FYI.

This story is over 5 years old.

podróże

Na opuszczonym dworze rosyjskiego Donalda Trumpa

Siergiej Połoński zarobił swój pierwszy milion dolarów w wieku 23 lat, działając w latach 90. na szybko rosnącym rosyjskim rynku nieruchomości. Dziś siedzi za kratkami, a jego prywatny archipelag niszczeje

Siergiej Połoński, rosyjski ekscentryk oraz eksmiliarder. Zdjęcie z Wikimedia Commons

Siergiej Połoński zarobił swój pierwszy milion dolarów w wieku 23 lat, działając w latach 90. na szybko rosnącym rosyjskim rynku nieruchomości. Odpowiada też za postawienie najwyższego w Europie drapacza chmur. Nieprzewidywalny dziwak o nieposkromionym ego – Połoński to ktoś na kształt rosyjskiego Donalda Trumpa. Różnica między nimi tkwi w tym, że w czasie kiedy Trump odkrył Twittera i postanowił ruszyć po urząd prezydencki, Połoński został oskarżony o oszukiwanie inwestorów, którzy chcieli lokować swój kapitał w Rosji. Od tego czasu Połoński nigdy nie wrócił do ojczyzny z własnej woli — zamiast tego, buduje swoje uchodźcze imperium na tropikalnym wybrzeżu Kambodży.

Reklama

Odkąd zamieszkał w tym małym południowoazjatyckim kraju, Połoński kupił archipelag pięknych wysypek (na jednej z nich stał nawet las złożony z kamiennych penisów), dwa razy odsiadywał w kambodżańskim więzieniu, wplątał się w wojnę totalną z rosyjskim herpetologiem oraz stworzył dziwaczną filozofię samopomocy, bazującą na przedsiębiorczości i duchowości.

Połoński, według którego zarzuty z 2013 roku są w całości sfabrykowane, wyruszył do Kambodży, by wieść żywot buńczucznego playboya. W marcowym poście na swoim LiveJournalu złożył nawet urodzinowe życzenia rosyjskiemu ministrowi spraw zagranicznych, Siergiejowi Ławrowowi, zapraszając go do siebie, aby obaj panowie w końcu mieli okazję „spojrzeć sobie w oczy" i „polować na barrakudy".

W maju bieżącego roku Połoński został aresztowany i deportowany do Rosji. Ale nawet mimo tego, że aktualnie przebywa w moskiewskim więzieniu w oczekiwaniu na proces, mieszkańcy Kambodży mają go nadal w pamięci.

Wyspiarskie imperium Połońskiego znajduje się obecnie pod zarządem policji i wojska. Według mojego informatora z otoczenia Połońskiego (prosił o anonimowość), z całego dobytku na prywatnej wyspie Koh Damlong ostały się tylko ściany – cała reszta została złupiona przez policję i przypadkowych żeglarzy. Jeżeli ten obraz wydaje się przygnębiający, to stan jego ogromnej posiadłości zbudowanej na skalistej wyspie Koh Dek Koul dołuje jeszcze bardziej.

W czasach przed aresztowaniem i deportacją Połońskiego wiele razy zdarzyło mi się gościć na jego wyspie. Podczas moich odwiedzin leże miliardera roiło się od jego co najmniej 30-osobowej świty, która trzymała pieczę nad jego sprawami prawnymi oraz projektami deweloperskim, nieraz pracując na przestrzeni kilku stref czasowych.

Reklama

Prawie każdy z pokoi na Koh Dek Koul miał na wyposażeniu płaskoekranowy telewizor nadający rosyjskie wiadomości, a rozległa biblioteka Połońskiego zawierała pozycje takie jak Książę czy kambodżański kodeks karny. Cała posiadłość sprawiała wrażenie wyciągniętej ze snu bondowskiego złoczyńcy z ery Rogera Moore'a – miała nawet basen z widokiem na ocean oraz wielkiego, sztucznego rekina, spoglądającego złowrogo znad jacuzzi.

