Jamiroquai  - Automaton

FYI.

This story is over 5 years old.

Recenzje

Jamiroquai - Automaton

Nowa, ósma płyta mistrzów acid-jazzowych brzmień to przede wszystkim bezpretensjonalne zaproszenie do tańca.

Ale również sentymentalna wyprawa w przeszłość - do czasów, kiedy takiej właśnie przebojowej mieszanki electro i funku słuchali zarówno fani ambitnej muzyki, jak i bywalcy dyskotek.

Jak ten czas szybko leci… Od wydania debiutanckiej płyty Jamiroquai minęły już 24 lata! A przecież dwie i pół dekady w historii muzyki rozrywkowej to niemal wieczność. Pamiętacie rok 1993? Nirvana zagrała wówczas swój legendarny, akustyczny koncert dla MTV, 2Pac wypuścił "Strictly 4 My N.I.G.G.A.Z.", Radiohead wydali "Pablo Honey", a Depeche Mode "Songs of Faith and Devotion". Same klasyki. Ale są również słuchacze, dla których najważniejszą płytą tamtego roku była na przykład "Hand On The Torch" grupy Us3 lub właśnie "Emeregency on Planet Earth" Jamiroquai. Patrzę zresztą na moją półkę z płytami i widzę obok tych ostatnich również takie nazwy, jak: Galliano, Incognito, United Future Organization, Guru Jazzmatazz, Brooklyn Funk Essentials, The Brand New Heavies, Stereo MC's, The Herbalizer, The Quantic Soul Orchestra, a wreszcie moich ukochanych Funki Porcini. Jednym zdaniem - kawałek historii acid jazzu i nowego funku z mocnymi, elektronicznymi wpływami.

Reklama

Znamienne, że większość z tych zespołów dziś już nie istnieje - po wygaśnięciu mody na "kwaśne" granie rozwiązały się i zniknęły w mroku historii muzyki rozrywkowej. Co innego z Anglikami dowodzonymi przez charyzmatycznego frontmana lubującego się w szybkich samochodach i ekstrawaganckich nakryciach głowy. Tym razem jednak, po futrzanych czapach z rogami czy indiańskich pióropuszach Jay założył do zdjęcia na okładce futurystyczny kapelusz z fluorescencyjnych szkiełek. Co idealnie koresponduje z - jeśli nie z całą zawartością - to przynajmniej ze sporą częścią ich nowego krążka.

"Automaton" to bowiem z jednej strony sentymentalna (i bardzo udana!) podróż w czasie do trzech pierwszych (czyli najlepszych) albumów w dyskografii tego wieloosobowego muzycznego combo z Londynu. To właśnie wspomniane już "Emergency on Planet Earth" (1993), ale również "The Return of the Space Cowboy" (1994) i "Travelling Without Moving" (1996) rozsławiły oryginalny i niepodrabialny styl Jamiroquaqi, czyli korzystającą pełnymi garściami z historii muzyki tanecznej, ale nowocześnie podaną muzykę klubową. Te odwołania znajdziemy zwłaszcza w kołyszących, swingujących i bardzo wakacyjnych piosenkach "Summer Girl" i "Dr Buzz". Ale też szybkim i idealnym do jazdy samochodem "Superfresh".

Przyjemnie słucha się również mocno nawiązującego do funkowej stylistyki z lat 80. "Night Out In The Jungle" w stylu grupy Kool & The Gang. Z kolei w singlowym i mocno soulowym "Cloud 9" Kay i koledzy najwyraźniej puszczają oko do Lionela Richiego. I dzięki temu jest to jeden z najlepszych numerów na nowym krążku.

Mnie jednak jeszcze bardziej podobają się te kawałki, którymi Jamiroquai zdają się mówić: "nie jesteśmy ramolami z zakurzonej półki i doskonale orientujemy się we współczesnej muzyce tanecznej". Stąd mocno syntetyczne, bo zagrane na syntezatorach rodem z lat 80. "Shake It On". Czy tytułowy "Automaton" - rozpięty gdzieś między archaicznością elektroniki Jeana Michela Jarre'a (intro), a "klubowością" Daft Punk. To chyba najlepszy numer z tego udanego krążka, którym Jamiroquai przypominają się w przebojowym stylu. I słychać w tej muzyce luz, lekkość, feeling i radość grania. Jest tu też uśmiech i słońce. A to o wiele ważniejsze niż solowe popisy, epickie solówki i ambitne, ale wydumane dźwięki.