Ulubiona wódka Finów powstaje w dawnej fabryce koktajli Mołotowa
używki

Ulubiona wódka Finów powstaje w dawnej fabryce koktajli Mołotowa

Nie wiadomo, jak wyglądałaby Finlandia bez Koskenkorvy, i to nie tylko dlatego, że wódka stanowi nieodłączną część fińskiej kultury. Zdaniem niektórych bez niej nie udałoby się odeprzeć inwazji ZSRR w 1939 roku
Jan Bogdaniuk
tłumaczenie Jan Bogdaniuk
12.12.17

Artykuł pierwotnie ukazał się na MUNCHIES

We Francji mają koniak, w Szkocji whisky, a Włosi piją grappę. W Finlandii jest viina.

W fińskim słowniku viina oznacza wódę, gorzałkę i odnosi się do wszystkich napojów wyskokowych. W Finlandii nie pijemy „wódki”. To znaczy: oczywiście, że pijemy, ale zazwyczaj mówimy na nią po prostu viina. Dla uproszczenia: każda wódka to viina, ale nie każda viina to wódka.

Reklama

Najlepiej smakuje zimna jak lód.

Koskenkorva, pieszczotliwe zwana Kossu to obecnie najpopularniejsza viina w Finlandii. Wytwarza ją Altia, państwowe przedsiębiorstwo monopolowe. Napój sam w sobie jest tak dogłębnie fiński, że trudno sobie wyobrazić, jak Finlandia wyglądałaby bez niego. I to niekoniecznie dlatego, że picie stanowi nieodłączną część fińskiej kultury (co jednocześnie jest stereotypem i prawdą). Chodzi również o to, że gorzelnia, w której powstaje, kiedyś trudniła się też produkcją koktajli Mołotowa i, zdaniem wielu, walnie przyczyniła się do odparcia radzieckiej inwazji w 1939 roku.

Nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy. Finlandia stała w obliczu milionowej armii zaopatrzonej w absurdalną siłę rażenia. Sowieci mieli około 3000 czołgów, Finowie ‒ 32, w dodatku nie posiadali praktycznie żadnej broni przeciwpancernej. W walce z czołgami sprawdzały się bomby zapalające, ale wojsko nie nadążało z ich produkcją.

Tak się szczęśliwie złożyło, że Altia, wówczas część państwowego monopolu alkoholowego Oy Alkoholiliike Ab, miała linię rozlewniczą, która tylko zbierała kurz w Rajamäki, tuż pod Helsinkami. Kilka telefonów od ministra obrony oraz dwóch generałów później fińska firma monopolowa przekształciła się w producenta broni. Gorzelnia w Rajamäki zaczęła butelkować koktajle Mołotowa: specjalną mieszankę smoły, benzyny i etanolu, z wodoodporną zapałką przymocowaną po obu stronach flaszki.

Jednak w pośpiechu gorzelnicy do zamykania butelek zapalających używali zakrętek z logiem „Alko ‒ Rajamäki”. Równie dobrze mogli zadzwonić do Stalina i podać mu swój dokładny adres. Radziecki bombowce nie potrzebowały wiele czasu, by odnaleźć gorzelnię. Jak podają niektóre źródła, podczas Wojny Zimowej zrzucono na nią aż 268 bomb. Na szczęście ktoś przytomny i życzliwy w ministerstwie obrony podsunął Oy Alkoholiliike Ab pomysł zakupu czterech dział przeciwlotniczych Bofors kaliber 40 mm. Nie należy to raczej do zwyczajnego wyposażenia gorzelni, ale czasy wtedy też nie były zwyczajne.

Reklama

Jedno z dział przeciwlotniczych wciąż znajduje się w rozlewni.

Zakładowi udało się uniknąć poważnych zniszczeń. W sumie w Rajamäki zabutelkowano 542,194 koktajle Mołotowa.

W 1953 roku, po bardzo burzliwej dekadzie, z gorzelni zrobiono prawdopodobnie znacznie lepszy użytek. W ten sposób rozpoczęła się produkcja Koskenkorvy.

Oryginalna etykieta.

Wieś Koskenkorva jest, mówiąc dyplomatycznie, bardzo spokojna. Miejscowi są dumni, że w wiosce jest bankomat. W miejscu, w którym stara linia kolejowa przecina rzekę Kyrönjoki, widać wysoki silos Altii wyrastający z zielonego lasu. Krajobraz jest bardzo fiński. Jak okiem sięgnąć pola jęczmienia, a pośród nich rozrzucone stare stodoły. Taki właśnie pejzaż widnieje na etykiecie Koskenkorvy.

Pasi Ketelä wie, że z Koskenkorvą lepiej uważać.

„Jeśli o mnie chodzi, wolę nie pić Koskenkorvy” ‒ mówi Pasi Ketelä, rolnik kontraktowy, który pracuje dla gorzelni Koskenkorvy. „Viina mi nie służy” ‒ dodaje, delikatnie sugerując, że po wypiciu Koskenkorvy różnie się dzieje. Ma rację. Nie powiedziałbym, że Kossu cieszy się złą sławą, ale jej efekty są na tyle dobrze znane, że powinny pewnie zostać wpisane na Międzynarodową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

O Koskenkorvie powstają pieśni ‒ i nic dziwnego: tylko w zeszłym roku sklepy monopolowe sprzedały niemal 3 miliony litrów tego niezwykłego napoju. W Ilmajoki znajduje się nawet niewielkie „muzeum gorzałki” poświęcone Kossu, którego właścicielem i kustoszem jest Martti Koskenkorva (tak, to również zwykłe nazwisko).

Reklama

Nie tylko o używkach. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Istnieje nawet swoisty rytuał dotyczący poprawnego otwierania Koskenkorvy w „temperaturze kieszeniowej”. Odwracasz butelkę do góry nogami i uderzasz w denko łokciem. Jeśli zrobisz to, jak trzeba, powinno ci się udać zerwać obwódkę przytrzymującą nakrętkę na miejscu, dzięki czemu bez wysiłku otworzysz flaszkę. Kluczowym elementem tego wyrafinowanego manewru jest właśnie trzask pękającej plomby.

Koskenkorvę pija się jako aperitif, czasem zaś polewa się ją zmrożoną całymi szklankami i zakąsza rakowymi szyjkami. Jednak dość często stanowi po prostu „rohkaisuryyppy”, czyli „kieliszek dla kurażu” ‒ dodaje pijącemu odwagi do realizacji nawet najśmielszych marzeń.


Więcej na VICE: