Reklama
This story is over 5 years old
The Grievous Sins Issue

Z giwerą na gang

Nagły zryw obywatelski skomplikował położenie władz, na których do tej pory ciążyła wyłączna odpowiedzialność za zarządzanie wsiami i zapewnienie im odpowiedniego nadzoru. Początkowo gubernator stanu Ángel Aguirre miał dla milicji tylko słowa pochwały.

tekst Bernardo Loyola and Laura Woldenberg
06 Maj 2013, 9:00am


Członkowie milicji w Cuautepec, w stanie Guerrero, składają przysięgę, że będą bronić członków swoich społeczności przed bandami przestępców.

Piątego stycznia w El Potrero, niewielkim mieście w stanie Guerrero w Meksyku, miejscowy gang przestępców porwał mężczyznę o nazwisku Eusebio García Alvarado. Porwania stanowią chleb powszedni mieszkańców Guerrero—najbiedniejszego z meksykańskich stanów. Położony na południe od Mexico City, stanowi pole bitewne w krwawej wojnie między kartelami narkotykowymi, a władzami państwa. Największe miasto w Guerrero, Acapulco, to popularna wśród Amerykanów miejscowość turystyczna. Według opublikowanych w lutym badań jednego z meksykańskich think tanków, Acapulco zajmuje również zaszczytne drugie miejsce w rankingu najbardziej niebezpiecznych miast świata.


Gonzalo Torres, aka G-1, przywódca unii UPOEG zrzeszającej mieszkańców stanu Guerrero w Ayutla.

Porwanie Eusebio różniło się jednak od wszystkich poprzednich. Eusebio zasiadał bowiem w radzie gminy w Rancho Nuevo oraz był członkiem Unii Miast i Organizacji Stanu Guerrero (UPOEG). Zuchwałość porywaczy tak rozwścieczyła sąsiadów Eusebio, że postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Dzień po porwaniu, setki mieszkańców z pobliskich miast Ayutla de los Libres i Tecoanapa uznały, że są w stanie skuteczniej strzec swoich społeczności przed kryminalistami, niż miejscowe władze. Chwycili za broń —czyli głównie to, co było pod ręką, a więc strzelby myśliwskie i dubeltówki, ustanowili punkty kontrolne przy wjazdach do wsi i zaczęli patrolować drogi w furgonetkach, często ukrywając twarze pod kominiarkami lub zasłaniając je bandanami. W okamgnieniu UPOEG przekształcił się z organizacji skupiającej orędowników modernizacji dróg i infrastruktury w grupę uzbrojonych strażników działających bez żadnego namaszczenia ze strony władzy. Porywacze tego samego dnia uwolnili Eusebio, ale punkty kontrolne i patrole UPOEG nie znikły wraz z jego powrotem. Wręcz przeciwnie, inicjatywa zaczęła uzyskiwać coraz szersze wsparcie.

Pięć gmin w sąsiadującym regionie Costa Chica poszło w ślady UPOEG i zorganizowało własne jednostki milicji. Nie trzeba było długo czekać, aż uzbrojeni i zamaskowani obywatele zaczęli bronić intruzom dostępu do swoich miast. Członkom służb ochotniczych udało się pojmać 54 osoby, które podejrzewali o przynależność do gangów przestępczych (w tym dwóch niepełnoletnich i cztery kobiety). Zatrzymanych osadzono w zaimprowizowanym więzieniu w jednym z prywatnych domów. 31 stycznia członkowie społeczności zebrali się na otwartym boisku do koszykówki w wiosce El Meson, żeby publicznie osądzić pojmanych. Zarzuty, jakie usłyszeli oskarżeni, obejmowały szerokie spektrum przestępstw od porwań, przez wymuszenia, przemyt narkotyków, zabójstwo, aż po palenie zioła. Podczas procesu obecnych było 500 osób, a wydarzenie transmitowały stacje telewizyjne na całym świecie. 


Dwóch strażników robi sobie przerwę podczas nocnego patrolu. 

Nagły zryw obywatelski skomplikował położenie władz, na których do tej pory ciążyła wyłączna odpowiedzialność za zarządzanie wsiami i zapewnienie im odpowiedniego nadzoru. Początkowo gubernator stanu Ángel Aguirre miał dla milicji tylko słowa pochwały. Oświadczył nawet, że obowiązujące prawo pozwala mieszkańcom wsi samodzielnie sprawować rządy. Szybko jednak jego stanowisko uległo radykalnej zmianie. Ogłosił publicznie, że nikt nie ma prawa własnoręcznie wymierzać sprawiedliwości. W wyniku burzliwych pertraktacji między UPOEG, a stroną rządową, w lutym przekazano więźniów pod nadzór policji stanowej.  Ale wieśniacy nie mają najmniejszego zamiaru składać broni. 

Postanowienia prawa federalnego i przepisy dla stanu Guerrero przewidują pewną autonomię społeczności autochtonicznych. Ponieważ członkami milicji są głównie tubylcy, w przypadku wydarzeń w Costa Chica można zatem powołać się na prawny precedens. Francisco Lopez Bárcenas to wzięty prawnik, który jest członkiem plemienia Misteków-rdzennych mieszkańców stanu Oaxaca. Od dziesiątek lat zajmuje się dokumentacją podobnych ruchów społecznych w Meksyku. Twierdzi, że wprawdzie miejscowe społeczności od wieków samodzielnie dbały o własne bezpieczeństwo, ale „grupy samoobrony”, które zawiązały się w Guerrero i innych miejscach, to zupełnie nowe zjawisko.  

“Jednostki miejscowej milicji to nieodłączny element struktury miast i wiosek, wpisany w tradycję rdzennych społeczności i będący jednym z przysługujących im praw,’ wyjaśnia Francisco. “Tymczasem grupy samoobrony to inicjatywy oddolne, nie będące częścią istniejących struktur społecznych. Jako takie nie muszą w praktyce odpowiadać wobec lokalnych społeczności. Nie mają takiego samego umocowania społecznego. Poza tym, w skład grup samoobrony nie muszą wchodzić wyłącznie rdzenni mieszkańcy—mogą je tworzyć rolnicy, albo mieszkańcy miast w sytuacji, gdy jakaś grupa czuje się zagrożona.”


Członek UPOEG w pościgu za przestępcą w górach nieopodal Ayutla.

Costa Chica nie jest jedynym regionem, w którym mieszkańcy wzięli prawo we własne ręce. Wielu Meksykanów na dobre straciło wiarę w zdolność lub chęci rządu do rozprawienia się z przestępczością zorganizowaną (zaledwie 2 procent popełnianych w kraju przestępstw kończy się wyrokiem skazującym). W rezultacie już w pierwszym kwartale tego roku w miejscowościach Jalisco, Chiapas, Michoacán, Veracruz, Oaxaca i w stanie Meksyk jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać kolejne grupy samoobrony. W trakcie podróży do Guerrero, usłyszeliśmy w jednej ze stacji radiowych, że w Coyuca i Acapulco zawiązały się nowe jednostki miejscowej milicji.

Trend zaczyna przenikać z obszarów wiejskich do miast. Kiedy dotarliśmy do punktu kontrolnego za rogatkami Ayutla, miasta o populacji liczącej 13 tysięcy mieszkańców i bastionu strażników, zauważyliśmy, że zamaskowanych wieśniaków z dubeltówkami zastąpili uzbrojeni po zęby żołnierze Meksykańskich Sił Zbrojnych. Dowiedzieliśmy się, że rząd zawarł porozumienie z milicją- jej członkowie mogli pełnić służbę na terenie miasta, ale to wojsko miało przejąć punkty kontrolne na autostradach federalnych. W mieście umówiliśmy się na spotkanie z Gonzalo Torresem, znanym również jako G-1, który jest komendantem milicji odpowiedzialnym za posterunek w Ayutla.

