VICE Guide to Guys x AXE

Faceci, którzy kochają swoje chłopięce zajawki

Łukasz po cichu marzy, by kiedyś w jego kolekcji znalazła się Gwiazda Śmierci z klocków Lego, nie mówiąc o pewnym zajebistym statku, który kosztuje 20 tysięcy zł

tekst Izabela Szumen
19 Grudzień 2016, 10:00am

Ilustracje Patryk Sroczyński

Znacie ten moment, kiedy gdzieś w okolicach półmetka studiów uznajemy, że czas wydorośleć, spoważnieć i porzucić te ciągnące się za nami dziecinne pasje, nawyki i hobby? Zdaje się nam, że nie pasują do wyobrażonego przez nas wizerunku dorosłości. Na szczęście równie powszechnym zjawiskiem, jak sztuczne odcinanie się od wewnętrznego dziecka jest powracanie do dawnych obyczajów. Przynajmniej tak było w moim przypadku, kiedy faktycznie wydoroślałam i zdałam sobie sprawę, że nie muszę być robotem w garsonce, chyba że chce umrzeć z nudów i smutku. Dorosłość jak każdy etap życia, nie jest wszak stanem jednolitym ani przewidywalnym. Tak uważam. 

Wierne trwanie przy swoich pasjach, niekiedy wydających się postronnym obserwatorom czymś dziecinnym czy wręcz śmiesznym nie jest łatwe. Szczególnie trudnym wydaje się dla facetów, od których kulturowo oczekuje się znacznie więcej powagi i stonowania niż od kobiet. Tych, którzy nie ugięli się pod presją rodziny, dziewczyny, kolegów bardzo podziwiam za samoświadomość i szacunek do nieśmiertelnego bachora, który drzemie w każdym z nas. Postanowiłam porozmawiać z kilkoma z nich, posłuchać o istocie ich zajęć, o tym, do czego ich doprowadziły i czemu są takie ważne.

PIOTR, ZBIERA BILETY KOLEJOWE Z CAŁEGO ŚWIATA

Ponoć kiedy byłem jeszcze w wieku becikowym, mój wózek nie zmieścił się do wagonu pasażerskiego, więc (dzięki uprzejmości motorniczego) został przewieziony lokomotywą; jednak moją pierwszą świadomą podróż odbyłem jako 4-latek, kuszetką i wtedy postanowiłem zostać kolejarzem. Pomysł spotkał się z aprobatą babci, która do tamtej pory była zmartwiona poprzednim planem – pracy w charakterze śmieciarza.

Wakacje spędzałem, obserwując pociągi na dworcu, w połowie podstawówki zacząłem opuszczać lekcje, by przesiadywać na peronach, kiedy byłem nieco starszy, postanowiłem też do nich wsiadać. Pierwsze egzemplarze biletów zacząłem zbierać w wieku 7 lat. Wraz z dorastaniem, bycie kolekcjonerem hobbystą przestawało mi wystarczać, więc po ósmej klasie zdecydowałem się zdawać do technikum kolejarskiego, które przez moją wadę wzroku nie mogło mnie przyjąć.

Ponieważ nie brałem pod uwagę żadnej innej drogi, zdecydowałem się zakończyć edukację na poziomie podstawówki. Jak się nie trudno domyślić, nie zyskałem wielkiego aplauzu ze strony bliskich. Cudem udało mi się zwrócić uwagę dyrektora szkoły, który w efekcie stworzył z myślą o mnie nowy kierunek – budowa dróg i mostów kolejowych. Wzrok nie był tam już tak istotny. Udało się zgromadzić uczniów i stworzyć program a klasa istnieje do dziś.


RAZEM Z AXE SPRAWDZAMY, KIM SĄ DZISIEJSI FACECI W RUBRYCE VICE GUIDE TO GUYS


Po ukończeniu edukacji pracowałem w turystyce kolejowej na trasach kolei transsyberyjskiej, przez 10 lat praktycznie mieszkałem w rosyjskich pociągach. Objechałem po wielokroć wszystko od Workuty po Ałma-Ate i od Władywostoku po Murmańsk, Kaliningrad, Sankt-Petersburg, Zabaikalsk. Zbiór biletów rozrasta się nieprzerwanie. Kiedy ostatnio robiłem inwentaryzację, było to ponad 600 sztuk, na łączną liczbę 350 000 przejechanych kilometrów. Czy mam jakiś ulubiony? Nie wiem, wszystkie są bardzo drogie i bliskie memu sercu. Oprócz Turkmenistanu i Tadżykistanu zjechałem wszystkie kraje byłego ZSRR, wszystkie kraje Europy, Afrykę południową, Stany Zjednoczone, Kanadę, łącznie 53 kraje zjeździłem koleją. Finałem mojej zawodowej wędrówki okazała się centrala PKP w Warszawie, a następnie Intercity w dziale rozkładów jazdy pociągów. Nie mam chyba jakichś specyficznych marzeń, oprócz tego, by kontynuować to, co robiłem do tej pory.

ŁUKASZ, ZBIERA LEGO I GADŻETY Z „GWIEZDNYCH WOJEN"

Jako dzieciak ani nie rozumiałem, ani nie podziwiałem Star Wars. Fascynacja przyszła dość późno, byłem już nastolatkiem. Oglądałem te filmy w kółko i zacząłem zbierać wszelkiej maści gadżety – począwszy od tematycznych zestawów LEGO, które kochałem od wczesnego dzieciństwa. Potem gromadziłem już wszystko: miecze, maski, kubki do kawy, notesy, figurki, mam nawet koc z wizerunkiem Lorda Vadera (obecnie w posiadaniu mojej córy, która uwielbia pod nim spać). Gdybym dysponował fortuną, wydawałbym na to pewnie dowolne sumy. Na szczęście rolę fundatorów mojego hobby już dłuższy czas temu przejęli moi przyjaciele, którzy mają łatwość w dobieraniu mi urodzinowych czy świątecznych prezentów.

Oczywiście po cichu marzę, by kiedyś w mojej kolekcji znalazła się Gwiazda Śmierci z Lego, nie mówiąc o pewnym zajebistym statku, który kosztuje bagatela 20 tys. zł, (ale jak sądzę kupowanie statku kosmicznego Lego na raty, należy do inicjatyw, które bez wątpienia można zaliczyć do żenujących). Na tym etapie przeznaczam więcej pieniędzy na klocki dla córki niż dla siebie – ma trzy lata więc trudno o jakąś radykalną indoktrynację, ale już kocha R2-D2, co uważam za rodzicielski sukces. Z marzeń dalekosiężnych wiem, że jeżeli będę sobie budował dom, to w takim dajmy na to, dworku polskim, kolumny zastąpi para Stormtrooperów. Kolekcjonerstwo to hobby raczej błahe, wiec nie przełożyło się na drogę zawodową, jednak nastąpił mechanizm odwrotny. Jako pracownik biura projektowego mam możliwość korzystania z drukarek 3D co pozwala mi na drukowanie samodzielnie zaprojektowanych, teleskopowych mieczy świetlnych czy klocków w nietypowych rozmiarach.

KONRAD, GRA W PLANSZÓWKI

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem w wieku 8 lat, kiedy w moje ręce trafiła Magia i Miecz jedna z pierwszych gier w Polsce wychodzących z pomysłowością i fabułą nieco dalej, niż Chińczyk czy Monopoly. Od tamtego czasu moje życie kręci się wokół gier i nic co odkryłem później, nie było w stanie przyćmić tej jakości. Myślę, że najwartościowszym aspektem takiej formy spędzania wolnego czasu jest kooperacja, rywalizacja lub wspólne dążenie do celu z żywymi ludźmi. Przez te parę godzin wszyscy funkcjonujemy w świecie wyobraźni i jest ona niejako wspólna dla każdego siedzącego wówczas przy stole.

Patryk Sroczyński

To sytuacja, która nie mogłaby zaistnieć w trakcie gry na komputerze: nawet jeżeli po drugiej stronie są inni ludzie, twoim faktycznym towarzyszem jest szklany ekran, nie widzisz mimiki, gestów, nie słyszysz głosu. Wydaje mi się to mało satysfakcjonujące.

Jako dzieciak grałem zwykle z bratem lub kolegami, w czasie studiów dzięki portalom społecznościowym i forom znalazłem podobnych mi fascynatów, z którymi od blisko dziesięciu lat tworzymy pewnego rodzaju społeczność. Parę razy w tygodniu spotykamy się w różnych lokalizacjach w mieście by grać i spędzać ze sobą czas. Współorganizowałem też kilka konwentów planszowych w Warszawie i Krakowie, na które zjeżdżają się entuzjaści z całej Polski. Rozważałem przełożenie tej pasji na drogę zawodową i zajęcie się projektowaniem, ale ostatecznie jestem prawnikiem, a moje hobby pozostało w sferze prywatnej.

Nie mam z tym związanych marzeń, upragnionej gry czy zjazdu fanów planszówek, każda nowa gra sprawia mi to radość. Niestety każda ma również ograniczony termin przydatności, bo w pewnym momencie powszednieje i trzeba szukać nowej. Zawsze chętnie jednak wracam do Magii i Miecza, jako że była moją pierwszą, mam do niej mocno sentymentalny stosunek.

ALEKSANDER, KONSTRUUJE MODELE I DOMKI DLA LALEK

Kiedy byłem małym chłopcem, w naszym rodzinnym domu dość długo trwał remont, gdzieniegdzie ściany pozbawione były tynku, wystawały cegły, walały się jakieś deski, co dla małego chłopca było nieprzebraną studnią inspiracji. Okruchy betonu, garść kamyków stanowiły gotową scenografię pola bitwy, po dołożeniu paru krzaczków i żołnierzyków miałem przed oczami wojnę w mikro skali. Potem doszło składanie modeli samolotów, czołgów, transporterów i wszelkich militariów. Kiedy byłem nieco starszy, zająłem się konstrukcjami drewnianymi, budulca nie brakowało. Po 25. roku życia przeprowadziłem się do mieszkania, gdzie z racji posiadania sąsiadów, hałasy znamienne dla warsztatu były raczej wykluczone. Pojawiły się też inne priorytety, więc na pewien czas zarzuciłem realizowanie się w dziedzinie rękodzieła.

Zawodowo zajmuję się sprzedażą, niczego nie wytwarzam, niczego fizycznego. Efekty mojej pracy są czymś w rodzaju abstrakcyjnej chmury danych o przychodach, a chyba każdy ma potrzebę tworzenia, kreowania czegoś namacalnego. Początkowo z wielką pasją zajmowałem się ogrodem. Moment, kiedy kończyłem pracę nad jakimś jego fragmentem (nawet jeżeli było to zwykłe zgrabienie liści) i oddalałem się, by spojrzeć na efekt z odległości, dawał mi ogromną satysfakcję i przyjemność. Do majsterkowania wróciłem na dobre, dopiero kiedy urodziły się moje córki. Większość rzeczy robię dla nich: kleję, wiercę, konstruuje domki dla lalek, mebelki, lampiony, szkatułki i skrytki. Młodsza ma teraz 2 lata, więc moje wyroby muszą być pancerne i możliwie bezpieczne.

Żyjemy w czasach kiedy wszystko można kupić, wszędzie pójść, wszystko zrobić. Nie jestem zwolennikiem kupowania rzeczy, mam wrażenie, że ludzie stali się dzięki tej powszechnej dostępności produktów leniwi lub wręcz niepełnosprawni. Zapomnieli, jak proste, a zarazem satysfakcjonujące i niepowtarzalne może być stworzenie czegoś samemu. Lubię prostotę, bo pobudza wyobraźnie. Jeżeli miałbym wybierać między wypasionym karabinem z plastiku i zgiętym kijkiem, wolałbym strzelać z kijka. Kreatywność rodzica działa też świetnie na rozwój dzieci, kiedy mają szansę obserwować, jak ich zabawki tworzy człowiek, rosną w świadomości, że i one są w stanie tworzyć rzeczy.

Za dwa miesiące po latach wynajmowania nareszcie wylądujemy w naszym własnym domu, więc obecnie żyję planowaniem własnego warsztatu – nie u ojca, nie u teścia, własnej pracowni u siebie. W ogrodzie stoją cztery suche drzewa przeznaczone do wycięcia, więc mam już kompletną listę rzeczy, które z tego drewna powstaną. Chyba nie ma innej rzeczy, która dawałaby mi tyle satysfakcji.