Jak Polacy ubliżają sobie w IV RP
Fot: VICE Staff
polska

Jak Polacy ubliżają sobie w IV RP

KODomici, POpaprańcy i UBywatele kontra PiSlamiści. Pierwszą ofiarą „Dobrej zmiany” ewidentnie padł słownik polskich zniewag

Przywykłem już do tego, że praktycznie każda publikacja w internecie może stać się przyczynkiem do kolejnej ustawki w wojnie polsko-polskiej. Pal sześć doniesienia ze sceny politycznej, ale kibice partyjnych frakcji potrafią pożreć się nawet pod relacją z meczu szczypiorniaka lub doniesieniem o nowej diecie Krzysztofa Ibisza.

„Nowośmieszna tonie, POlszewia również niestabilna, można nie zostać wybranym i będzie BUL dooopska łogromny – nie POmoże wazelina i maść na szczury" (pisownia oryginalna) – na forum Wprost.pl dzieli się zapisem strumienia świadomości internauta skryty pod nickiem „POlszewik i KODomita". Tylko kilka zdań, a materiał dla badacza polskiej nowomowy nieprzebrany. Kiedy podobnym żargonem operują anonimowi pieniacze, można machnąć ręką. Także w sytuacji, gdy niesławna, oskarżana o antysemityzm Unia Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Łacińskiej, pisała o „kandydatce Polszewii do jewrejsojuzu". Gorzej, że taki argot wprasza się także do mediów, których zasięg wykracza poza grono etatowych podszczuwaczy z palcem wskazującym spuchniętym od wciskania F5.

Reklama

O KODomitach i UBywatelach piszą chociażby redaktorzy internetowego serwisu TV Republika. Pierwszy z neologizmów zdaje się też lubić Rafał Ziemkiewicz. „Nastąpiła brutalizacja zarówno na górze, jak i na społecznych nizinach" ‒ przekonuje językoznawca dr hab. Wojciech Kajtoch z Uniwersytetu Jagiellońskiego. „Agresja językowa jest zawsze i wszędzie elementem walki. Zanim zniszczysz człowieka fizycznie, trzeba zniszczyć go symbolicznie. Wtedy odbiera mu się cechy ludzkie i łatwiej go zabić. O wiele łatwiej zabić »ludzką wesz«, »czerwonego pająka«, »terrorystę«, »zdrajcę«, »frajera«, »barbarzyńcę«, »bandytę«, niż Jana Kowalskiego" ‒ dodaje Kajtoch. Dowodem tej brutalizacji może być zresztą retoryka towarzysząca publicznej debacie. Skoro drugą stronę należy „zaorać" lub „zmasakrować", to znaczy, że wszelkie chwyty są dozwolone.

„Intrygujące jest to, że słowa tolerancja i postęp są w ich słowniku pejoratywami"

Efektem ubocznym językowej przemocy jest słowotwórcza inwencja rodaków. Stronnicy partii rządzącej uderzają więc z lubością we wspomnianych KODomitów lub POpaprańców, choć na ich celowniku znajdują się też toleraści i postępacy (notabene intrygujące jest to, że słowa „tolerancja" i „postęp" są w ich słowniku pejoratywami). Ich adwersarze też nie są bez winy, chociaż rzadko sięgają po inną obelgę, niż PiSlamista czy sztubacki PiSior. „Ze słowotwórczego punktu widzenia to po prostu kontaminacje polegające na połączeniu nazwy partii z określeniem zjawiska najobrzydliwszego z punktu widzenia twórcy neologizmu" ‒ przekonuje dr Kajtoch.

Reklama

„Zwolennicy PiS łączą skrótowce PO czy też KOD z takim katalogiem »grzechów«, jak homoseksualizm, tolerancja, postęp, lewicowość – dla prawicowca to są rzeczy straszne. Natomiast dla współczesnego liberała czy lewicowca wrogiem jest fundamentalizm religijny – stąd PiSlamista".

Zapał do wymyślania podobnych hybryd musi być wielki, skoro w przypadkowych wymianach zdarzyło mi się widzieć tak pokraczne twory, jak np. TeKAŁen. Nie jest to zresztą żadne nowe zjawisko – przykład dał sam PiS, już dekadę temu lansując takie słowa jak „łżeelity" czy „wykształciuchy". „Za wszystko odpowiedzialna jest polityczna wojna, którą PiS rozpętał około 2005 roku, a w tej chwili ją kontynuuje" ‒ nie ma wątpliwości Kajtoch.


Bądź z nami na bieżąco. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku


PiS-owską nowomowę zazwyczaj kojarzy się z przyciężkim w swojej perswazyjności językiem PRL-u, w którym – by zacytować prof. Michała Głowińskiego – „dominowała ocena nad konkretnym znaczeniem". Michał Rusinek nie bez racji zauważał, że większym wrogiem Dobrej Zmiany jest III RP, niż Polska Ludowa. „Chęć odcięcia się – także językowego – od III RP powoduje, że język czerpie z poprzedniej epoki. A że historia, jak wiadomo, powtarza się jako farsa, więc frazy z języka PRL-u brzmią komicznie".

Jak jednak dowiaduję się od dr Kajtocha, nieformalne zawody w miotaniu językowymi nowotworami zaczęły się o wiele wcześniej, a jednym z ojców dyscypliny był sympatyzujący z endecją pisarz Adolf Nowaczyński. „W latach 30. pisał o Parszawie, Pluparchu, dyktatusiu (Piłsudski) i on tę tradycję w Polsce stworzył. Ponieważ był intensywnie wznawiany w latach 90., prawicowcy mogli go przeczytać. Ktoś wpadł na pomysł zastosowania podobnego chwytu i potem poszło!".

„Brutalizując język debaty publicznej, pokazując ludziom, że nie potrzeba być gentlemanem, że można i trzeba odczuwać nienawiść do przeciwnika – podejmuje się szalone ryzyko"

Kiedy dociekam przyczyny popularności tej metody, językoznawca odpowiada bez wahania: „Jest ona bardzo efektywna. Z jednej strony zaliczasz przeciwnika do negatywnej kategorii, co nie tylko go obrzydza, ale i zwalnia z obowiązku dyskusji z nim (wszak z łajdakami, chamami, zdrajcami itd. się nie dyskutuje), z drugiej strony tworzysz zaskakujący, efektowny wyraz, który zostanie zapamiętany, po trzecie przeciwnika ośmieszasz, bo w takiej kontaminacji łączy się kontrastowo nazwę polityczną, a więc rzecz poważną, z niskim, wulgarnym, czy potocznym określeniem, co tworzy kontrast komiczny".

Na koniec pytam jeszcze swojego rozmówcę, czy repertuar inwektyw czasu „dobrej zmiany" ma szansę spowszednieć na tyle, że przestanie kojarzyć się z knajackim rzemiosłem internetowych trolli. „Brutalizując język debaty publicznej, pokazując ludziom, że nie potrzeba być gentlemanem, że można i trzeba odczuwać nienawiść do przeciwnika – podejmuje się szalone ryzyko. Nie można dla doraźnej korzyści budzić wszystkiego, co w ludziach najgorsze. To może skończyć się obozami i rzezią".