Quantcast
Bestiariusz branżowy vol. 03 - klienci

Dopiero kiedy orientujesz się, że jest szósta nad ranem, a ty pracujesz od 24 godzin bez posiłku, banan znika z twojej papierowej twarzy i widzisz, jak po raz kolejny Nazir cię elegancko posiadł.

Dominik
Młody biznesmen - wizjoner. Jest członkiem samorządu studenckiego, właścicielem małego klubu, fundacji zbierającej pieniążki na pieski albo małego startupu, który za pół roku ma zdetronizować google, facebooka i w ogóle wyjebać internet w kosmos. Ma wielkie plany i wymagania, ale budżet jak Somalia PKB. Płaci wejściówkami na imprezy lub konferencje, na które nikt nie chodzi, kuponami zniżkowymi na swój (a jakże) chuja warty produkt lub barterową reklamą na swojej stronie, która jest wiecznie w wersji beta. Pieniędzy jako takich nie uświadczysz. Mimo wszystko jest pewny, że kreatywnym podejściem do reklamy można przenosić góry. Przeczytał to ostatnio w biografii Steve’a Jobsa, którą traktuje jak biblię i cytuje przy każdej okazji z wielkim namaszczeniem, zamykając przy tym oczy i lekko drżąc.  

Nie ma tu co liczyć na zdjęcia do spotu tv w Nowej Zelandii. Nie licz nawet na Wołomin. Zasypuje cię tonami drobnej roboty: plakacików, uloteczek i banerków 150x150 px. Pamiętaj, że w tych kilku pikselach, musisz zmieścić jego BIG IDEA. Myśl ałt of de boks. Ma wiecznie dużo poprawek do projekciku. Poprawki to takie duże zmiany, za które ci nie zapłaci. Większość z nich finalnie kradnie pomysły i nie dostajesz nawet jebanych kuponów.

Spotykamy go zazwyczaj na początku naszej kariery. Jeżeli pracujecie w branżuni dłużej niż rok i nadal macie takich klientów, to wiedzcie, że coś zjebaliście.

Umiejętności specjalne: mamienie człekokształtnych, uwodzenie, naciągactwo, kuglarstwo, zaginanie rzeczywistości, odporność na rzeczywistość, znikanie w mieście, +10 do empatii, +5 do targowania się.

Pan Jurek 

Ma nieźle prosperujący rodzinny biznes w Starych Buczycach, zajmujący się czymś bardzo niesexy. Produkuje koperty dostosowane do japońskiego systemu adresowego, płaskowniki stosowane w okrętowych siłowniach spalinowych, nawozy rolnicze dolistne albo inne gówno, o którego istnieniu dowiedziałeś się dopiero z pierwszego telefonu od niego. Spędziłeś potem dużo, dużo czasu nad poukładaniem sobie w głowie, czym właściwie w tej sytuacji jest USP albo RTB i - tak naprawdę - do tej pory nie jesteś tego pewien. Raczej się nie spotykacie, bo dla ciebie jest obleśnym typem, który co chwila drapie się po jajach, i po lunchu z nim dwie godziny próbowałeś wymazać z pamięci widok jedzenia w jego wąsach, a ty dla niego jesteś po prostu ciotą w szaliku. Zostajecie przy telefonach i mailach. Praca z nim jest trochę podobna do pracy na budowie - czasem śmiszno, czasem straszno. Ma proste wymagania, a internetu nie uznaje. Zazwyczaj chce, żebyś “pierdolnął jakąś laseczkę z fajnymi cycuszkami i produktem w zębach” na plakacie i dodał do tego coś w rodzaju: “Nasze zakończenie gąsiora kalenicy sprawi, że będziesz mógł dłużej... cieszyć się swoim dachem”. Jeżeli ma jakieś poprawki, to dotyczą wielkości biustu. Możesz dla zabawy wysłać mu projekt wypchany comic sansem i stwierdzi, że jest super. Płaci całkiem nieźle, bo nie za bardzo wie, ile tak naprawdę powinien zapłacić. I to wszystko jest zabawne. Straszno jest, kiedy pojawi się jakaś kwestia sporna, bo tobie załączył się KTR-mode. On nie z tych, co zaczynają maila od “Witam” i kończą “Pozdrawiam”. Pisze ci prosto z mostu, że: logo i cycki mają być, kurwa, większe, a kolor, którego użyłeś, jest pedalski i masz z nim wypierdalać. Jeżeli natomiast spóźnisz się z terminem, możesz być pewny, że poznasz jego szwagra, który ukończył agro-prawniczą akademię windykacji i, mimo że profil sprawy nie do końca mieści się w obszarze jego kompetencji, pofatyguje się do ciebie.