Sąsiadujący z jacuzzi rekin Połońskiego. Zdjęcie wykonane przez Beth Ann Lopez.

Kiedy odwiedziłem matecznik Połońskiego w sześć miesięcy po jego deportacji, odkryłem, że stylizowana na Angkor-Wat posiadłość (tak samo, jak jej pierwowzór) jest powoli zagarniana przez dżunglę.

Wszędzie poniewierały się gnijące śmieci, a wielki fragment muru zapadł się do środka, ukazując jeden z gabinetów Połońskiego. Po znajdującej się w nim uprzednio kolekcji orientalnych kuriozów nie było ani śladu.

Gnijące leżaki. Zdjęcie wykonane przez Beta Ann Lopez

A oto historia wygnania Połońskiego oraz tego, co zostało z jego walącego się imperium.

Po raz pierwszy spotkałem Siergieja Połońskiego w grudniu 2014 roku, kiedy jako dziennikarz zostałem oddelegowany do napisania o jego kambodżańskich błazeństwach. Ekscentryczny oligarcha zezwolił prasie na obserwowanie prowadzonych przez niego „treningów z biznesu", które odbywały się na Koh Damlong, wyspie znajdującej się jakieś sześć kilometrów od wybrzeża Kambodży. Każdy z jego adeptów musiał zapłacić co najmniej 1600 euro za możliwość dołączenia do swojego nadpobudliwego guru podczas 10-dniowych seminariów, które miały na celu zarówno odpicowanie biznesu, jak i osobowości kursantów.

Reklama

Na wyspę dowiozły nas motorówki, którymi cięliśmy spokojne wody Zatoki Tajlandzkiej. Na miejscu czekał już na nas miliarder we własnej osobie, który przywitał gości w swoim obejściu, nie mając na sobie niczego poza szarym dresem.

Podczas treningów, jak i po ich zakończeniu, udało mi się kilkukrotnie porozmawiać z Połońskim. Tym, co wywarło na mnie największe wrażenie, była emanująca od niego mistyczna aura, dzięki której prowadził stadko ponad 20 nieporadnych rosyjskich uczniów przez dżunglę, zabierając ich na nieomal sekciarskie zgromadzenie.

Kwatera główna Połońskiego. Zdjęcie wykonane przez Beth Ann Lopez

Wielbiciele Połońskiego dotarli w końcu do małej polany na szczycie klifu, gdzie czekało na nich ognisko. Rozpoczęła się długa sesja Q&A z mistrzem ceremonii, podczas której oligarcha rozwlekle odpowiadał na wszelkie pytania – od biznesu po religię. Wszystkie odpowiedzi wypełniałazapał i werwa, a oczarowana publiczność spijała mu słowa z ust, nie zważając nawet na fruwające w powietrzu komary.

„Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!" - krzyknął w pewnym momencie Połoński. Jego tors był nagi, a on patrzył w mrok. Publika zamarła w podziwie.
„Wierzę, że jest geniuszem" – powiedziała mi jedna z uczestniczek, Natalia Ganina.
„Robi swoje, nie zważając na to, co inni powiedzą", kontynuowała Natalia, twierdząc, że jego niezmierzone pokłady energii mają swoje źródło w kosmosie.

Otoczony pełnymi podziwu adeptami, Połoński był w swoim żywiole.

Charyzmatyczny oligarcha widocznie czerpał satysfakcję z przekazywania swojej wiedzy fanom, których zmuszał do uczestnictwa w biznesowych gierkach. Przegrani za karę musieli biegać na około wielkiego drzewa, rosnącego na innej z jego wysp.

Reklama

Momentami wydawało się nawet, że jego ego nie ma granic. Gdy siedzieliśmy w barze na jego wyspie, powiedział mi, że „po Bogu, to deweloperzy byli pierwszymi, którzy budowali Ziemię". Na złą sławę w Rosji zapracował sobie mówiąc, że każdy, kto nie ma miliarda dolarów, może iść się walić (chociaż sam twierdzi, że ten cytat został wyjęty z kontekstu).

