FYI.

This story is over 5 years old.

podróże

​Pozdro techno Stories: DJ na granicy

Jechałem autem na imprezę do Lwowa. Strażnicy graniczni, zobaczywszy kejsa z winylami w bagażniku, zapytali - DJ? - odpowiedziałem, że tak – Narkociki!
26 Marzec 2015, 4:10pm

Niejednokrotnie słyszałem od zapraszanych przeze mnie artystów, że promotorzy płacą im nie za występy, ale za to mordercze podróżowanie, jakie serwują im międzynarodowe bookingi. Sam dojazd z Warszawy do Białegostoku potrafi niejednego wyprowadzić z równowagi. A co dopiero odprawy na lotniskach, targanie kejsów, brak snu, zmiany stref czasowych, jetlagi? Bycie rozchwytywanym DJ-em potrafi dać mocno w kość. Szczególnie jeśli robisz to dwa czy trzy razy w tygodniu. Tak naprawdę, zanim zdążą oni dojść do siebie, to cykl rozpoczyna się od początku.

Mimo że nie mam zbyt dużego doświadczenia w zagranicznych podróżach jako DJ, to zdążyłem przeżyć kilka przygód, które – opowiedziane z perspektywy czasu – wywołują uśmiech na ustach, choć w momencie, gdy miały miejsce, do śmiechu mi nie było...

Samo podróżowanie po Polsce potrafi być nie lada wyzwaniem. Wyobraźcie sobie tę niezwykłą przyjemność przejazdu PKP z Białegostoku do Szczecina (12 godzin), zagranie seta na imprezie, szybki, przepyszny posiłek wprost z budy przy dworcu i kolejne pół doby w pociągu, w którym nie da się zasnąć, bo siedzisz w pełnym przedziale tak ściśnięty, że co rusz ktoś cię trąca, musisz się przesuwać, by kogoś przepuścić, no i jest tak cholernie gorąco, że nie da się oddychać (albo tak zimno, że musisz się okrywać kurtką). Po wszystkim pięknie pachniesz przejściem podziemnym na Centralnym (tzw. bryzą moczową) tudzież pociągową toaletą i utlenionym aluminium. Co dalej? Wracasz do domu i... po kilku godzinach snu musisz iść do pracy. Bo z grania imprez nie da się utrzymać, trzeba zapier... Wiem, że są większe hardkory w życiu, ale zjeździłem pociągami Polskę wzdłuż i wszerz i nie ma zbyt wielu rzeczy, które gorzej mi się kojarzą. Skoro podróże koleją potrafią tak zryć banię, to co mają powiedzieć artyści, którzy spędzają pół weekendu w samolocie? Na samą myśl o czymś takim bardzo im współczuję.

Ale z siebie mogę się pośmiać. Miałem przyjemność zagrać w kilku fajnych miejscach za granicą i zawsze nosiło to znamiona przygody. Białystok jest świetną bazą do wypadu na Wschód. Idąc kluczem geograficznym, zacznę od Grodna na Białorusi.

Grodno leży około 70 kilometrów od Białegostoku. Ten krótki dystans sprawia, że Białorusini stanowią stały element krajobrazu w moim rodzinnym mieście. Między innymi dzięki nim, gdy mijasz dworzec kolejowy lub autobusowy, nie jesteś w stanie nie usłyszeć półwyszeptanego słowa „cigarety". Nigdy nie zastanawiałem się, skąd to się do końca bierze, zanim wyruszyłem po raz pierwszy do Grodna, akurat by zagrać imprezę. W zależności od środka transportu, jaki wybierzesz, pokonujesz te 70 kilometrów w trzy do dziesięciu godzin. Powód? Granica, oczywiście. A na granicy stoisz tak długo, bo przemyt do Polski i zakupy w Polsce kwitną.

Raz wybrałem się autem, mając na pokładzie Eda (DMX Krew). Czas spędziliśmy na ciekawych rozmowach, ale obaj zgodnie uznaliśmy, że sześciogodzinne siedzenie w aucie na granicy (i to w jedną stronę!) to zdecydowanie za długo.

„Dogodniejszy" jest dojazd pociągiem. Już sam moment oczekiwania na peronie stanowi porywające przeżycie. Pierwszy szok przeżywasz, gdy podstawiają pociąg: najstarszy możliwy skład w najprostszej konfiguracji. Wsiadasz i widzisz, że wszystko się rozpada. Powód tego stanu rzeczy? Brakuje trzech czwartych śrubek montażowych w wagonie... Do momentu spotkania z białoruską strażą graniczną wszystko – poza pociągiem – jest w porządku. Gdy na horyzoncie pojawiają się te wielkie, zastraszające czapki, to wiedz, że za chwilę coś się wydarzy. Na każdej granicy słyszałem to niezręczne pytanie dotyczące zawartości mojego kejsa: co to za płyty, po co, czy to nowe, czy to stare itd. Na szczęście na dźwięk słowa „DJ" białoruscy celnicy zawsze puszczają mnie dalej J Imprezy w Grodnie są megaenergetyczne. Tam sto osób bawi się z takim hukiem jak u nas 300.

