praca

Śpiewanie „Sto lat” to najbardziej dołująca część pracy kelnera

Do pełnego błazna brakuje mi tylko peruki i sztucznego nosa. I tak już porzuciłem ostatnie strzępy godności i dosłownie śpiewam w zamian za miskę strawy
Jan Bogdaniuk
tłumaczenie Jan Bogdaniuk
Fot. Scott Akerman via Flickr

Artykuł pierwotnie ukazał się na MUNCHIES

Witamy w naszym cyklu restauracyjnych zwierzeń, gdzie publikujemy wyznania osób ze świata gastronomii – zarówno tych, którzy pracują na sali, jak i tych z kuchni – żeby dowiedzieć się, co naprawdę dzieje się za kulisami twoich ulubionych knajp.

Od czasu do czasu znajduję się nagle w takiej sytuacji: stoję ze smutnym tortem na rękach, zimne ognie parzą mnie w nadgarstek, a ja śpiewam „Sto lat” komuś, kogo nie znam i pewnie nawet nieszczególnie lubię, choć mam do zrobienia 9000 rzeczy przy innych stolikach.

Reklama

Może powinienem być wdzięczny, że w ogóle mam pracę. Może powinienem być dumny, że daję z siebie wszystko. A może chuj w to. Pozwól, że coś podkreślę: żaden inny zawód, nieważne jak uwłaczający, nie zbliża się bardziej do pozycji dworskiego błazna, niż kelner śpiewający „Sto lat” klientowi.

Gdy z mojego gardła wypływają rozpaczliwe fałsze, a grupka dziewczynek z piątej klasy, zamiast dołączyć, przygląda mi się w kompletnej ciszy, czuję się naprawdę do dupy. Tak teraz wygląda moje życie. Do pełnego klauna brakuje mi tylko peruki i sztucznego nosa. I tak już porzuciłem ostatnie strzępy godności i dosłownie śpiewam w zamian za miskę strawy.


OBEJRZYJ: Mieszaj na zdrowie: koktajle z marihuaną


Muszę dodać, że kiedyś, niedługo po dwudziestce, miałem z tego trochę frajdy, zwłaszcza gdy śpiewałem dla starszej pani albo małego dziecka. Nie jestem aż tak zgorzkniałym ponurakiem, by obruszać się na myśl, że mogę komuś ofiarować odrobinę czystej, nieskrępowanej radości.

I oczywiście, że wiem, co próbujesz osiągnąć. Szukasz odrobiny galanterii i romansu. Wstajesz od stołu, tłumacząc się znajomym, że musisz poszukać łazienki. Dla pozoru pytasz ich jeszcze raz, czy nie wiedzą, gdzie jest toaleta. Odnajdujesz mnie wzrokiem, jak krzątam się przy barze i nonszalancko ruszasz w moim kierunku z ostrożną nadzieją, że zauważę cię, zanim będziesz musiał zacząć się narzucać.

Gdy tylko nasze spojrzenia się spotkają, powoli podchodzisz, powtarzając w myślach, co dokładnie chcesz powiedzieć. Ja, rzecz jasna, wiem, czego chcesz i już zamówiłem ten durny torcik w kuchni, bo, cóż, zdarza mi się podsłuchiwać. Niemniej jednak pozwalam ci wyjaśnić stłumionym głosem, że twój kolega ma dziś święto i zadać najtajniejsze pytanie wieczoru: „A robicie coś z okazji urodzin?”. Wszystko to niepokojąco przypomina transakcję z dilerem — jasne, mam towar.

Reklama

Wszystko to zmienia się jednak w żałosną farsę, gdy odśpiewanie przeze mnie życzeń jest ostatnią rzeczą na świecie, jakiej pragnąłby twój przyjaciel. On i ja nagle zostajemy katapultowani w układ, w którym żaden z nas nie chce robić tego, co właśnie robi. To trochę jak najgorszy seks wszech czasów. W takiej dość częstej sytuacji mam wrażenie, że cały wszechświat wykrzywia do mnie swoją parszywą gębę i zaśmiewa się do rozpuku. Jakby rozstąpiły się niebiosa i sam Zegarmistrz Światła Purpurowy z sadystycznym uśmiechem pytał mnie, czy wiem już, w którym momencie życia popełniłem błąd.


Mówimy, jak jest. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


A skoro już sobie tak dowcipkujemy, to kto do chuja chciałby obchodzić starzenie się o kolejny rok, gdy skończył już 25 lat? To chyba jakiś perwersyjny sposób na przypomnienie, że jestem o rok bliżej wymarzonej emerytury w świecie, w którym sama idea odpoczynku na starość się zdezaktualizowała, zwłaszcza w przypadku kelnerów.

No dobra, dajmy na to, że faktycznie istnieją ludzie, którzy lubią całą tę urodzinową szopkę. Wyobraź sobie jednak, jak to wygląda: stoję nad tobą, 193 cm niezgrabnego faceta, ani głosu, ani słuchu i usiłuję odśpiewać tę durną pioseneczkę, ale co chwila muszę przerywać, żeby ktoś podał mi niezbędne informacje, choćby takie jak twoje imię. Założę się, że dla ciebie jest to równie bolesne i żenujące, co dla mnie.

Jak słyszałem, pojawiają się głosy, by skończyć z napiwkami? Ja bym prosił, żeby skończyć ze śpiewankami. Jedz swoje ciasto, a śpiewy zostaw kolegom. I na wszystko, co dobre i uczciwe na tym świecie, bądź miły dla swojego kelnera. On naprawdę stara się jak może, choć pewnie jest nieźle podkurwiony, że musi to robić.

Reklama

Więcej na VICE: