Kryminał

Zawodowy bandyta opowiada, jak obrobić bankomat

„W życiu nie ma nic lepszego niż wielka sterta hajsu, który możesz sobie przeliczyć“
Jan Bogdaniuk
tłumaczenie Jan Bogdaniuk
19.4.17
Zdjęcie ukazuje niewinnego faceta wypłacającego pieniądze z bankomatu. Fot. J.RISTANIEMI na Flickr

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE France

Choć większość z nas na co dzień coraz rzadziej używa gotówki, trzeba przyznać, że o wiele trudniej ją namierzyć, niż cyfrowe przelewy. Właśnie to (i może jeszcze perspektywa spania na materacu wypchanym hajsem) sprawia, że szeleszczący szmal stanowi ulubiony środek płatniczy wszelkich szemranych charakterów i typów spod ciemnej gwiazdy. Co z kolei czyni bankomaty idealnym celem dla każdego, kto desperacko potrzebuje błyskawicznego, solidnego zastrzyku pieniędzy. O ile oczywiście nie mają nic przeciwko wyłudzaniu kodów z kart płatniczych, gazowym bombom i włamaniom za pomocą rozpędzonego auta.

Reklama

Amine* należy do ludzi, którzy w pogoni za mamoną uciekną się do ekstremalnych środków i złamią sporo praw. Ma niecałe 30 lat i obecnie pracuje w sprzedaży detalicznej, ale na boku dorabia sobie okrągłe sumy na rabunku. Zgodził się ze mną porozmawiać o swoich największych skokach.

VICE: Opowiesz mi coś o sobie?
Amine: Myślę, że poszedłem tą samą drogą, co praktycznie każdy młodociany przestępca. Na początek dilowałem zielskiem w liceum, potem zacząłem kraść motory do motocrossu, skutery, samochody ‒ łapałem się za wszystko, co mogło mi przynieść szybki hajs. Nie opływałem w bogactwa, ale żyło mi się całkiem wygodnie i nie musiałem się przepracowywać. Jeździłem sobie na wakacje, stać mnie było na fajne dizajnerskie ciuchy i imprezy w weekend. Gdy skończyłem 19 a może 20 lat znalazłem sobie prawdziwą robotę, ale wciąż dorabiam sobie ekstra na boku. Nigdy mnie na niczym nie złapali, co stanowi zdecydowaną zachętę,

Jak przerzuciłeś się z drobnych kradzieży do rabowania bankomatów?
Po prostu poznałem odpowiednich ludzi ‒ choć może powinienem powiedzieć, że nieodpowiednich. Zaprzyjaźniłem się z nimi, bo są tacy jak ja: zaradni, traktują robotę poważnie i chcą zarobić jak najwięcej pieniędzy w jak najkrótszym czasie. Zebrała się nas szóstka albo siódemka. Specjalizowaliśmy się w rozboju, ale czasem też zdarzał nam się włam albo kradzież auta. Zazwyczaj nie pracujemy wszyscy w tym samym czasie. Do zwykłego włamania nie trzeba aż sześciu ludzi.

Zdarza mi się komuś przylać albo postraszyć bronią, jak się stawia. Taką już mam pracę.

Czyli tworzycie gang?
Można tak powiedzieć. Pracujemy tylko z konkretnym planem i nigdy nie zostawiamy niczego przypadkowi. Dzięki temu zyskaliśmy sobie reputację w naszym światku. Ludzie przychodzą do nas i mówią, że w takim a takim miejscu takiego a takiego dnia ktoś będzie komuś przekazywał sporo gotówki; albo donoszą o handlowcu, który część swoich dochodów trzyma u siebie w domu. Szybko oceniamy potencjalne korzyści i ryzyko, a potem decydujemy, czy bierzemy się za robotę, czy nie. Zwykle dostajemy cynk od znajomych lub krewnych naszych ofiar, szczególnie często od zdradzonych żon, które chcą się w ten sposób zemścić i jeszcze odrobinę wzbogacić.