Ale skoro miało być o trudach podróży, to muszę wam opowiedzieć, co się dzieje w drodze powrotnej do Białegostoku, bo właśnie to stanowi całą esencję tego wywodu. Hadamard, holenderski producent electro, po naszej ostatniej przejażdżce pociągiem relacji Grodno–Białystok nie mógł się doczekać, aż opowie wszystkim swoim znajomym o tym, co się tam dzieje. Ja zaś opowiem wam o moim pierwszym razie w pociągu „Niemen".

Zazwyczaj gdy wsiadam do pociągu nad ranem po imprezie, jedyne, o czym myślę, to sen. Wracając z Białorusi, nie zamierzałem jednak zmrużyć oka ani przez chwilę. Dlaczego? To, co udało mi się tam zobaczyć, było jedyne w swoim rodzaju – szkoda więc czasu na spanie.

Gdy już obsługa dworca wypuściła pasażerów po odprawie z zamkniętej strefy na peron (a robi to na dwie minuty przed odjazdem składu), zaczął się szaleńczy bieg w stronę wagonów. Na początku nie wiedziałem, o co chodzi, ale szybko się zorientowałem, bo w momencie, gdy stanąłem na schodkach, pociąg już ruszał. Dopiero później zrozumiałem, dlaczego tak było. A było tak, by dać jak najmniej czasu na to, co dzieje się później w wagonach...

Trzy słusznej postury panie ubrane w gustowne, bynajmniej niebawełniane dresy usiadły na ławeczkach w wagonie typu kowbojka. Rozłożyły stoliczek, wyciągnęły flaszkę czystej i kieliszki. Rozlały pierwszą kolejkę. Potem drugą, trzecią i w ciągu pięciu minut butelka była pusta. Złożyły stoliczek. Następnie jedna z nich, wyglądająca na szefową (ona przynajmniej polewała), wydała okrzyk zaczepny typu „nu, dawaj!" i panie zaczęły się rozbierać. Odetchnąłem z ulgą, gdy okazało się, że chodzi jedynie o zdjęcie kartonów papierosów przyklejonych do ciała taśmą. Potem wyciągnęły śrubokręty. Po pięciu minutach w każdym możliwym miejscu zostały ukryte fajki. Włącznie z ławką, na której siedziałem ja i przerażony skejcik z Wielkiej Brytanii (nie wiem, co tam robił, ale był jeszcze pijany)...

Na granicy do wagonu wpadają celnicy, odwalając swoją rutynę:

– Dzień dobry, wszystkim! – woła uśmiechnięty od ucha do ucha celnik.

– Dzień dobry! – odpowiadają wszyscy chórem nieco mniej uśmiechnięci.

– To co tam dzisiaj mamy?

– Niiiiiiiic! – Białorusini wykrzykują znów zgodnym chórem.

– No to kręcimy... – podsumowuje zrezygnowanym tonem celnik.

I wtedy pasażerowie wypraszani są na peron, a proces się powtarza – celnicy rozkręcają wagon, znajdując w różnych zakamarkach pochowane kartony. Z peronu słychać co chwilę przekleństwa po rosyjsku, ale mimo to zaraz za granicą okazuje się, że celnicy nie zdążyli zgarnąć nawet połowy przemytu... O dziwo, mój kejs pozostał poza kręgiem podejrzeń.

Innym razem sam zostałem uznany za przemytnika, ale to miało już miejsce na granicy ukraińskiej. Jechałem autem na imprezę do Lwowa. Strażnicy graniczni, zobaczywszy kejsa z winylami w bagażniku, zapytali:

– DJ?

– Tak, DJ.

– Narkociki!

– Co?

– Mitsubishi, alieni, my znajuuuuu – panowie byli z siebie bardzo zadowoleni.

– ...???

– Na jamu! – krzyknęli, rechocząc.

Jak się okazało minutę później, jama to nic innego jak kanał, na którym rozkręcają samochód należący do osoby podejrzanej o przemyt. Spędziłem tam pięć godzin, patrząc, jak demolują mi auto w poszukiwaniu nie wiadomo czego. Potem zrobiło się całkiem śmiesznie, gdy sprawdzali bagaże mojego kolegi, który według celników miał z sobą więcej kosmetyków niż ich żony razem wzięte. Nie otrzymawszy od nas łapówki, odpuścili sobie trzepanie auta i pozwolili nam jechać dalej.

Impreza we Lwowie (w klubie Metro, he, he) była nawet całkiem przyjemna...

Pierwsza kontrola na drodze powrotnej. Opuszczam szybę, funkcjonariusz patrzy na mnie i się śmieje. Zdążyłem zrobić tylko pytające oczy, zanim złapał mnie za włosy i powiedział:

– Ty, Kozak?

Chwila stresu, ale zaraz potem mogłem pojechać do następnego checkpointu. Potrzebowałem małej lekcji historii, by zrozumieć ten żart .

Szkoda tylko, że śmiejący się z kosmetyków kolegi pogranicznicy zemścili się za brak łapówki w typowo insiderski sposób i nie wpisali nam w papiery daty przekroczenia granicy. Dzięki temu miałem powtórkę z rozrywki w drodze powrotnej. Strażnik uznał, że nie wiadomo, jak długo byłem na Ukrainie i że pewnie jest to coś baaardzo podejrzanego... Na jamu!

TIP: Nie jedź autem na Ukrainę. Nie tylko z powodu odprawy granicznej. Zrobiłem tam około 300 kilometrów, co zaowocowało dwoma amortyzatorami do wymiany i niemalże urwanym kołem.