Reklama
Moje zdanie

​Czego nauczyło mnie liceum

Chemia nauczyła mnie najwięcej: pod żadnym pozorem​ nie wolno mieszać piwa z wódką

tekst Julia Karasińska
23 Kwiecień 2015, 1:35pm

To nie są bohaterki tego tekstu! Źródło: Flickr/Laura Hadden

Liceum dla wielu to okres pełen zajebistych przygód, ludzi, pierwszych miłości i imprez. Dla mnie po części było podobnie. Niby szkoła średnia ma nas przygotować do tego upiornego egzaminu dorosłości, który czeka na nas za kilkanaście dni, ale nie dajcie zmylić, bo to bujda. Pierwszy tydzień jest najtrudniejszy, jak to z pierwszymi razami bywa zazwyczaj. Nie znasz ludzi i głupio zrobić ten pierwszy krok. Dlatego siedzisz cicho i się nie wychylasz, ale też nie za cicho, żeby nikt nie przykleił ci naklejki klasowego przygłupa, dewotki czy innego dziwaka z Krainy Oz.

Zacznijmy od tego, że wiedzy teoretycznej w głowie zostało mi naprawdę niewiele. Chemia nauczyła mnie najwięcej: pod żadnym pozorem nie wolno mieszać piwa z wódką, bo zazwyczaj kończy się to w ten sam sposób (czyt. pod klatką, na wytrzeźwiałce albo w mieszkaniu nieznajomych).

Pani od Biologi uświadomiła nam, czym jest antykoncepcja, ale to też poszło się jebać, bo w mojej szkole spokojnie można było zaprosić MTV z programem „Nastoletnie ciąże". Ja na szczęście na tych lekcjach sumiennie słuchałam i notowałam skrzętnie w kajeciku, za co sobie dzisiaj szczerze dziękuję.

Jeśli przyszłoby mi dzisiaj uratować człowieka na ulicy, to jedyne co potrafię zrobić, to zadzwonić pod 112 i wsadzić mu korek od wina w zęby, żeby przypadkiem się nie pogryzł. Z Przysposobienia Obronnego poza tym korkiem, nauczono mnie o zasadach BHP, które są niesamowicie ważne w życiu każdego z nas: Bezpieczeństwo Higiena Palenia.

Oprócz wiedzy programowej, którą dostajemy w pakiecie na start, przyszło mi się nauczyć paru innych rzeczy, nieco w życiu ważniejszych. Udało mi się wytrenować swoją psychikę do takiego stopnia, że spokojnie mogę dzisiaj przejść z uśmiechem przez wielką kupę. Koledzy nie zawsze byli mili, to samo z nauczycielami, którzy nieźle czasem mieszali nas z błotem, ciepłym i brązowym.

Drugie primo, wprowadziłam zasadę: miej wyjebane, a będzie ci dane. Zasada sprawdza się nie tylko w szkole.

Trzecie primo ultimo, jeśli ci na czymś zależy, to pierdol konsekwencje i brnij do swojego celu. Tak, szkoła nauczyła mnie egoizmu, ale takiego zdrowego, bo dzięki temu udało mi się jakoś przetrwać. Kto nie ryzykuje, szampana nie pije!

A propos, liceum zrobiło ze mnie alkoholiczkę. Okej, może nie kupuję flaszki i nie wypijam jej ze smakiem pod ławką, ale to właśnie w szkole średniej poznałam słodki smak zimnego piwa, taniego winka i nocnego życia. To może właśnie od imprez jestem uzależniona, bo przecież jakoś trzeba odreagowywać.

Z moich znajomych też wyrośli nałogowcy: narkomani, kleptomani i nimfomanki. Nic w tym dziwnego, to taki okres, w którym wszystko przyszło nam robić po raz pierwszy. Pierwsze dragi, seks i przypały, ale powiedzmy sobie otwarcie, że gdyby nie to, bylibyśmy totalnie nudni. Każdy potrzebuje swojego uzależnienia. Dobrego, złego, jakiegokolwiek?

Zapytałam dwie inne dziewczyny z dużych miast, jak oni wspominają okres liceum i czego ich to miejsce nauczyło.

Natalia 18 lat, Warszawa

Po pierwsze to, te trzy lata uświadomiły mi, że ludzie są chujami i szczerze mają innych gdzieś. Tak samo, jak ten chory system, który każdego z nas, ze wszystkich sił próbuje wciągnąć do swojej rutyny. Wiem teraz, że ufać mogę nielicznym, a jedynie garstka osób może pomóc ci odnaleźć siebie samego.

Nauczyłam się przekraczania granic. Raczej wyznaczania swoich granic i zacierania tych starych. Sky has no limit, jak to mówią. Rok temu chcieli mnie wyjebać za zioło. Oczywiście była gadka, że to dla mojego dobra, ale ja wiedziałam, że mnie mają akurat głęboko w gardle. Tu chodziło o dobre mienie szkoły, bo jak to tak, narkomani w naszej szkole? Tak być nie może. To uświadomiło mi, że trzeba dbać o siebie, bo nikt o ciebie lepiej nie zadba, niż ty sam/a.

Jagoda 19 lat, Kraków

W tym czasie odkryłam prawdziwe twarze moich rówieśników. Oduczyłam się wchodzić w dyskusje o poglądach, polityce, czy kulturze. Nawet jeśli mam swoje zdanie, które potrafię poważnie podeprzeć odpowiednimi argumentami. Zauważyłam, że ludzie, zwłaszcza w tym wieku nie są zdolni do dyskusji, która prowadzi do czegoś konstruktywnego. Lepiej im to wychodzi po pijaku. Na trzeźwo traktują każdą rozmowę, jak debatę oksfordzką. Nie ma już dla mnie tematów o gejach, in vitro i antykoncepcji. Po prostu nie ma sensu.

Nauczyłam się natomiast szczerości. Nie będę uprzejma, bo tak wypada. Jeśli ktoś jest idiotą, to go omijam szerokim łukiem. Jeśli taka osoba usilnie próbuje zacząć ze mną rozmowę, to bezlitośnie mu udowadniam, że jego towarzystwo mi nie odpowiada. Lubię też poprawiać innych, zwłaszcza, tych, którzy na mnie szczekają. Coś tam trajkocze, naskakuje i kończy na „możesz to wsiąść pod uwagę" i jak się wtedy odpowie „wsiąść raczej nie, mogłabym ewentualnie wziąć", to taka miła satysfakcja.