FYI.

This story is over 5 years old.

pieniądze

Jak stracić McPracę

W ramach próby wykolejenia kapitalistycznej maszyny, aplikowałem o pracę w restauracjach z fast foodem, a następnie starałem się ją jak najszybciej stracić. Uznałem, że nie ma na to lepszego miejsca niż McDonald's
tekst Kyle G
07 Kwiecień 2015, 12:01pm
Wszystkie zdjęcia Rory Taylor

Wiecie co? Pieprzyć kapitalizm. Tak – powiedziałem to. Otwórzcie oczy, a zaczniecie dostrzegać, że wszystko, co robi ten system, to dawanie bogatym pozycji niekwestionowanej władzy, podczas gdy reszta z nas jest zmuszona taplać się w egzystencjalnych pomyjach, budując jacuzzi dla ludzi z grubymi brzuchami i kabrioletami. Nie wiem jak dla was, ale to nie jest moja wizja raju.

W ramach próby wykolejenia kapitalistycznej maszyny zdecydowałem się spędzić parę miesięcy swojego życia, aplikując o pracę w restauracjach z fast foodem, a następnie starać się jak najszybciej ją stracić. Uznałem, że nie ma lepszego miejsca, by zacząć moją kampanię bezsensownego, drażniącego terroru, niż McDonald's – statek-matka śmieciowego jedzenia. Wkroczyłem więc tam uzbrojony w arsenał irytujących tików, kłamstw o doświadczeniu w McDonaldzie w Azji Południowo-Wschodniej i pomysł na mojego nowego burgera, „Jego McNificencję".

W dniu mojej pierwszej zmiany przy ladzie powitała mnie młoda Czeszka. Wydawała się całkiem życzliwa i zapewniła, że odpowie na wszystkie moje pytania.
– Ty jesteś Kyle? – zapytała.
– To zdecydowanie ja – odparłem, uśmiechając się.
– Długo wcześniej pracowałeś w McDonald's?
– Odkąd sięgam pamięcią – odpowiedziałem.
Na dole pokazała mi pokój dla pracowników i powiedziała, żebym przyszedł do niej, gdy przebiorę się w uniform.


Tylko dobre rady. Polub fanpage VICE Polska, żeby być z nami na bieżąco


Jak tylko wszedłem na górę, poznałem kierownika zmiany i asystentkę menedżera. Od razu zauważyłem, że podchodzą do swojej pracy bardzo poważnie. Wspomniałem, że czuję się świetnie, znowu nosząc firmowy strój McDonald's, zanim odszedłem, mówiąc:
– Dobra, wskoczę teraz na jedną z kas i odświeżę sobie pamięć.
– Pamiętasz, jak działają, tak? – zawołał za mną kierownik.
– Tak, tak, tak! – odkrzyknąłem przez ramię.
Nigdy wcześniej nie widziałem tych kas, ale pomyślałem, że pewnie uda mi się je rozpracować. Spojrzałem na szereg głodnych twarzy.
– Kto następny?! – wrzasnąłem.

W rzeczywistości jestem 24-letnim Anglikiem, który mieszka w Brighton, i z resztą załogi rozmawiałem moim normalnym głosem, ale na potrzeby tego ćwiczenia zdecydowałem się zwracać do klientów przerażająco jęczącym amerykańskim jazgotem, co – mam nadzieję – jasno pokazywało wszystkim w zasięgu mojego wrzasku, że przybieram ten akcent tylko wtedy, gdy przyjmuję zamówienia.

