Wysępiłem na festiwalu papierosa i wymieniłem go na koks

Oczywiście po drodze musiałem trochę kombinować, ale przekonałem się, że podstawowa zasada handlu: „kup tanio, sprzedaj drogo” świetnie sprawdza się na festiwalach

tekst David Allegretti; tłumaczenie Jan Bogdaniuk
|
sie 1 2017, 11:00pm

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE Australia

Jakieś dziesięć lat temu niejaki Kyle MacDonald z Kanady przehandlował jeden czerwony spinacz do papieru na cały dom. Nie była to bezpośrednia wymiana. Potrzebował całego roku i 14 kolejnych transakcji, żeby wytargować dwupiętrowy domek na wsi w Saskatchewan.

Ta historia stała się swego rodzaju legendą pośród niebieskich ptaków i darmozjadów, do których się chyba zaliczam. Nie mam pieniędzy, a na pewno nie tyle, żeby stać mnie było na rozbój w biały dzień, jaki w Australii stanowi zakup kokainy. Skoro jednak komuś udało się zamienić spinacz na dom, cóż mogło mnie powstrzymać od wytargowania samarki koksu za papierosa?

Uznałem, że festiwal stwarza niepowtarzalne warunki do kreatywnego handlu. Zamknięty system, w którym każdy ma tylko to, co ze sobą przyniósł, bez dostępu do świata zewnętrznego. Jasne, można spróbować poprosić kogoś o przysługę, ale przecież w dzisiejszych czasach nikt nie rozmawia z nieznajomymi. Dlatego też na wstępie miałem pewną przewagę. Musiałem jedynie znaleźć kogoś, kto potrzebował papierosa. Tak się złożyło, że to ja potrzebowałem papierosa.

Ci dwaj młodzi ludzie z radością pomogli mi w kwestii szluga. Jeśli ich spotkasz, przekaż im moje wyrazy wdzięczności i może postaw piwko albo coś w tym stylu. Prawdziwi dżentelmeni.

Było trudniej, niż się spodziewałem. Panował niemiłosierny upał i nikt nie chciał dać nic wartościowego na wymianę. Napotkałem tego gościa, który sączył piwo z kubka na proteinowe szejki. Zaoferowałem papierosa w zamian za pozostałe piwo. W odpowiedzi usłyszałem, że mam się walić na ryj.

Ten koleś zgodził się zhandlować jointa za mojego papierosa, o ile poczekam z nim „tak z pół godzinki", aż wrócą jego znajomi. Joint za szluga ‒ jak mógłbym przepuścić taką okazję? Po około 40 minutach jego kumpli wciąż nie było, a to, co wcześniej zażył, cokolwiek to było, zdecydowanie zaczynało działać. Co chwila się wywracał, więc uznałem, że nie powinienem tak niecnie wykorzystywać nieboraka. Poza tym cisnęła mnie kupa.


Tylko ważne tematy. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


W tojtoju niechcący podsłuchałem dwóch typów, którzy głośno rozmawiali, jak bardzo potrzebują papierosa. To była moja szansa. „Hej chłopaki mogę wam pomóc w waszej tytoniowej potrzebie" ‒ wrzasnąłem z zacisza mojego plastikowego wychodka. „Dajcie mi tylko chwilę!".

Wykazali się cierpliwością. „To ty jesteś tym głosem z tojtoja, tak?". Teatralnym gestem wyjąłem papierosa zza ucha. Dobijmy targu!

Stanęło na tym, że mieli mi dać za papierosa cztery kadzidełka, o ile pójdę z nimi do namiotu. Bez problemu powinienem znaleźć jakiegoś hipisa, który zapłaci krocie za te cudeńka.

I rzeczywiście. Niemal od razu spotkałem bardzo „przebudzonego" osobnika. Po krótkiej rozmowie o chemtrails, potędze trzeciego oka i trującym nas wszystkich fluorze, zgodził się oddać swojego (bardzo kiepsko skręconego) jointa w zamian za cztery „duchowe patyczki".

Potem napotkałem tego jegomościa. Rozmowa przebiegła mniej więcej tak:
‒ Hej ziomek chcesz jointa?
‒ Aha.
‒ A co mi za niego dasz?
‒ Chcesz trochę podtlenku azotu?

Następnie wymieniłem dwa pojemniczki z podtlenkiem na dwa zimne piwka prosto z turystycznej lodówki.

W tym momencie temperatura przekraczała 40 stopni, a do najbliższego baru trzeba było iść przynajmniej kwadrans. Natrafiłem na typa, który był gotów zabić za zimne piwo. Cóż, to twój szczęśliwy dzień, amigo, bo akurat mam dwa. W zamian dał mi paczkę papierosów. „Są z Korei albo skądś tam. Mój ziomek przywiózł całe kartony".

Nie minęło wiele czasu, aż bogowie handlu zesłali mi piękną dziewczynę, która chciała ode mnie wysępić papierosa. Powiedziałem jej, że czeka na nią cała rama, o ile zaoferuje coś wartego mojego zachodu. „Mamy całą masę kapsułek z MDMA ‒ możesz sobie wziąć trzy. Ale nie rób zdjęcia mojej twarzy. Nie chcę, żeby moja mama to zobaczyła".

Kusiło mnie, żeby w tym miejscu zakończyć moją przygodę. Jak by nie patrzeć, trzy dropsy to już całkiem nieźle. Porozpytywałem jednak po kilku kempingach i koniec końców znalazłem faceta, który mógłby chyba być moim ojcem i zgodził się rozstać z wartą dwie stówy torebeczką mąki do nosa.

Jeśli te słowa czyta jakiś policjant albo moja mama, śpieszę z zapewnieniem, że zdobyty koks wyrzuciłem do najbliższej toalety. Bo narkotyki to zło. Pamiętaj: Zażywasz ‒ przegrywasz!


Więcej na VICE:

Więcej VICE
Kanały VICE