Umiejętności specjalne: dezorientowanie przez obrzydzenie, slang złodziejski, znajomość półświatka, silny cios, rymotwórstwo, +15 do targowania, +15 do perswazji.

Pani Hania 

Duże coś, sprywatyzowane po 1989 roku i dziwnym trafem dychające jeszcze w kolejnym stuleciu, ministerstwo albo inna organizacja rządowa. PRL-owski beton aż kipi, ale udają nowoczesną korporację z Ameryki. Cieliste rajstopy, a pod nimi dawno niegolone nogi. Tu, jeżeli chcesz pierdnąć, musisz wygrać przetarg. Pamiętaj też, że bąk ma być najtańszy, w innym wypadku szukaj solidnego korka. 

Pani Hania, tak samo, jak miejsce, w którym pracuje, ma swoje lata, a - jak wiadomo - starego psa nowych trików nie nauczysz. Ciesz się, jeżeli masz opcję skontaktowania się z nią mailowo. Czy projektujesz teczkę, czy animujesz baner, masz to, kurwa, wysłać faxem. Cała Polska faxem stoi, hej! Jeżeli jednak Hania maile ogarnia, to pamiętaj, że z załączników najbardziej upodobała sobie te z końcówką .doc. Przez Worda do serca. Na spotkaniach u Hani są ciasteczka, podła kawa i stado jej koleżanek. Wszystko jest z nimi przegłosowywane, a później konsultowane z wyższym szczeblem. Będziesz chiał pokazać lekarza, trzeba będzie skontaktować się z ministrem zdrowia, będzisz chciał użyć kolędy w podkładzie - telefon do biskupa. Poprawność musi być. Pani Hania jest rochę jak wredna ciocia na przyjęciu rodzinnym, więc, walcząc o swoje racje, często traktuje cię jak szczeniaka, który na niczym się nie zna. Ona za to już nie jedną reklamę w swoim życiu robiła - jak czały czas powtarza - więc co ty będziesz jej tu lekcje dawał. Prawda jest taka, że robiła reklamy w klimacie późnego socrealu w jednym z państwowych wydawnictw naukowych, a potem wprowadziła na rynek Poloneza Caro, więc nie wychylaj się za bardzo ze swoimi dizajnem i soszial mediami. Kiedy przychodzi do finalizowania projektu i do płacenia, kontaktujecie się już tylko przez prawników. Jesteś prawie pewny, że na kolacje zjada noworodki. 

Umiejętności specjalne: rzucanie uroków, znajomość przepisów, odporność na argumenty, stalowe nerwy, +10 do wyprowadzania z równowagi, +20 do zawładnięcia umysłem.

Pani Wioletka

Polskie nowoczesne korpo. Czasem nawet ładna, w szarym garniturku i idealnie dobranej do niego broszce (podstawa). Bystre oczka mrugają zza drogich okularów, a uśmiech nie znika z  twarzy. Młoda karierowiczka, która podpali świat, aby słowo junior zniknęło z jej wizytówki. Pracuje 24/7 i tego samego wymaga od ciebie. Nie uznaje urlopów - chyba że swoje. Nie zdziw się więc, kiedy zadzwoni do ciebie z pytaniem o banerek, kiedy właśnie bedziesz brał ślub lub bronił doktorat. Ma na koncie jedną kampanię opartą o ulotkowanie i POS-y, ale zachowuje się jakby zjadła Ogilviego na lunch. Śpi z brandbookiem pod poduszką, a zasad w nim opisanych strzeże niczym cerber. Wychodzi z założenia, że chcesz ją w jakiś niewyjaśniony sposób oszukać, więc traktuje cię na dystans i bacznie obserwuje każde twoje posunięcie. Twoje maile są skrzętnie archiwizowane. Ona ze swojej strony woli raczej dzwonić. Wszystkie jej pomyłki poczujesz na własnej skórze, bo finalnie staną się twoimi pomyłkami. Kot pozmienia nazwy plików, laptop wpadnie do wanny, zapomni o czymś, o czym miała ci powiedzieć - nieważne - to twoja jebana wina. Pogódź się z tym. Ta sama zasada działa, jeżeli ma problemy w życiu prywatnym. Jeżeli ona się rozwodzi, to ty będziesz płacił alimenty. 