Kryzys na rynku nieruchomości w 2008 roku przyniósł Połońskiemu wiele strat, zadłużając go na nieomal 600 milionów funtów. Jakby tego było mało, Połoński twierdził, że jego rosyjscy konkurenci, do spółki z jego byłym prawnikiem (który pracował nad restrukturyzacją długu dewelopera), okradli go na kolejne setki milionów dolarów.

„Zostałem okradziony z 1.1 miliarda dolarów (740 milionów funtów), rozumiesz to?!", krzyczał podczas naszej rozmowy w bungalowie, przy okazji jednego z seminariów.

Molo Połońskiego. Zdjęcie wykonane przez Beth Ann Lopez.

Prawdopodobnie aby na nowo przeżyć swoje ubiegłe deweloperskie sukcesy, w 2014 roku Połoński zaczął inwestować w idealistyczny „Projekt Archipelag". Ma on na celu zamienić łańcuch ośmiu prywatnych wysp miliardera, które kupił od rządu, na doskonale skomunikowane centrum turystyczne, będące w stanie rywalizować z Angkor-Wat.

„Tutaj nie będzie żadnych narodowości, żadnych dogmatów religijnych, żadnej pseudowojennej agresji", powiedział mi Połoński – znów w bungalowie, snując swoje marzenia o projekcie, który zjednoczyłby podzieloną planetę.

Koh Damlong była jedyną wyspą, dla której zaplanowano faktyczną rozbudowę. Chodziło w niej o zbudowanie kilkudziesięciu eleganckich, drewnianych bungalowów – oczywiście harmonijnie wkomponowanych w dżunglę.

Reklama

Mniej wysmakowane zdawały dziesiątki kamiennych penisów o nadnaturalnych proporcjach, rozrzucone całej wyspie – miejscami tworzyły nawet małe, kutasowe lasy. Prawdopodobnie zostały tam umieszczone z okazji imprezy, która odbyła się w 2012 roku i miała na celu otworzenie „portalu prowadzącego do planu astralnego". Ten pomysł zrodził się w głowie byłego partnera Połońskiego, którego miliarder posądza również o rozmieszczenie kutasów. Nie zmienia to jednak faktu, że partner zniknął, a kamienne kutasy nadal stoją.

Wspomniany „kutasowy las" na wyspie Siergieja Połońskiego. Zdjęcie z Facebooka.

Mimo to, na drodze do zbudowania tego szczególnego raju nadal stały dwie trudne do przeskoczenia przeszkody.

Pierwsza z nich to zarzuty, jakie w Rosji nadal ciążyły nad głową Połońskiego. W październiku 2013 r. biznesmen stanął na skraju ekstradycji, o którą zaapelował rząd Rosji.

Niespełna trzydziestu kambodżańskich policjantów wyruszyło z misją złapania przebiegłego oligarchy, który ukrył się w gęstej dżungli na Koh Rong, gdzie został w końcu aresztowany po trwającym wiele godzin pościgu. Po dwóch miesiącach zwolniono go z aresztu dzięki wyrokowi Nadzwyczajnej Izby Sądu Kambodży, która zadecydowała przeciwko ekstradycji. Swoją wolność Połoński zawdzięczał braku umowy o ekstradycję pomiędzy Kambodżą a Rosją.

Druga znacząca przeszkoda zrodziła się z jego konfliktu z byłym partnerem w interesach, Michaiłem Doroszenką – wykształconym w czasach sowieckich herpetologiem, który dysponował kontaktami w Kambodży i obiecał pomóc Połońskiemu w realizacji jego planu.

Reklama

Ich kontakty uległy znacznemu pogorszeniu na początku 2013 roku, kiedy Połoński został po raz pierwszy zamknięty w kambodżańskim więzieniu, będąc podejrzanym o napaść na żeglarzy i zmuszenie ich za pomocą noża do opuszczenia pokładu łodzi. Z więzienia został zwolniony w kwietniu 2013.

