Stefan Wesołowski: playlista do detoksu duszy
muzyka

Stefan Wesołowski: playlista do detoksu duszy

Oto 10 wypróbowanych kawałków, które nastroją twój umysł i ciało.

Radiohead — Airbag

Czas mojej nastoletniości to miks romantycznego afektu i pijackich przygód ze sporą dbałością o kondycję duchową. Codziennie po szkole chodziłem nad morze rozmyślać nad światem i przyszłością, modliłem się, całe noce słuchałem muzyki i strasznie dużo czytałem. Jak powiedziałby Józef Oleksy byłem, kurwa, jak brzytwa. Kiedy jednak robiło mi nieznośnie ciężko na sercu, zostawał tylko jeden ratunek. Szedłem do mojej starszej 10 lat siostry Kamili — pogadać sobie trochę, posłuchać rad, a jak już zostawałem sam w kuchni to słuchałem po ciemku O.K. Computer i ocierałem łzy, co miało stuprocentową terapeutyczną skuteczność.

Reklama

Bach — Koncerty Brandenburskie

O ile Radiohead pomagało w zrzuceniu z siebie uczuciowego balastu, potaplaniu się we własnym wzruszeniu, o tyle Koncerty Brandenburskie (a w szczególności pierwszy) były mi najwierniejszym towarzyszem w obudowywaniu się siłą, dobrym samopoczuciem i pewnością. To jest jedno z najsłoneczniejszych, najradośniej brzmiących wejść w całej muzyce świata. Kiedy przez fakturę smyczków przebija się blacha, to jest moment, w którym wiesz, że nic nie może cię złamać, jeśli będziesz trzymał się prawdziwej jakości.

Voo Voo — Zasnuty

W ramach duchowej rewitalizacji lubię sobie sięgnąć do korzeni, do rzeczy które były dla mnie ważne kiedyś. I zwykle odkrywam, że te rzeczy się nie starzeją, nie nudzą, są ciągle tak samo wspaniałe i potężne. Dokładnie tak jest z albumem „Sno-powiązałka” Voo Voo. Rzecz absolutnie wybitna, uważam, że na skalę światową. Zresztą wydany dużo później album „Oov Oov” też był genialny. Moim zdaniem te płyty łykają na śniadanie grubą większość dzisiejszych prób bycia w awangardzie i niszowych poszukiwań.

Underworld — Born Slippy

Mam taką słabość, że od czasu do czasu lubię się upodlić na dobrej, konkretnej imprezie, co zresztą wspaniale służy mi zrzuceniu wszelkich psychicznych i fizycznych toksyn. Na co dzień jestem trochę matką-Polką: najwięcej szczęścia przynosi mi bycie z dziećmi, zajmowanie się domem oraz spotkania z rodziną i przyjaciółmi. Natomiast dresiarska część mojej natury upomina się co jakiś czas o stroboskopy, bit w żołądku, spocone ciała, klejącą podłogę przy barze i lawirowanie na granicy dostania w pierdol. I to upominanie się brzmi w mojej głowie właśnie tym numerem.

Reklama

Szászcsávás — Mahala

To też jest przykład idealnej wiksy, tyle że w wydaniu ludowym. Jest taka wioska w Siedmiogrodzie, która nazywa się Szászcsávás a jej mieszkańcy żyją z wyrobu cegieł. Drugą rzeczą, z której słynie są wybitni muzycy i ich słabość do dobrej zabawy. Pot, alkohol i krew płynie tam strumieniami. To, jakimi muzykami są węgierscy cyganie, to jest jakiś odlot. Ich poziom muzykalności, kreacji i umiejętności technicznych jest zupełnie kosmiczny. Przy tym zachowują zupełnie szczerą nonszalancję, grają od niechcenia i są absolutnymi królami. Ile razy sobie tego słucham, mam ochotę tam zanurkować, bioderko samo chodzi.

Hans Zimmer — S.T.A.Y

Na pohybel wszystkim uznającym hollywoodzkie soundtracki za komercyjną papkę. Oczywiście, bywają i takie. Ale bywają też takie dzieła sztuki jak ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera do „Interstellar”.

Trupa Trupa — To Me

Nie ma lepszego miejsca na świecie niż Gdańsk i nie ma lepszych przyjaciół na świecie niż moi. Każde nasze leśne spotkanie jest towarzyską bombą Car i świętem antypozerstwa, gdzie analne dowcipy płynnie łączą się ze wzniosłością, a dookoła biegają sarny i lisy. Na cześć tego dobra niech zabrzmi przepiękny song moich ukochanych przyjaciół z TT. Niechaj nigdy nie dopadnie nas fałsz i gnuśność!

Wolfgang Amadeusz Mozart – Requiem

Nie jestem w stanie policzyć ile razy słuchałem „Requiem”. Słuchałem tego setki, tysiące razy: w tramwaju na słuchawkach, w nocy przed snem, wśród pijackich uniesień w mieszkaniu u Grześka Kwiatkowskiego, na koncertach, podczas których byłem słuchaczem, na koncertach, podczas których sam grałem, oglądając „Amadeusza” Formana. Tyle razy i ciągle nie mam dość. To jest absolut, dowód na istnienie Boga, niedościgły wzór, nauczyciel pokory i uwznioślający wehikuł.

Reklama

John Cage – 4'33''

Obecność tego dzieła tutaj jest dla mnie oczywista. Cisza jest kluczowa. Nie wyobrażam sobie jakości bez umiejętności operowania ciszą i funkcjonowania w niej. Muzyka nie jest dla mnie zagospodarowaniem ciszy, tylko konstrukcją, w której cisza jest tak samo ważnym budulcem, jak dźwięk. Poza tym coraz bardziej przeszkadza mi chaos i hałas, sam łapię się na tym, że sięgam co chwilę po telefon i włączam telewizor zaraz po wejściu do domu. Ten utwór przypomina mi, żeby nie zagłuszać swoich myśli i swojej wyobraźni.


Więcej na VICE