– Cześć, witaj w McDonald's, jakiego burgera mogę ci dzisiaj podać? – zapytałem prawdopodobnie najbardziej nieznośnym głosem, jaki kiedykolwiek słyszałem.
Mężczyzna spojrzał na mnie i zawahał się przez chwilę, po czym zamówił powiększony zestaw z hamburgerem i shakiem truskawkowym.
– No dobrze, popatrzmy... – powiedziałem, spoglądając w dół na kasę. Mimo że zbadałem trochę, jak operuje firma, naprawdę nie miałem pojęcia, co robię. Uratowała mnie moja czeska pomocniczka. Swoim normalnym głosem zapytałem ją, jak zamienić napoje gazowane na shaki. Gdy już to dla mnie załatwiła, spojrzałem znowu na mężczyznę i wrzasnąłem po amerykańsku:
– To będzie 4,49 funta, dzięęęęęęęęki! Bawiłem się świetnie, sprawdzając, jak długo mogę przeciągać „dzięki" z każdym klientem. Losowo przedłużałem też inne słowa.
– Cześć, witaj w McDoooooonaaaald's, jaki rodzaj burgera mogę ci dzisiaaaj pooooodać?" – zapytałem następnego kolesia spoglądającego na tablicę z menu.

Obsłużyłem paru innych ludzi, zanim kierownik zmiany przywołał mnie do siebie. Był młodym, ciemnowłosym mężczyzną, który mówił imponująco niskim, monotonnym głosem. W przeciwieństwie do mojego jego głos nie posiadał jakiejkolwiek ekspresji.
– Gdy klient podchodzi do lady, powiedz tylko: „Cześć, jak się masz?" normalnym głosem, proszę. Zdanie, którym ciągle witasz ludzi, to nie jest coś, czego szukamy.
Staliśmy w ciszy, patrząc na siebie przez sekundę, podczas gdy asystentka menedżera wsypywała frytki do kartonu obok nas.
– Słuchaj – powiedziałem – w zeszłym roku przeprowadzono bardzo ważne badania rynku. Naukowcy odkryli, że ponieważ McDonald's to amerykańska firma, 95 proc. ludzi podświadomie czuje się bardziej komfortowo, jeżeli pracownicy też są Amerykanami.
W tym momencie asystentka menedżera postanowiła się wtrącić. Była surową, 30-letnią blondynką, która wyglądała, jakby spędziła lata na popędzaniu życia batem jeździeckim.
– Może robiłeś tak na Filipinach – wybuchła. – Ale tu jest Wielka Brytania i my mówimy tylko: „Cześć, jak się masz?", dobrze?!

Mogąc poszczycić się wieloletnim doświadczeniem zdobytym na kasach w Manili, nie zamierzałem pozwalać nikomu mówić mi, co mam robić.
– Nie ma sprawy, jeżeli TY chcesz tak mówić – oświadczyłem. – Ale badania dowiodły, że powitalne zdanie, którego używam, jest o wiele bardziej skuteczne w sprawianiu, że ludzie do nas wracają. Musi być wyrecytowane słowo w słowo – z kciukami uniesionymi w górę i amerykańskim akcentem – jako że właśnie to przynosi najlepsze efekty. Dokładnie tak: „Cześć, witajcie w McDonald's, jakiego burgera mogę wam dzisiaj podać?". Jeżeli zmienisz je chociaż trochę, to powitanie staje się bezużyteczne.
– Słuchaj! – warknęła, podczas gdy ja zakrzykiwałem ją, paplając o naukowcach i badaniach. – Posłuchaj mnie... Kyle, słuchaj! – powtarzała, coraz bardziej wzburzona.
Przerwałem na sekundę, żeby sprawdzić, co takiego ma do powiedzenia.
– To jest moja restauracja i będziesz robił, co ci każę! – Dobra, teraz ty mnie posłuchaj – powiedziałem opanowanym i autorytatywnym tonem. – Może ty nie odrobiłaś pracy domowej, ale ja to zrobiłem i nie pozwolę temu interesowi upaść przez twój brak wiedzy. Witanie ludzi, dokładnie tak jak ja to robię, jest niesamowicie ważne.
Nie przyjęła tego zbyt dobrze.
– Wracaj do swojej kasy! – rozkazała zirytowana. Odszedłem, nie chcąc prowokować jej zbyt wcześnie.