Połoński był pewien, że jego zamknięcie zostało ukartowane przez Doroszenkę. „Pomógł żeglarzom napisać oskarżające mnie pismo, które pokazali na policji", wyznał mi miliarder, podczas gdy przebywaliśmy na górnym pokładzie jego trzydziestometrowego jachtu. „Kiedy ja siedziałem, on sprzedawał moje wyspy".

Z drugiej strony rodzina Doroszenki twierdzi, że Połoński stoi za pobiciem ich krewnego, jak również odpowiada za detonację Land-Rovera pułapki nieopodal ich domu. Doroszenko oskarżył Połońskiego wprost o próbę zabójstwa jego i jego rodziny (w odpowiedzi, Połoński zaoferował, że da się zbadać wariografem, aby udowodnić, że nie chciał skrzywdzić rodziny swojego byłego wspólnika). Doroszenkowie wykorzystali również majątek Połońskiego przeciwko niemu, oskarżając go o korupcję kambodżańskich sądów na ogromną skalę, a także rozpowszechniając zdjęcia oligarchy, które godziły w jego dobre imię. Widać na nich miliardera pozującego nago lub z dwoma skrętami.

Jak wyjawił mi Doroszenko, w trakcie ich współpracy Połoński był pijany lub upalony „od rana do nocy". Nasza rozmowa odbyła się w lutym i przeprowadziliśmy ją w jego Wężowym Domu – pół domu, pół zoo, w którym mieszkają setki węży i krokodyli. Doroszenko zdradził mi też, że pomysł „Projektu Archipelag" zrodził się w jego głowie, i wcale nie był dziełem Połońskiego.

Reklama

Z kolei podczas mojego rejsu z Połońskim po otwartym morzu, biznesmen wyzywał Doroszenkę od łotrów i łajdaków.

„Sąd! Gdzie jest sąd, gdzie jest prawo?!", krzyczał Połoński, przeczesując horyzont z lornetką przytkniętą do oczu. „W taki piękny dzień nie mam ochoty o tym myśleć".

Ku radości Połońskiego, Doroszenko został zamknięty w marcu pod zarzutem fałszowania podpisów na dokumentach sprzedaży wysp Połońskiego. Z Doroszenką za kratkami, sen rosyjskiego oligarchy o wyspiarskim raju był już o krok od realizacji.

Pokład jachtu Połońskiego, przejętego przez kambodżańską policję. Zdjęcie wykonane przez Beth Ann Lopez.

Jednak w królestwie Połońskiego sprawy wcale nie miały się dobrze – jego głośny spór z Doroszenką przyprawił go o dużą niesławę w Sihanoukville – leżącym nieopodal jego imperium turystycznym kurorcie, usytuowanym na wybrzeżu Kambodży. Zła fama sprawiła, że kambodżańska policja przyjęła nową taktykę, ogłaszając, że położy kres zagranicznej „mafii".

„[Połoński] działał bezkarnie, dając przykład innym, że można swobodnie łamać prawo", powiedział Douglas McColl, wiceprezydent Stowarzyszenia Turystycznego w Sihanoukville. Jak powiedział McColl, bezkarność Połońskiego wynikała z tego, że „miał w pizdu pieniędzy".

Połońskiemu zaczęła się palić ziemia pod nogami.

W marcu rosyjscy i kambodżańscy urzędnicy wysokiego szczebla wzięli udział w publicznej konferencji, na której dyskutowali o możliwości ekstradycji Połońskiego. Niedługo później Połońskiemu chwilowo skończyły się fundusze na opłacanie swojej kambodżańskiej załogi, a przynajmniej tak twierdzą jego obecni i byli pracownicy, którzy chcą pozostać anonimowi.

Reklama

Ósmego maja, w rozpaczliwiej próbie pokazania korzyści, jakie jego obecność przyniosła Kambodży, Połoński ofiarował 3300 dolarów Kambodżańskiemu Czerwonemu Krzyżowi, którego szefową jest żona premiera Kambodży – a zarazem strongmana – Hun Sena.