Czy myślisz czasem o ludziach, których skrzywdziłeś?
Nie. Nie jestem jakimś Robin Hoodem, który okrada tylko bogaczy i międzynarodowe koncerny. Korporacja czy osoba prywatna, dla mnie bez różnicy. Wolę, żeby hajs był w mojej kieszeni, niż w cudzej. Nigdy nikogo nie zabiłem i nie używam przemocy, jeśli ludzie współpracują. Zdarza mi się jednak komuś przylać albo postraszyć bronią, jak się stawia. Taką już mam pracę. Jeśli chodzi ci o jakieś psychologiczne urazy ‒ to mi raczej nie spędza snu z powiek. Nigdy nie poznałem żadnej z moich ofiar i nie zaprzątam sobie głowy, jaki mogę mieć na nie wpływ.

Reklama

Opowiesz mi o pierwszym razie, kiedy obrabowałeś bankomat?
Pewnego dnia kilku gości z mojej ekipy poznało byłego włamywacza, który wiedział, jak się za to zabrać. Nie możesz po prostu wybrać jakiegoś banku na chybił trafił i pójść na żywioł, bez żadnego planu. Wolałbym się za bardzo nie wdawać w szczegóły, ale w niektórych okolicach gotówkę dostarczają kurierzy. Parkują równolegle do bankomatu, zasłaniając się w ten sposób przed staranowaniem przez inny samochód.


Historie z obu stron prawa. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


W innych miejscach ładowacz przyjeżdża sam ‒ takich właśnie okazji szukamy. Nikt przecież nie pisze się na jatkę dla marnych 40 tys. euro na głowę. Ważne też, żeby wcześniej ustalić, czy bank w razie napadu nie plami banknotów. Nie ma nic bardziej frustrującego niż poplamione banknoty.

Rozumiem. A co potem?
Trzeba poczekać, aż facet zacznie ładować kasę do bankomatu. Wyczucie czasu to podstawa. No i lokalizacja: bankomat powinien stać w miejscu, w które można przywalić z rozpędu samochodem. Używamy auta, żeby rozwalić drzwi przy bankomacie (te, których używa dostawca pieniędzy). Nie powinno być żadnych wysokich krawężników, które by cię spowalniały w razie ucieczki, a bankomat powinien stać osobno, na zewnątrz. W najgorszym razie musisz mieć do niego bezpośredni dostęp z samochodu.

Jak wyglądały wasze przygotowania?
Przed napadem sporo biegaliśmy, żeby być w dobrej formie. Zawsze powinieneś móc polegać na swoich nogach, na wypadek, jeśli coś pójdzie nie tak. Poza tym bieganie pomaga uporać się ze stresem. Podczas roboty serce bije ci strasznie szybko. Musisz umieć zachować spokój. Przygotowania do samego skoku zaczynasz od obserwacji bankomatu. Parkujesz na jakimś spokojnym rogu i czekasz, czasem całymi godzinami, aż przyjedzie konwój. Poznajesz ich harmonogramy i trasy, którym się poruszają. Musisz tak czatować co dzień przez kilka tygodni, żeby uniknąć wszelkich niespodzianek, gdy już nadejdzie wielki dzień.

Reklama

Oczywiście nie możesz dopuścić, by miejscowi zaczęli coś podejrzewać. Więc my zorganizowaliśmy to w ten sposób: dwóch ludzi kręci się przy bankomacie, a dwóch innych pilnuje obu ulicy z obu końców, żeby mieć pewność, nie śledzą nas gliny. Cały czas kontaktujemy się ze sobą przez telefon. Żeby utrudnić identyfikację, używamy telefonów z kartą prepaid. Włączamy je dopiero w pobliżu skoku, nigdy nie w okolicy swojego domu.

Roztopiony bankomat. Fot. WedlockPictures na Flickr

Co bierzecie pod uwagę, gdy układacie plan ucieczki?
Musimy obliczyć odległość między bankomatem a najbliższym posterunkiem, żeby wiedzieć, jak szybko na miejsce dotrze policja. Koniecznie trzeba też poznać rozkład miejskich kamer monitoringu, bo policja często korzysta z nich w dochodzeniu. Musieliśmy zaparkować nasz samochód na ucieczkę w miejscu niewidocznym dla kamer.