(Później się dowiedziałem, że w tamtym momencie poszła na dół i zadzwoniła do mojego współlokatora Marcusa, którego numer podałem w CV, podpisując go „były menedżer". Sprawdziliśmy zapis połączeń w jego telefonie – było to dosłownie parę sekund później. Marcus oczywiście dał mi wspaniałe referencje).

Wróciłem do pracy.
– Cześć, witaj w McDonald's, jakiego burgera mogę ci dzisiaj podać? – powiedziałem głośniej i wyraźniej niż przedtem.
W restauracji robił się coraz większy tłok i podczas gdy obsługiwałem kilku kolejnych klientów, słyszałem asystentkę menedżera krzyczącą „DALEJ, LUDZIE" do kolesi od grilla, rozkazując im, żeby smażyli „SZYBCIEJ, SZYBCIEJ!".
To nie jest odpowiednie zachowanie wobec innych osób. Więc stojąc przy kasie, wydałem z siebie mój własny ryk:
– DALEJ, LUDZIE! Podeszła do mnie i spytała, czy policzyłem zapas drobnych, zanim wrzuciłem zawartość torebek z resztą do kasy.
– Nie, nie zrobiłem tego – przyznałem. – Ufam wam bezgranicznie.
– Nie ufaj nikomu! – warknęła, co brzmiało niemal jak groźba.
– Przecież musimy sobie ufać – powiedziałem. – Co to byłby za świat, gdybyśmy sobie nie ufali?

Nawet na to nie odpowiedziała i odeszła do miejsca z grillami, więc poszedłem za nią w trakcie przyjmowania zamówienia.
– Hej, będziemy dzisiaj podawać nowego burgera – poinformowałem ją. – Nazywa się „Jego McNificencja". Jest bardzo prosty do zrobienia. To właściwie Big Mac, ale z rybą, kurczakiem i wołowiną.
– Nie; możemy podawać tylko to, co jest w menu! – odpowiedziała po paru sekundach.
– Podawaliśmy je na Filipinach – odparłem. – Stały się tam natychmiastową sensacją i są naprawdę łatwe do przyrządzenia. Pokażę chłopakom od grilla, jak je zrobić, gdy skończę przyjmować zamówienie.
Odszedłem, nie dając asystentce menedżera czasu na odpowiedź, zostawiając ją krzyczącą „NIE, NIE, NIE, NIE, NIE!" do moich pleców.
– To będzie 4,49 funta, dzięęęęęęęki – patrzyłem, jak klient zabiera pełną tacę i odchodzi. Gdy podeszła następna osoba – był to brązowowłosy mężczyzna jakoś po trzydziestce – uznałem, że nadszedł najwyższy czas, by zacząć forsować mój nowy produkt.
– Cześć, witaj w McDonald's, jakiego burgera mogę ci dzisiaj podać? Chciałbyś spróbować naszej nowej kanapki, Jego McNificencji? Nie ma jej nawet jeszcze w menu! – Jego McNificencja? – upewnił się.
– Tak – odparłem. – Jest jak Big Mac, ale z rybą, kurczakiem oraz wołowiną.
– Ryba, kurczak ORAZ wołowina?
– Tak, z serem i bułką pomiędzy. Jest w nim też pomidor.
Nie zdecydował się. To nie była reakcja, na jaką liczyłem. W dodatku powtórzyła się przy następnych klientach. Wiedziałem jednak, że to tylko kwestia czasu, zanim wieść o Jego McNificencji się rozniesie, więc uznałem, że lepiej od razu pójść do ludzi od grilla i pokazać im, jak przygotować to cudeńko. Gdy się przy nich zjawiłem, wszyscy w połowie przerwali robotę, żeby na mnie spojrzeć.

