pieniądze

Poszliśmy do pierwszego w Europie stripklubu, w którym można płacić Bitcoinem

Słyszysz? To nadchodzi przyszłość
Fot. Nikolay Vinokurov / Alamy. Zdjęcie ze stocka, wykonane w Moskwie, a nie w klubie 23 Paul Street

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE UK

Masywna, czteropiętrowa kamienica o kilka minut piechotą od stacji Old Street w Londynie kryje w sobie klub 32 Paul Street, pierwszy w Europie lokal ze striptizem, który przyjmuje płatności w kryptowalutach.

Jednak jak odkryliśmy, niewygodne interfejsy, nieprzyjazna użytkownikowi technologia i długie chwile ciszy, w których ze zmarszczoną brwią wpatrujesz się w ekran, występują tak samo często, gdy za pomocą Bitocoina lub Ethereum kupujesz miłe chwile w towarzystwie nagiej kobiety, jak i wtedy, gdy ogarniasz gram kontrabandy na AlphaBay.

Reklama

Przyjmowanie płatności w Bitcoinie to nowość dla klubu przy 23 Paul Street. Prawdę mówiąc, dla całej branży usług seksualnych to coś nowego. Jak dotąd tylko jeden klub ze striptizem mógł pochwalić się taką innowacją: The Legends Room w Las Vegas.

„To zabrzmi naprawdę źle, zwłaszcza że pracuję w branży seksualnej” ‒ powiedział Owen Planchart, układny kierownik 23 Paul Street, gdy spotkałem się z nim przed otwarciem klubu. „Ale za każdym razem, gdy to robię, czuję się, jakbym rozdziewiczał kobietę”.


OBEJRZYJ: dziewczyńskie rozmowy: seksualność i striptiz


Metafora zawisła w niezręcznej ciszy, którą próbowałem przełamać moim wysilonym śmiechem. Nie byłem pewien jak się zachować, więc Owen ciągnął dalej.

„Stoimy u pewnego progu. Wszyscy zainteresowani zdają sobie sprawę, że po raz pierwszy dzieje się tu coś dotąd niespotykanego” ‒ kontynuował Planchart. „Ludzie chcą się tu dobrze bawić, tak, żeby nie dowiedział się o tym ich księgowy ani partner ‒ to naprawdę ważne”.

Przyszedłem do klubu godzinę przed otwarciem, więc nie zastałem żadnych kobiet przy pracy. Jednak nawet bez ponad 35 pracownic wyginających swoje roznegliżowane ciała, lokal wygląda jak skrzyżowanie drogiego sklepu wnętrzarskiego i filmu Oczy szeroko zamknięte.

Wystrój przypomina nieco ekscentryczną angielską kamienicę, pod didżejką stoi kufer z kostiumami („Dzieje się tu sporo rzeczy żywcem wyjętych z Burning Mana” ‒ wyjaśnił Planchart), a ceny zwalają z nóg.

Reklama

Dla bogacza, biedaka i średniaka. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Klienci płacą za rozrywkę z góry. Na drugim piętrze, które zapewnia odrobinę prywatności za pomocą płacht materiału zwieszającego się z sufitu wokół wygodnych skórzanych dwuosobowych kanap, pół godziny kosztuje 220 funtów (ok. 1000 złotych) a godzina 420 funtów (niemal 2000 złotych). Piętro wyżej zabulisz nawet 720 funtów (ponad 3400 złotych) za godzinę, i to nie licząc alkoholu. W minilodówce za barem znajdziesz przede wszystkim szampana. To zdecydowanie nie jest jakaś podrzędna speluna, gdzie znudzona tancerka w bieliźnie chodzi po sali ze słoikiem, do którego goście mają wrzucać po dyszce.

Tego rodzaju stawki zazwyczaj oznaczają terytorium bankierów inwestycyjnych z City lub handlowców z West Endu. Jednak właściciele klubu przy 23 Paul Street uznali, że oferując trochę czasu z pięknymi kobietami w zamian za kryptowaluty, mogą się podpiąć pod portfele, które aż trzeszczą od niewykorzystanego hajsu.

„Bardzo chcę przyciągnąć, zresztą czasem nam się to udaje, gości z sektora technologii” ‒ wyjaśnił Planchart. „Dla takiego lokalu to idealna klientela ‒ są nieśmiali, trochę aspołeczni i nie wiedzą, co zrobić z tymi wszystkimi pieniędzmi”.

„Podczas gdy na bankierów inwestycyjnych czeka mnóstwo rozrywek, nie sądzę, żeby ktoś wykorzystał potencjał, jaki stanowi środowisko bogatych geeków” ‒ ciągnął dalej Planchart.
Pierwsza transakcja Bitcoinem w klubie wyniosła równowartość około 1200 funtów (5700 złotych) i odbyła się kilka miesięcy temu. Dokonał jej ktoś, kto daje wykłady dla TED, ale woli zachować anonimowość, jak twierdzi Planchart. W zamian za więcej czasu z dziewczynami, tajemniczy, szastający bitcoinem wykładowca TED zgodził się udzielić tancerkom kilku lekcji z krytpotwalut.

Reklama

OBEJRZYJ: Życie wewnątrz chińskiej kopalni bitcoina


„Chcę, żeby dziewczyny były ustawione, gdy opuszczą mój klub. Chcemy, żeby koniec końców to, co robimy, przyniosło pozytywny wynik” ‒ wyjaśnił Planchart.

Bardzo szlachetnie z jego strony. Choć klub był zbyt pusty, żeby sprawdzić, czy takie deklaracje mają pokrycie w rzeczywistości, ale do środka wprowadziła mnie pewna kobieta. Nie chciała podać swojego imienia, ale powiedziała, że niedawno zaczęła tańczyć w klubie. Przedtem pracowała tu w ubraniu i uznała, że to „bezpieczne, przyjazne miejsce”.

Planchart pokazał mi na sucho, jak płaci się kryptowalutą. Korzystałem z portfela Jaxx na mojej komórce, a Planchart używał Coinbase ‒ to dwa z popularniejszych interfejsów, na które natknąłem się już wcześniej. W klubie, który szczyci się swoją elegancką, ale zrelaksowaną atmosferą, cały proces był boleśnie niezgrabny.

Cóż, może to i dobrze. Nie ma szansy, żeby mógł tam sobie pozwolić na zamówienie tańca z pensji zwykłego dziennikarza.


Więcej na VICE:

Zawód: striptizerka

Czy bitcoiny mogą zbawić gospodarkę?

​Jak wygląda bycie DJ-em w burdelu?