Fotografia

Hongkong w obiektywie polskiego fotografa: miasto neonów przypominające świat z Blade Runnera

Mariusz Bogacki postanowił uwiecznić piękno neonów, zanim na zawsze znikną z ulic i zmienią się jedynie we wspomnienie

tekst Paweł Mączewski
10 Sierpień 2018, 5:15am

Wszystkie zdjęcia: Mariusz Bogacki

Neony oświetlające noce Hongkongu znikają z ulic miasta – zdradza mi Mariusz Bogacki, polski fotograf, który postanowił uwiecznić ich piękno, zanim zmienią się jedynie we wspomnienie.

W swoim wcześniejszym projekcie o Chungking Mansions – wielkim kompleksie w dzielnicy Tsim Sha Tsui, będącym połączeniem gigantycznego centrum handlowego z sektorem mieszkalnym – starał się przybliżyć istotę globalizacji i przenikających się kultur. Teraz jego zdjęcia neonów, podobnie jak w przypadku Chungking Mansions, ukazują codzienną rzeczywistość tego miejsca, przywodząc na myśl futurystyczny świat rodem z filmów takich, jak Blade Runner.

Skąpane w deszczu ulice, mieniące się różnymi kolorami, opowiadają historie, „gdzie pewnego razu Wschód spotkał się z Zachodem".

VICE: Co cię zainspirowało do robienia zdjęć neonów?
Mariusz Bogacki: Neony Hongkongu są jednym z najbardziej rozpoznawalnych znaków tego niesamowitego miasta. Nawiązują do jego „złotej ery”, z drugiej połowy XX wieku. Hongkong był wtedy najszybciej i najprężniej rozwijającą się gospodarką w Azji, co przełożyło się na boom budownictwa i ogólnie mówiąc na ducha przedsiębiorczości (entrepreneurial spirit). Olbrzymie, kolorowe i artystyczne neony stały się wizytówką miasta, jak również nadawały barw często ciemnym i szarym ulicom. Wracając jednak do samej inspiracji – pomimo moich historyczno-nostalgicznych upodobań do tego tematu – okazuje się, że neony Hongkongu szybko znikają z ulic.

Jak to?
W najlepszym przypadku są one zastępowane dużo tańszymi (i brzydszymi!), masowo produkowanymi banerami LED. Często jest to wytłumaczone bezpieczeństwem i ekonomią (banery z neonami są dużo cięższe i bardziej kosztowne). Ale nie ma w nich sztuki ani charakteru. Prawdziwe neony są produkowane ręcznie przez mistrzów, którzy twierdzą, że „bez neonów miasto staje się miastem widmo”. Jest o tym dużo w dokumencie The Making of Neon Signs, który polecam. Mówiąc krótko – zacząłem fotografować neony, ponieważ niedługo już ich nie będzie.

Jak trafiłeś do Hongkongu?
Wyjechałem do Hongkongu w 2016 roku na wymianę podyplomową, aby studiować Antropologię Społeczną na Chińskim Uniwersytecie Hongkongu (The Chinese University of Hong Kong – CUHK). Początkowo miałem zostać tylko na 6 miesięcy, ale nie było łatwo rozstać się z tą kulturą, ludźmi i miastem. Rozkręciłem parę projektów fotograficzno-etnograficznych, które pozwoliły mi sprawdzić w praktyce zdolności i wiedzę, którą otrzymałem na CUHK. Teraz staram się powracać do Hongkongu co jakiś czas, by dalej nad nimi pracować.

Kiedy patrzę na twoje fotografie, na myśl przychodzą mi obrazy z Blade Runnera. Jakim miastem jest Hongkong?
Bardzo często pojawia się to porównanie. Ogólnie cały zachodni „cyberpunk” zapoczątkowany Blade Runnerem zapożyczał i inspirował się dalekim Wschodem – zwłaszcza miastami typu Hongkong i Tokyo. Mógłbym powiedzieć, że takie podobieństwa tam są: jeżeli chodzi o elementy wizualne, kolory, zaawansowaną elektronikę, budownictwo, szybkie tempo życia i gęstość zaludnienia. Z drugiej strony Hongkong jest urokliwym, bezpiecznym, czystym, pracowitym, ale przede wszystkim stale zmieniającym się miastem. Dzisiejsza wciąż trwająca transformacja jest dość kontrowersyjna. Chodzi oczywiście o trwający 50 lat proces powrotu Hongkongu spod kontroli Wielkiej Brytanii do chińskiego panowania. Innymi słowy – z neoliberalizmu do chińskiego komunizmu. Ale to już inna historia...

Czy fotografowałeś konkretne dzielnice, jakie miejsca/sklepy/usługi reklamują te neony?
Nie skupiałem się na dzielnicach – podążałem za światłem (śmiech). Neony reklamują najczęściej restauracje, czasami sklepy elektroniczne, ale również sauny (czytaj: domy publiczne). Początkowo chciałem przetłumaczyć wszystkie sfotografowane banery – żeby odkryć głębie warstwy znaczeniowej. Później stwierdziłem jednak, że być może lepiej nie wiedzieć, co dokładnie znaczą te nazwy i traktować te zdjęcia jedynie na jej płaszczyźnie wizualnej. Tak jakby filmowo, fantazyjnie, niewinnie – ale też z ignorancją. Po prostu jako taki wizualny background do niesamowitej opowieści o Hongkongu – miejsca, gdzie pewnego razu Wschód spotkał się z Zachodem.

Dzięki za rozmowę.

Śledź autora tekstu na jego profilu na Facebooku

TUTAJ znajdziesz więcej prac Mariusza Bogackiego. Zobacz też więcej zdjęć neonów Hongkongu: