Czytelnia

W zeszłym roku wciąż rządził thrash metal z lat osiemdziesiątych

Dave Mustaine z Megadeath, Charlie Benante z Anthrax, Chuck Billy z Testament oraz Rob Cavestany z Death Angel tłumaczą nam dlaczego wciąż robią w śmierci... i czemu nadal jest to dobry biznes.

tekst Jeff Treppel
10 Styczeń 2017, 11:46am

Daniel Brothers

"Jak będzie coś nowego, pierwszy stanę do tego... Byle było coś z tego".

"Peace Sells" z klasycznego albumu Megadeth "Peace Sells... But Who's Buying?" ma już trzydzieści lat, ale równie dobrze mogłoby służyć za hymn roku, który przyniósł nam Brexit, zmiany rządów w Brazylii i Korei Południowej oraz triumfy nazioli, zwanych "alt-prawicą" i ogłoszenie Lexa Luthora prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nad naszymi głowami wisi potężna katastrofa ekologiczna, a Stany wydają się prowadzić niekończącą się wojnę. Przepaść między bogatymi a biednymi osiągnęła niespotykane rozmiary, wszyscy są coraz mocniej wkurzeni.

Trudno nie zauważyć podobieństw do sytuacji, która w latach osiemdziesiątych pomogła ukształtować pierwszą falę thrash metalu.

Większość z nas cierpi z tego powodu, że ludzkość nie uczy się na własnych błędach, ale takie okoliczności to doskonałe paliwo dla tych gatunków muzycznych, które żywią się agresją - takich właśnie jak thrash, który jest dziś równie ważny, jak w czasach swoich narodzin. Jak ujął to James Hetfield na zaskakująco dobrym tegorocznym "Hardwired... To Self-Destruct" Metalliki: "Jesteśmy zjebani / na pecha skazani / zaprogramowani na samozniszczenie".

Kluczowe albumy sceny thrashowej: "Master of Puppets", "Reign in Blood" i "Peace Sells" narodziły się w 1986 roku, ale zespoły odpowiedzialne za ich brzmienie są aktywne do dziś. Nikomu w tym gatunku nie były potrzebne nowe wynalazki. W 2016 roku usłyszeliśmy zajebiste płyty trzech kapel z "Wielkiej Czwórki" (Metallica, Megadeth i Anthrax), dwóch tytanów z Kalifornii (Testament i Death Angel) oraz dwóch filarów niemieckiej "Wielkiej Trójki" (Destruction i Sodom), a z początkiem tego roku mają się ukazać nowe płyty Kreator i Overkill. Ochrypli i posiwiali założyciele gatunku wciąż mają hordy fanów i całkiem sporo do powiedzenia.

Dave Mustaine, wokalista, gitarzysta i koło napędowe Megadeth (oraz autor cytatu otwierającego niniejszy tekst) patrzy na to z historycznej perspektywy. Piętnasta płyta jego zespołu - "Dystopia" - brzmi niczym dzieło energicznych młodzieniaszków. Ziejącemu ogniem i siarką wokaliście, który dzieli się przemyśleniami na temat świata, towarzyszy nowy zręczny gitarzysta Kiko Loureiro i sesyjny bębniarz Chris Adler (Lamb of God). Ale zdaniem Mustaine'a wszyscy stanowią część tej samej tradycji.

"Powiedziałbym, że to renesans. Doskonała sytuacja dla naszej grupy i to z wielu różnych powodów. Ludzie znów się nami zainteresowali, zauważyli, że nadal robimy to, co lubimy najbardziej i że nie brakuje nam agresji. Sami prawie w ogóle się nie zmieniliśmy. Wiesz jak to jest - to co słyszysz na płytach, wcale nie oznacza, że w zespole coś się zmieniło. Piosenki odzwierciedlają czasy w jakich powstają. To jedna z wad [sic] grania w zespole - kiedy wydajesz płytę, która okazuje się niezbyt dobra, to wcale nie oznacza, że zespół się skiepścił. Wynika z tego tylko tyle, że to nie był dobry czas na nagrywanie takich kawałków".

Perkusista Charlie Benante z legendarnej nowojorskiej grupy Anthrax szczerze wierzy, że nadeszły dobre czasy dla jego zespołu. Jego zdaniem energia napędzająca ich jedenasty album - "For All Kings" - to wynik narastających oczekiwań fanów, którzy ponownie zainteresowali się grupą, gdy w 2010 roku powrócił do niej ikoniczny wokalista Joey Belladonna.

"Czułem, że to coś nowego - nie powiem, że druga szansa na karierę, ponieważ nasza kariera trwa nieprzerwanie od początku lat osiemdziesiątych - ale w pewnym sensie, po nagraniu 'Worship Music' ludzie reagowali na nas, jak na całkiem świeżą kapelę. Kolejną płytę potraktowaliśmy więc tak, jakby to była nasza druga płyta. 'Worship Music' pomogło nam wrócić, a nowy album udowadnia, że jesteśmy tu na serio i ciągle chcemy nagrywać".

Chuck Billy dołączył do Testament na samym początku kariery nagraniowej, w 1985 roku, gdy grupa nazywała się jeszcze The Legacy. Od tej pory pozostały skład zespołu uległ wielu poważnym zmianom, ale zdaniem wokalisty ich jedenasty album, "The Brotherhood of the Snake" to szczytowe osiągnięcie grupy, a nie żaden nowy początek.

"Wszystko, co do tej pory robiliśmy, wszystko przez co przeszliśmy od samego początku jako zespół i jako ludzie, wszystko, co do tej pory osiągnęliśmy na scenie, znalazło kulminację na tej właśnie płycie. Grupa istnieje od trzydziestu lat, niewielu kapelom się to udaje, więc strasznie się cieszę, że nadal mamy fanów, że ludzie ciągle kupują naszą muzykę. To cudowne. Wydaje mi się, że to dlatego, że byliśmy konsekwentni i wierni sobie. Na tym etapie życia i kariery muzycznej jesteśmy do siebie doskonale dostrojeni, dzięki czemu nagraliśmy najlepszą płytę od lat. Nie musieliśmy nad nią długo myśleć. Wiedzieliśmy, że chcemy narobić hałasu i to był nasz główny cel. Nikt nie miał pojęcia, jak będą wyglądały te kawałki, o czym będziemy pisać, ale chcieliśmy grać trash, wrzucić ostrzejsze tempo niż na ostatnich płytach. Myślę, że to właśnie dlatego tak dobrze nas przyjęto".

Death Angel zadebiutowało na rynku płytowym dwadzieścia dziewięć lat temu (zanim którykolwiek z członków zespołu mógł się napić w knajpie), ale grupa rozpadła się w 1991 roku. Reaktywowali się dekadę później i wydali kolejnych pięć albumów, w tym ubiegłoroczny "The Evil Divide", a gitarzysta Rob Cavestany wyjaśnia, że łącząca ich pasja wypływa z prostego źródła:

"Po pierwsze, to czysta miłość do muzyki. Wszyscy w zespole kochają muzykę. Nie da się chyba inaczej, jeśli właśnie w ten sposób zarabiasz na życie. To wystarcza, daje nam odpowiedniego kopa, bo budzimy się każdego dnia dla muzyki, żyjemy dla niej, a każdy z nas o tym właśnie marzył od dziecka. Obsesyjne oddanie muzyce dodaje nam sił, pomaga trzymać się razem".

Oczywiście długotrwałe uleganie takiej pasji ma też swoje wady. Jak tłumaczy rozbawiony Cavestany, największa sprzeczność, która tkwi u podstaw trashowego dożywocia, polega na tym, że: "To jednocześnie klątwa i błogosławieństwo, że grana przez nas muzyka jest poniekąd podobna do bluesa, przynajmniej w tym sensie, że grając, występując, wkładając w to ogromne emocje, oczyszczamy się z gniewu i frustracji, uwalniamy energię i agresję, która gromadziła się przez lata prób zrobienia kariery na graniu takiej właśnie muzyki".

Cavestany wyjaśnia również, że tytuł płyty "The Evil Divide" odnosi się do coraz głębszych podziałów między ludźmi oraz do problemów, z jakimi muszą się zmagać muzycy, którzy próbują łączyć granie w zespole z życiem rodzinnym (zwykle z fatalnym skutkiem dla tego drugiego), i że znajduje to odbicie w tekstach. Chuck Billy tłumaczy, że jego grupa, Testament, obrała zupełnie inną drogę.

"Kiedy zaczynaliśmy pracować nad tym albumem, Erik [gitarzysta i założyciel zespołu], wspomniał, że tym razem moglibyśmy sobie darować zbyt osobiste teksty. Na naszych ostatnich płytach tego typu kawałki - o utracie rodziców, chorobach i tym podobnych - zajmowały całkiem sporo miejsca. Tym razem zależało mu, żeby opowiedzieć jakaś historię, połączyć teksty z jakimiś fajnymi wizjami. Był strasznie wkręcony w program "Starożytni kosmici", gdzie opowiadają, że to Obcy stworzyli ludzkość. A ja trafiłem w internecie na historię Wężowego Bractwa (Brotherhood of the Snake) i od razu mu ją podesłałem. Członkowie bractwa wierzyli, że Obcy wylądowali na Ziemi sześć tysięcy lat temu i stworzyli ludzkość, by im służyła. Uznaliśmy, że taka opowieść o pochodzeniu człowieka, religii i władzy idealnie pasuje do naszej kapeli. To zainspirowało teksty obecne na albumie. Każdy kawałek powstawał z tą właśnie myślą, ale nie chcieliśmy nagrywać concept albumu, więc kilka razy zboczyliśmy z tematu".

Wokalista Megadeth, mimo tego że pisze głównie postapokaliptyczne kawałki i zupełnie nie kryje się ze swoimi poglądami politycznymi, woli aby odbiorcy samodzielnie wyciągali wnioski na temat tego, co chciał im przekazać. "Twórca metalowych kawałków ma kilka dróg do wyboru" - tłumaczy Mustaine. "Łatwo to zrozumieć, jeśli cofniemy się trochę w przeszłość. Weźmy na przykład Ronniego Jamesa Dio, który pisał o mitologii. Led Zeppelin też miało mitologiczne kawałki. Potem pojawiło się Motorhead z numerami o życiu na ulicy. Mamy też Judas Priest, którzy sporo piszą o metalowym podziemiu. I kapele takie jak Megadeth, Metallica i Slayer, gdzie się dużo śpiewa o wojnie i polityce".