Torres okazał się być zwalistym, jowialnym pięćdziesięcioparolatkiem, ubranym w kraciastą koszulę i brokatową bejsbolówkę. Gawędziliśmy w zaimprowizowanym naprędce punkcie kontrolnym należącym do milicji. Był to zagracony stolik ustawiony na chodniku przed sklepem meblowym, naprzeciwko dużego supermarketu po drugiej stronie ulicy. Zbliżało się południe, była sobota. Gonzalo rozmawiał z młodą kobietą, która prosiła go o interwencję, bo jej mąż się upił i właśnie demolował mieszkanie. Torres zlecił swoim zastępcom zbadanie sprawy. Jego ludzie udali się wraz z kobietą do jej domu, ubrani w kominiarki i kapelusze kowbojskie. Chwilę później pojawiła się inna kobieta, żeby podziękować im za sok pomarańczowy i żywność.


“Działamy od miesiąca i 18 dni. Jak jest, każdy widzi,” oznajmia Gonzalo. „Od kiedy tu jesteśmy, nie miało miejsca ani jedno porwanie, morderstwo czy gwałt. Nie ma wymuszeń i nikt nie żąda haraczu za ochronę. To nasza zasługa.” 

Gonzalo wyjaśnił nam, że w wielu miastach powstały z ich inicjatywy kolejne jednostki ochotniczej policji, które obecnie dbają o bezpieczeństwo 95% osiedli w gminie Ayutla. Ich jurysdykcja obejmuje miasto Tecoanapa i gminy San Marcos, Cruz Grande, Copala i Cuautepec. “System cały czas się rozrasta,” twierdzi. “Codziennie dołącza coraz więcej nowych miast.” 

Przez kolejnych kilka dni nie odstępowaliśmy patrolujących strażników ani na krok. Pewnej nocy jechaliśmy drogą pogrążoną w zupełnych ciemnościach, aż dotarliśmy do punktu kontrolnego, gdzieś w szczerym polu. 20 zamaskowanych mężczyzn zatrzymywało pojazdy i dokonywało przeszukań. Kierowcy mieli obowiązek się wylegitymować. Oficer dowodzący wyjaśnił nam, że funkcjonariusze nie noszą ze sobą latarek, bo dzięki temu łatwiej jest im zaskoczyć kierowców; od razu wyobraziliśmy sobie jakiegoś Bogu ducha winnego turystę, którego wyłaniający się nagle z ciemności widok zamaskowanych i uzbrojonych facetów przyprawia o atak paniki.

Zapytaliśmy Daniela, jednego ze strażników, który służył nam za przewodnika, czy miejscowi zdają sobie sprawę, że punkty kontrolne obsługują członkowie milicji, a nie zwykli kryminaliści. Odparł, „W tych stronach ludzie to wiedzą.” Ale nie wszyscy są równie dobrze poinformowani; 3 lutego dwóch turystów z 

Mexico City zmierzających do nadmorskiej miejscowości Playa Ventura nie zatrzymało się w punkcie kontrolnym. Strażnicy zaatakowali turystów. Poturbowanych wczasowiczów odwieziono do pobliskiego szpitala. Poszkodowani złożyli później pozew przeciwko członkom milicji. Dowództwo UPOEG oświadczyło, że wina leży po stronie turystów, którzy nie zatrzymali wozu w punkcie kontrolnym.

Członkowie milicji nie noszą opasek, nie korzystają z nakazów. W tych okolicznościach nie trudno o zarzut działania poza granicami prawa. Kiedy podnieśliśmy tę kwestię w rozmowie z Gonzalo, odparował, „Spotykamy się z zarzutem bezprawnego działania, ale artykuł 39 Konstytucji Meksyku mówi, że władza pochodzi od ludu, a jej celem jest służba obywatelom. Niezbywalnym prawem każdego obywatela jest prawo do zmiany ustroju. Moim zdaniem miarka się przebrała, i stąd rosnąca popularność grup samoobrony…Instytucje powołane do zwalczania przestępczości nie sprostały wyzwaniu. Całkowicie zaniedbano potrzeby mieszkańców tego stanu. Doszło do eskalacji problemu i nie można już było zapanować nad miejscowymi gangami; zresztą, grupy przestępcze często działają w porozumieniu z władzami, co jest tajemnicą poliszynela.” 

Burmistrz Ayulta, Severo Castro Gomez z Partii Zielonych, wydaje się zadowolony z efektów działalności milicji. „Czy to nie piękne?”, rzucił, kiedy złożyliśmy mu wizytę w jego biurze. „Ludzie bronią swoich.” 