Czego jeszcze potrzebowaliście?
Mieliśmy trzy kradzione auta i pistolet, tak na wszelki wypadek. Potrzebowaliśmy pośredników, którzy załatwiliby nam samochody. Zamawiasz u takiego kradzione auto wyczyszczone z wszelkich nadajników i systemów satelitarnych. W dużych wozach takie systemy są coraz powszechniejsze. Zamówiliśmy trzy sportowe auta i jedną terenówkę z napędem 4×4, która miała służyć za taran. Wydaliśmy na to ok. 9000 euro (ok. 38 tys. złotych). Mogliśmy sami coś sobie skombinować, ale czasu było mało, bo mieliśmy na głowie pozostałe przygotowania do skoku. Wykorzystaliśmy nasze kontakty, żeby zdobyć broń. Udało nam się dostać spluwę za 1500 euro (6300 złotych).

Reklama

Gdy zakończyliście przygotowania, co pozostało jeszcze do zrobienia?
Byliśmy umówieni na trzy czy cztery godziny przed skokiem, żeby się upewnić, czy wszystko jest na swoim miejscu i wszyscy wiedzą, co mają robić. Po spotkaniu jeden z nas zaparkował samochód tuż obok bankomatu, żeby nikt nam nie zajął miejsca. W międzyczasie drugi pojechał za miasto i zostawił tam drugie auto, które miało nas bezpiecznie dowieźć do domu. Gdy to już było załatwione, spotkaliśmy się w garażu i wsiedliśmy do dwóch pozostałych wozów. Ja kierowałem terenówką, która miała staranować bankomat, a trzech moich wspólników wsiadło do niemieckiego samochodu.

Szczerze mówiąc, w życiu nie ma nic lepszego niż wielka sterta hajsu, który możesz sobie przeliczyć.

Podjechaliśmy do bankomatu, zaparkowaliśmy kawałek dalej i czekaliśmy na dostawę gotówki. Włączyłem stoper i gdy czas dobiegł końca, wbiłem się terenówką w drzwi obok bankomatu. Weszło jak w masło. Pozostali jechali tuż za mną drugim autem, dwóch wbiegło do małego pomieszczenia, jeden szybko spacyfikował dostawcę gotówki, a drugi został przy drzwiach na straży z pistoletem w ręku. W trzy minuty napełnili samochód banknotami we wszystkich kolorach. Miałem akurat tyle czasu, żeby podpalić terenówkę. W ten sposób mieliśmy pewność, że nie zostawimy po sobie żadnych odcisków palców ani śladów DNA. Potem wsiedliśmy wszyscy do drugiego auta i jeden z moich kolegów wciskał gaz do dechy, aż wyjechaliśmy z miasta. Jazda 180 km/h po wąziutkich uliczkach, w nocy, bez świateł ‒ mówię ci, to było przerażające.

A co potem?
Znaleźliśmy spokojne miejsce, w którym podzieliliśmy się łupem i każdy poszedł w swoją stronę. Spędziłem całe godziny, licząc moje pieniądze. Tej pierwszej nocy nie mogłem w ogóle zasnąć, taki byłem podekscytowany. Szczerze mówiąc, w życiu nie ma nic lepszego niż wielka sterta hajsu, który możesz sobie przeliczyć. Gdy już wróciłem na Ziemię, zarezerwowałem sobie wakacje za granicą. Potrzebowałem urlopu, bo od dwóch miesięcy pracowałem po siedem dni w tygodniu.

Reklama

Dlaczego wolałeś wyjechać za granicę, zamiast zostać w swoim kraju?
Wiesz, zrobić udany skok na 145 tys. euro (ponad 610 tys. złotych) to nie przelewki. Policja stanęłaby na głowie, żeby tylko nas znaleźć, więc lepiej się nie wychylać. Poza tym trzeba mieć pewność, że o robocie wiedzą tylko ci, którzy brali w niej udział. Gliny chętnie przymkną oko na mniejsze przestępstwa jakiegoś drobnego dilera w zamian za dobry cynk. Nigdy nie jest się bezpiecznym, gdy ktoś po prostu chce ratować skórę. Takie informacje to za mało, żeby nas od razu zamknąć, ale i tak pomagają glinom, bo dzięki nim wiedzą, czego szukać. Jednak po skoku, jeśli niczego nie spieprzyłeś, nie masz się czym martwić. No, chyba że policja nagle wynajdzie jakieś przełomowe metody śledcze.

*Z oczywistych powodów imię zostało zmienione.


Więcej na VICE: