Polacy są warci pustyni i placów z betonu
komentarz

Polacy są warci pustyni i placów z betonu

To nie minister Szyszko biega po kraju z siekierą i tnie drzewa, tylko Polacy, właściciele gruntów znaleźli w tym źródło dochodu. Może więc jesteśmy warci życia na betonowej pustyni
24.2.17

„Kochani, takiego powodzenia to ja nie miałem jeszcze nigdy w życiu", żartował do dziennikarzy minister środowiska Jan Szyszko, kiedy pytano go o wycinkę drzew w Polsce. „Siekierezada", „Prawo piły", czy w końcu „Lex Szyszko" to tylko niektóre hasła, jakie pojawiały się w nagłówkach portali informacyjnych. Wszystkie dotyczą znowelizowanej ustawy ministra Szyszki, która od 1 stycznia daje właścicielom gruntów prawie nieograniczone możliwości wycinki drzew i krzewów. Nie potrzeba do tego już specjalnych pozwoleń ani nadzoru. A okazuje się, że właściciele omijają nawet i te obostrzenia, które w nowym prawie się znalazły. Po prostu się tnie i cześć.

Reklama

Prace nad projektem ustawy trwały trzy dni, głosowali za nim wszyscy posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Ustawę przyjęto 16 grudnia, tyle że wtedy nikt szczególnie nie zawracał sobie głowy jakimiś tam drzewami. Wszakże to był czas głośnych protestów opozycji, grzmiącej, że obrady Sejmu przeniesiono do Sali Kolumnowej, że podczas tamtego głosowania nie osiągnięto kworum, a uchwalony budżet jest nieważny. PSL i Nowoczesna zapowiadały, że złożą w tej sprawie wniosek do Trybunału Konstytucyjnego. Do dzisiaj tego nie zrobiono.

„To jest prawo konstytucyjne, prawo własności. Kto posadził, ma prawo wyciąć", tłumaczył jeszcze niedawno Jan Szyszko, więc siekiery na prywatnych gruntach szły w ruch. W sobotę całkowicie pozbyto się roślinności na zreprywatyzowanym skwerze przed jednym z urzędów w ścisłym centrum Warszawy. W środę padło centrum Otwocka. W czwartek w Łodzi pozbyto się prawie 200-letnich drzew. Wszystko zgodnie z prawem, bo na życzenie właścicieli działek. Ostatecznie „Lex Szyszko" skrytykował prezes Jarosław Kaczyński, stwierdzając, że widać w tym prawie lobbing. Wszystko wskazuje na to, że posłowie znów pochylą się nad ustawą ministra Szyszki.

Jednak póki co, proceder trwa dalej w całej Polsce, czego przykładem jest chociażby wycinka w gminie Wschowa, gdzie padają drzewa będące pod ochroną programu Natura 2000. „Ja robię miejsce dla żurawia", cynicznie tłumaczył dziennikarce Faktów właściciel terenu, zapytany o żyjące w tym miejscu ptaki. „Ja jestem mordercą przyrody? Ja działam na zasadzie biznesu. Pieniądz ma wielką siłę, naprawdę to jest wielka siła", skwitował właściciel działki, za którą teraz pewnie dostanie dotacje z UE.

I to jest sedno sprawy. To nie minister Szyszko biega po kraju z siekierą i tnie drzewa, tylko Polacy, właściciele gruntów znaleźli w tym źródło dochodu. Robią to m.in. dla podwyższenia wartości ziemi, bo płaska działka jest atrakcyjniejsza dla developerów. To staje się prostą matematyką, gdy jesteś właścicielem skwerku, a w zamian możesz mieć hajs na koncie – to na chuj ci ten skwerek, co? Nie zrozumcie mnie źle, nie bronie ministra Szyszki – człowieka, który w 2012 roku zakrył Polskę ekranami akustycznymi, a później zastanawiał się, czy ktoś truje Polaków chemitrails na niebie. Widzę człowieka, który stworzył złe prawo, a wielu z nas tak ochoczo z niego skorzystało.

Może więc dla niektórych jesteśmy warci tego, by żyć na betonowej pustyni pokrytej smogiem. Zetniemy drzewa, wylejemy cement, zbudujemy dyskonty, a pod chodnikiem będą łąki.

Zdjęcie: James Allen/Flickr