Członkowie milicji nie otrzymują żadnego wynagrodzenia. Mają obowiązek raz w tygodniu uczestniczyć w patrolu. Niektórzy z nich rzucają się w pogoń za przestępcami uzbrojeni jedynie w maczety i broń krótką małego kalibru. Ich odwaga budzi podziw. Krążą pogłoski, jakoby UPOEG zmuszał ludzi do wstępowania w szeregi milicji, ale przywódcy organizacji zaprzeczają tym doniesieniom. Słychać też plotki, że zamiast przekazywać podejrzanych kryminalistów w ręce policji, strażnicy trzymają ich w więzieniach. Towarzyszyliśmy jednostkom milicji podczas kilku akcji, których celem było pojmanie postawionych w stan oskarżenia dilerów narkotyków. Niestety, żadna z operacji nie zakończyła się powodzeniem. Zapewniano nas, że gdyby udało się złapać przestępców, na pewno zostaliby przekazani odpowiednim władzom. Osobiście nie byliśmy jednak świadkami takiego przekazania.

Stan Guerrero, czyli po hiszpańsku „Wojownik”, został tak nazwany na cześć meksykańskiego bohatera narodowego Vicente Guerrero. Region od dawna jest kolebką powstań narodowych, sięgających czasów jeszcze sprzed Rewolucji Meksykańskiej, kiedy dochodziło do starć między robotnikami a wojskiem pod rozkazami ówczesnego prezydenta Porfirio Díaza. To w tym stanie w latach dziewięćdziesiątych na scenie politycznej pojawiło się radykalne, lewicowe ugrupowanie EPR (Ludowe Wojsko Rewolucyjne). 

Guerrero dzierży także palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o tworzenie jednostek policji ochotniczej wśród rdzennej ludności. W 1995 roku w San Luis Acatlán powstała organizacja o nazwie Regionalny Koordynator Władz Lokalnych (CRAC).  Miała być odpowiedzią na przetaczającą się przez kraj falę zbrodni. Obecnie, składające się wyłącznie z ochotników służby CRAC są oficjalnie uznawane i wspierane przez władze stanowe w Guerrero. Byliśmy w ich siedzibie w San Luis Acatlán, gdzie spotkaliśmy się z Pablo Guzmánem Hernándezem. Pablo jest jednym z regionalnych koordynatorów. Zdradził nam, że od chwili powstania organizacji CRAC, przestępczość w 72 rdzennych społecznościach zajmujących teren znajdujący się pod nadzorem ochotniczej policji spadła o całe 90%.  Według Pablo, niekonwencjonalne służby są tak skuteczne, ponieważ „ich funkcjonariusze to miejscowi, którzy znają okolicę i jej mieszkańców, jak własną kieszeń.” Funkcjonariusze CRAC nie zasłaniają twarzy, tak jak nowopowstałe grupy samoobrony. Na T-shirtach, w które są ubrani policjanci oraz na ich pojazdach widnieje logo organizacji. Wymierzają sprawiedliwość, jednocześnie kładąc nacisk na resocjalizację przestępców; więźniowie wykonują prace społeczne, a w celach zamyka się ich jedynie w nocy. Z pozoru ten system działa bez zarzutu, ale rzeczywistość jest nieco inna. Nie zawsze oskarżeni otrzymują możliwość sprawiedliwego procesu zgodnego z obowiązującymi standardami prawnymi. Często nawet się ich nie informuje, jak długo będzie trwał ich pobyt w więzieniu. Z drugiej strony, cały meksykański wymiar sprawiedliwości jest do niczego. W tej sytuacji trudno wieszać psy na CRAC czy UPOEG. 