Ten wybieg nie przyniósł jednak oczekiwanego efektu. Piętnastego maja żandarmeria dokonała szturmu na zacumowany u wybrzeży Koh Damlong jacht Połońskiego, aresztując oligarchę, wielu członków jego załogi, a nawet jego dwa bezwłose psy meksykańskie: Flinta i Faraona (według żony Połońskiego, oba przebywają teraz bezpiecznie w Rosji, ale ich podróż zasługuje na osobny artykuł).

Stamtąd Połoński został wysłany na kontynent, skąd na pokładzie helikoptera trafił do stolicy Kambodży – Phnom Penh – ubrany jedynie w szorty kąpielowe i klapki. Dwa dni później, deweloper znalazł się w moskiewskim areszcie.

Drzwi wejściowe do domu Połońskiego, sfotografowane już po aresztowaniu. Zdjęcie wykonane przez Beth Ann Lopez

Kambodżańska policja wydała oświadczenie, w którym stwierdziła, że Połoński został aresztowany za posiadanie nieważnego paszportu, oraz że aresztowanie nie było wywołane naciskami ze strony rosyjskiej. To dość absurdalne oświadczenie, biorąc pod uwagę fakt, że zaledwie dzień wcześniej władze Kambodży dyskutowały nad ostatnimi prośbami Moskwy o ekstradycję.

Zagadką pozostaje powód, dla którego jego czternaście spraw przeciwko Doroszenkom nie zostało umorzonych. Nadal muszą odpowiedzieć na jego zarzuty przed kambodżańskim sądem – nawet mimo tego, że pozywający ich biznesmen znajduje się w innym kraju, i to za kratkami.

Reklama

Tymczasem Połoński jest zawieszony w próżni i oczekuje swojego procesu w Moskwie.

Oczywiście nie przeszkodziło mu to brylować w świetle jupiterów. Od swojego zamknięcia zdołał już oświadczyć się swojej dziewczynie za pomocą pierścionka, który zrobił z odpadków, został poddany badaniu psychiatrycznemu, poprosił o saksofon, by móc grać muzykę oraz wydał tomik wierszy.

Jego los jest wielką niewiadomą. Według rzecznika oligarchy, Ilii Rosenfelda, głośny urzędnik Oleg Silczenko (pierwszy śledczy w sprawie Połońskiego, wpisany na czarną listą przez rząd Stanów Zjednoczonych za udział w śmierci uwięzionego Siergieja Magnickiego) jest szarą eminencją stojącą za sprawą oligarchy.

Mimo to nadzieja na uwolnienie Połońskiego pozostaje żywa po tym, jak rosyjski rzecznik praw obywatelskich poręczył w październiku za jego niewinność.

Niezależnie od tego, jakie by nie były jego szanse na odzyskanie wolności, Połoński stał się biznesmenem-męczennikiem, kolejnym symbolem niepraworządności rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości.

W nagraniu, które udało mi się zdobyć, widać Połońskiego, jak wygłasza swoją przemowę w sali sądowej. Materiał pochodzi z sierpnia i widać na nim oligarchę, który mówi, że za kratkami spotkał wielu uwięzionych biznesmenów, którzy są ofiarami niejasnych zarzutów, a w rzeczywistości „wspaniale obchodzą się z dziećmi".

„Te historie niszczą rosyjski biznes, rozumie to wysoki sąd?" – zapytał sędziego, a w jego słowach brzmiała duma i oburzenie.

„Wiesz, nie czuję się, jakbym musiał coś udowadniać tym panom", powiedział Połoński.
„Moje słowa są wyryte w betonie. Ten beton stoi w Kambodży i ciągnie się od niej po Amerykę. Moje budynki stoją w Anglii, we Francji, w Czernichowie [Ukraina]".

„Moje budowle są najlepsze na świecie".

Śledź Charlesa na Twitterze.