jest w stanie przetworzyć. To bardzo szkodzi mechanizmowi pieca, poza tym roztopiony tłuszcz może zacząć z niego wyciekać. Dlatego większe ciała spalamy rano, gdy piec jest jeszcze względnie chłodny. To pozwala na utrzymanie stałej temperatury.

Reklama

Aby rozgrzać piec, używam specjalnych pokręteł, które wyglądają jak fragment scenografii filmu sci-fi. Kremacji można dokonać dopiero, gdy komora pieca jest rozgrzana do 850 stopni Celsjusza. Wstępne rozgrzewanie nie trwa zbyt długo, góra 15 minut. Otwieram drzwi i umieszczam ciało w środku, upewniając się przy tym, że płomień znajduje się w odpowiednim miejscu. Ogień musi obejmować klatkę piersiową, najbardziej gęstą partię ciała. Potem co jakiś czas uchylam drzwi, aby sprawdzić, jak postępuje proces. Przypomina mi to trochę zaglądanie do piekła.

Cały proces zajmuje mniej więcej dwie godziny. Zwykle w połowie (w zależności od osoby i jej tempa spalania) sprawdzam postęp przy pomocy długich grabi. Na tym etapie zwłoki przypominają konsystencją rozgotowane żeberka. Dziś sprawdziłem jednego gościa trochę za wcześnie i jego gałka oczna odrobinę się rozlała. Mimo wszystko trudno jest tu coś popsuć. Nie działasz na żywym organizmie, a zwłoki – prędzej czy później – spalą się na proch.


Nie boimy się żadnej pracy. Polub fanpage VICE Polska, żeby być z nami na bieżąco


Gdy w piecu zostają już tylko fragmenty kości, wyłączam piec i schładzam go do 260 stopni. Wtedy znów używam grabi, by zebrać większe kawałki i przesunąć je do specjalnej szuflady, a następnie dokładnie wymiatam popiół przy pomocy miotły z ostrym stalowym włosiem. Wszystko przechodzi jeszcze przez granulator, który przypomina ogromny młynek do kawy. Trafia do niego głównie popiół, a na osobną tacę zrzucam pozostałe szczątki i oddzielam od nich kawałki metalu, takie jak plomby, części endoprotez i inne odłamki, które mogłyby zniszczyć ostrza granulatora. Urządzenie nie rozdrobni dokładnie kości noworodka czy płodu i w takich przypadkach muszę połamać je własnoręcznie za pomocą szczypiec. Następnie mielę je na pył, gdyż w popiołach nie może znajdować się żadna część ciała, którą można by potem od niego oddzielić.

Niektóre rodziny decydują się na rozsypanie prochów. Ceremonia kosztuje 700-800 dolarów, w zależności od tego, ile osób chce w niej uczestniczyć. Płody i noworodki zmarłe podczas porodu najczęściej rozsypuje się nad morzem, bez świadków – tu cena wynosi około 150 dolarów. Tym zajmuje się mój szef. Zachowujemy prochy wielu dzieci, aby uzbierać wystarczającą ilość; wówczas szef wypływa łodzią w morze i wysypuje za burtę.

Mimo że ta praca to dla mnie codzienność, zdarzają się emocjonujące momenty. Kiedyś przeprowadzałem kremację kobiety, która była moją sąsiadką. Nie znałem jej zbyt dobrze, ale czułem, że to właśnie ja powinienem się tym zająć.

Wiem, że nie robię nic istotnego dla zmarłych, nie mają świadomości co się z nimi dzieje. Ich zrozpaczone rodziny też prawdopodobnie nie zastanawiają się nad tym, jak wygląda moja praca. Mimo to cieszę się, że mogę spełnić czyjąś ostatnią wolę.