Elementem wspólnym obu organizacji jest osoba Brunona Plácido Valerio --- współzałożyciela CRAC.  Nieco ponad dwa lata temu Bruno pomagał także zadebiutować UPOEG, wówczas jeszcze bezimiennej organizacji. Powody, dla których uzbrojone i odziane w maski jednostki UPOEG zaczęły aktywnie patrolować okolicę pozostają niejasne. Niektórzy twierdzą, że CRAC nie był w stanie samodzielnie uporać się z przestępczością zorganizowaną, więc na scenie pojawił się UPOEG; inni uważają, że agresywne zagrania taktyczne UPOEG wynikają z pobudek politycznych. Albo celem jest osłabienie CRAC, albo Brunonowi zależy na rozgłosie ze względów osobistych i politycznych.  Oczywiście, to mogą być tylko plotki; niemniej nie ulega wątpliwości, że władze stanu Guerrero są znacznie lepiej nastawione wobec Brunona, niż organizacji CRAC, co zresztą jest powodem rosnących napięć między obiema grupami. 

Nasze spotkanie z Brunonem odbyło się w nadmorskim miasteczku Marquelia; 

Bruno pojechał tam, żeby spotkać się z liderami lokalnej wspólnoty, którzy rozważali utworzenie miejscowej, ochotniczej jednostki policji.  Właśnie wrócił z Mexico City, gdzie prowadził rozmowy z przedstawicielami władz ustawodawczych. Wcześniej wpadł z wizytą do Gubernatora Aguirre, rezydującego w stolicy stanu Chilpancingo.

Bruno wyjawił nam, że UPOEG chciałby uzyskać status prawny krajowej organizacji zrzeszające lokalne jednostki policji. Grupa samoobrony to za mało. Dodał również, że jednostki UPOEG są obecne w 40 z 82 gmin w całym stanie. Inna sprawa, że nie udało się znaleźć danych statystycznych z niezależnego źródła, które potwierdziłyby jego słowa. 

“Działamy szybciej i skuteczniej, niż zwykła policja,” chwali się Bruno. „Obywamy się bez pomocy CIA czy DEA. Jest takie powiedzenie, ‘Klin się nie rozpadnie, jeśli jest wykonany z jednego kawałka drewna’. Nasi ludzie znają mieszkańców na wylot, zarówno tych porządnych, jak i rozrabiaków. Wiemy, kim są nasi sąsiedzi.” 

Spytaliśmy się Brunona, czy UPOEG otrzymuje jakiekolwiek dofinansowanie od rządu i czy sam ma jakieś dalekosiężne ambicje polityczne. „Naszemu ruchowi przyświeca jeden cel: zapewnić spokój i bezpieczeństwo wszystkim mieszkańcom,’ odparł. „Nie mamy żadnych pleców; nie łączą nas żadne konszachty z przemytnikami narkotyków, nie snujemy ambitnych planów politycznych. Mamy czyste intencje. Poddajemy krytyce niektóre działania rządu, ale nie jesteśmy wobec niego wrogo nastawieni. Sprzeciwiamy się jedynie pewnym strategiom politycznym, realizowanym przez ekipę rządzącą.”

Mimo, że prawdziwe motywy działania liderów UPOEG pozostają niejednoznaczne, cele członków organizacji są całkiem jasne: pragną ograniczyć przemoc, zapobiegać porwaniom i przełamać nieufność wobec policji w lokalnych społecznościach. Rdzenni mieszkańcy Meksyku żyją w skrajnej nędzy. W tych okolicznościach, pozorna niezdolność lub niechęć rządu do ostatecznego rozprawienia się z przestępczością zorganizowaną stała się katalizatorem bezprecedensowego, oddolnego ruchu społecznego. Celem nadrzędnym stała się samoobrona. Tym społecznościom od dawna nie brakowało powodów, żeby chwycić za broń i stawić czoła bezwzględnym gangom. Być może to ostatnia deska ratunku dla zmęczonych wszechobecną przemocą obywateli. 

Rząd nie może oczekiwać od tych ludzi, ze złożą broń, póki sam nie znajdzie skutecznego rozwiązania problemu przemocy. Dopiero w takich warunkach zamaskowani mściciele będą gotowi zdjąć kominiarki i oddać giwery.

Zobacz też:

osiemdziesiąt jeden lat za zioło
Druz nie chce do woja
Cyngiel do wynajęcia

Tagged:
mexico
VICE Magazine
Guerrero
Varials
narkotyki
Vice Blog
Meksyk
milicja
wojna
kartele
Numer 4 Temat 4
obywatelska