Używa fajnych wyrazów, takich jak deadline albo ASAP, których do końca nie rozumie, ale je ją bardzo kręcą. Swoją korporację kocha jak matkę, dopóki nie trafi do kolejnej. Ma ponad trzy tysiące znajomych na Goldenline i prowadzi tam poważną grupę dyskusyjną, gdzie wymienia się z koleżankami sposobami na cellulit. Na facebooku ma konto, ale raczej z niego nie korzysta - woli Naszą Klasę. Wygląda na straszną cnotkę, ale dziwnym trafem wszystko jej się “kojarzy”. To wynik tego, że cnotką jest od niedawna, a przez całe dotychczasowe życie namiętnie kolekcjonowała penisy. 

Umiejętności specjalne: berserker, odporność na kosztorysy, widzenie w nocy, znajomość barów sushi, +15 do zwalania winy, +20 do spychologii.

Nazir Unk

Międzynarodowa korporacja. Nazira znasz tylko z maili, telefonów i raz widziałeś go na Skypie. Młodszy od ciebie, a daleko przed tobą. Pochodzi z jakiegoś małego afrykańskiego państewka, którego od 15 lat nie ma na globusie, ale był ambitny i teraz pracuje w centrali wielkiej korporacji, w której posiadaniu są nawet twoje slipki. Najgrubszy kaliber klienta. Nad nim jest już tylko Watykan. Wszystko płaci w terminie i z amerykańskim uśmiechem. Otwiera każdy rodzaj plików - nawet te, których twój komputer nie potrafi wypluć. Dzięki niemu zwiedziłeś Brazylię, Nową Gwineę i Bostwanę, bo trzeba było nakręcić billboard sponsorski trwający osiem sekund. Przesyła ci kartki świąteczne i życzenia na wszystkie swoje i twoje święta. 

Każdy mail jest taki dobry i ciepły, że odchodzisz od monitora, żeby otrzeć łzy i szybko zapalić. Masz cichą nadzieję, że Nazir nie wie, że palisz. To złe, a on i jego team są tacy dobrzy. Wy nie robicie reklam - wy zmieniacie świat na lepsze. Jezuuuu, jak jest pięknie! Jezuuu, jak się cieszę! Nazir zawsze jest rozemocjonoany: ‘Our team is so exited about your new ideas!”. Zaczyna od podręcznikowych zagajeń tak, żeby wszystkim nam się dobrze w biznesie funkcjonowało. Wita się, pyta o jakiś szczegół z życia prywatnego, pisze o jakimś szczególe ze swojego życia prywatnego, chwali twoją kreatywność i delikatnie przechodzi do rzeczy. Wszystko jest takie piękne, że nawet nie zauważasz tego małego “but”, po którym sypie się bardzo dużo poprawek. Ale nie mówmy o problemach - porozmawiajmy o rozwiązaniach. Jest super! Jesteś nakręcony. Rzeczy niemożliwe robisz od ręki, cuda - na jutro. Odpalasz dokument i wprowadzasz uwagi, bezwiednie szczerząc się do monitora. Dopiero kiedy orientujesz się, że jest szósta nad ranem, a ty pracujesz od 24 godzin bez posiłku, banan znika z twojej papierowej twarzy i widzisz, jak po raz kolejny Nazir cię elegancko posiadł. Wiesz też, że nie pierwszy i nie ostatni raz, a latka twojego związku z nim nieubłaganie lecą. 

Umiejętności specjalne: permanentne zagięcie rzeczywistości, +35 do iluzji.

Patryk Bryliński

Chcesz więcej?
Bestiariusz branżowy vol.01
Bestiariusz branzowy vol.02
Blog Junior Brand Managera