"To odbiorca powinien sobie zinterpretować tekst" - dodaje Mustaine. "Ale bywają też kawałki zupełnie wprost, takie, w których nie da się odkopać żadnych dodatkowych znaczeń. Słowa są proste, bez aluzji, idiomów, epitetów, metafor, a miejsca na własną interpretacje pozostaje raczej niewiele. Sam staram się pisać tak, by słuchacz usłyszał, co mam do powiedzenia, przeczytał mój tekst i spróbował go sobie po swojemu zrozumieć".

Nic dziwnego więc, że żaden z przepytanych przez nas artystów nie chciał się wypowiadać na temat bajzlu, jaki wybuchł w naszym kraju; kilku z nich wspomniało jedynie, że aktualny klimat polityczny trudno uznać za pozytywny. Ich reakcja ma pewnie związek z kolejnym ważnym elementem życia każdego muzyka w 2016 roku: internetem.

Zdaniem Bennate w dzisiejszym świecie natychmiastowych reakcji w mediach społecznościowych i całodobowego podsycania wkurwu, niebezpiecznie jest mówić, co się myśli. "Wypowiadanie własnych poglądów politycznych stało się dużo trudniejsze. Mam wrażenie, że to już właściwie niemożliwe, bo ludzie rzucają ci się do gardła za to, że wierzysz w to, czy tamto. Moim zdaniem to koniec wolności słowa w tym kraju, nie da się już powiedzieć, że w coś się wierzy, coś myśli, albo że ma się opinię na jakiś temat, bo natychmiast pojawiają się goście gotowi rozerwać cię na strzępy.

"W 'Zero Tolerance' opowiadamy trochę o naszych poglądach, ale nikogo nie wytykamy palcem. Każdego dnia widzę na sieci takie rzeczy, ktoś w zespole coś palnie, a ludzie rozrywają grupę na strzępy. Wierzę, że mam prawo mówić, co myślę i szlag mnie trafia, jak widzę takie ataki i słyszę kolesi, którzy mówią: 'kiedyś byłem waszym fanem, ale teraz widzę jaki naprawdę jesteś'. No chwila, właśnie pomyliłeś dwie zupełne różne rzeczy. To, że nie zgadzasz się z moimi poglądami, nie ma nic wspólnego z muzyką, jaką robię".

Jedno, w czym ostatecznie zgadzają się nasi rozmówcy, to fakt, że chodzi im (wciąż) przede wszystkim o muzykę. Zdaniem Cavestany najważniejsze jest katharsis. "Za każdym razem, gdy wychodzimy razem na scenę, mamy takie UCH! jakbyśmy się pozbyli wszystkich ciężarów. To cudowne uczucie, gdy wszyscy na sali pozbywają się napięć, stresu i gniewu dzięki temu, że wspólnie się bawią. Bardzo interesujące zjawisko, esencja tego, o co nam chodzi".

Dla Mustaine'a liczy się to, co może dać ludziom. "Jesteśmy legendarną kapelą. Trudno osiągnąć coś więcej. Zdobyliśmy praktycznie wszystkie nagrody muzyczne poza Grammy i miejscem w Hall of Fame. Mam szczęśliwe życie, poznałem świetnych ludzi i cieszę się, że mogę być ambasadorem tego właśnie gatunku muzyki. Miałem to szczęście, że prowadziłem własne programy telewizyjne i wylądowałem na liście bestsellerów New York Timesa. Nie zostało mi już zbyt wiele do osiągnięcia, więc czerpię radość z tego, że mogę dać coś od siebie innym ludziom. Aktualnie najwięcej przyjemności sprawia mi działalność filantropijna oraz możliwość dzielenia się talentem i doświadczeniem z różnymi osobami".

Billy twierdzi, że najważniejsze jest podtrzymywanie ognia. "To nasze korzenie. Gramy agresywną, buntowniczą z natury muzykę, a każda młoda generacja zaczyna się od buntu. Przez ostatnie pięć, dziesięć lat widywałem coraz młodszych ludzi, wchodzących w ten gatunek. Goście w moim wieku przyprowadzają na koncerty swoje dzieci i wnuki, nawracają je na takie granie. Widzę, że grupa fanów thrashu wciąż rośnie, ale my wszyscy, ludzie, którzy tworzyli ten gatunek, wciąż jesteśmy spragnieni sukcesu. To ciężki kawałek chleba, ciągle trzeba wypuszczać dobre płyty i jeździć w trasy".

Bennate podsumowuje to z jeszcze większą zwięzłością: "Musisz zadowolić i siebie i publiczność".

Parafrazując kolejny kawałek Dave'a Mustaine'a: śmierć to ich biznes... wciąż opłacalny biznes.

Jeff Treppel trashuje i podpala Twittera.