– Ludzie – zapowiedziałem – będziemy dzisiaj podawać nowego burgera. Nazywa się Jego...
Zanim skończyłem zdanie, rozwścieczona asystentka menedżera nadeszła szturmem, że znowu opuściłem stanowisko przy kasie.
– Co ty wyprawiasz?! – wrzeszczała.
– Pokazuję tylko chłopakom, jak przyrządzić Jego McNificencję – odpowiedziałem zupełnie niewzruszony jej furią.
– WRACAJ DO SWOJEJ KASY! – ryknęła, dziko gestykulując.
– To nie zajmie dużo czasu, ja tylko...
– KYLE, WRACAJ DO KASY!

Wtedy była już tak wściekła, że co jakiś czas po prostu krzyczała „NIE!" tak głośno, że klienci odkładali jedzenie i patrzyli w stronę lady, żeby zobaczyć, o co chodzi w tym zamieszaniu.
– Nie mogę wrócić do kasy – wyjaśniłem. – Co, jeżeli ktoś zamówi Jego McNificencję? Chłopaki nie będą wiedzieli, jak go zrobić, i firma wyjdzie na nieprofesjonalną. Tego chcesz?
– KYLE WRACAJ DO KASY, LUDZIE CZEKAJĄ! – krzyknęła po raz kolejny.
– To ty przedłużasz – zarzuciłem jej. – Gdybyś tu nie przyszła i mi nie przeszkodziła, już dawno bym im wszystko wytłumaczył i wrócił do kasy. To był chyba gwóźdź do trumny.

To, co nastąpiło później, było przedziwne. Zaczęła wrzeszczeć, by ktoś wezwał policję.
– DZWOŃCIE PO POLICJĘ! DZWOŃCIE PO POLICJĘ! – krzyczała tak wzburzona, że nie wiedziała już, co mówi. Zrozumiałbym, gdyby mnie zwolniła, a ja nie wyszedłbym stamtąd w ciągu 10 minut – jasne, dzwoń po policję, mamy intruza. Ale zwracanie się do organu ścigania w tym punkcie naszej rozmowy, zanim nawet kazała mi wyjść, wydawało się nieco pochopnym ruchem.
– Nie możesz dzwonić po policję z powodu nowej kanapki – wyjaśniłem. – Szczególnie jeżeli jest tak pyszna. Pomyślą, że zwariowałaś.
– KYLE, JEŚLI NIE WRÓCISZ TAM I NIE ZACZNIESZ OBSŁUGIWAĆ KLIENTÓW, BĘDĘ MUSIAŁA KAZAĆ CI IŚĆ DO DOMU! – Próbuję wam tylko pomóc – odpowiedziałem. – Jak tylko na Filipinach rozniosło się o Jego McNificencji...
– DOBRA, KONIEC! JESTEŚ ZWOLNIONY! – eksplodowała.
Jej głos osiągnął nowy poziom głośności, do tej pory nieznany pewnie nawet jej samej.
– Co, jak to? – zapytałem zbity z tropu. – Próbuję wam tylko pomóc. Wy po prostu nie jesteście gotowi na McPrzyszłość! – IDŹ. DO. DOMU. KYLE.

CAŁKOWITY CZAS ZATRUDNIENIA: 53 MINUTY, 12 SEKUND.

Schody prowadzące na dół do szatni wydawały się jaśniejsze i krótsze niż wcześniej. Poczucie ulgi wypełniło moje ciało. Gdy wprowadziłem kod bezpieczeństwa, żeby dostać się do pokoju dla pracowników, wpadłem na moją pomocniczkę z Czech, która akurat miała przerwę na lunch i siedziała tam, jedząc burgera.
– Dlaczego tu zszedłeś? – spytała, wciągając swój pracowniczy posiłek.
– Właśnie mnie wylali – odparłem.
– Co?! Co się stało?! – Po prostu nie są gotowi na McPrzyszłość – powtórzyłem. – Zwyczajnie nie są gotowi.
– Co?
– No... mimo wszystko dzięki za twoją pomoc – powiedziałem. – Miło było cię poznać.