Reklama
Newsy

Rosyjska armia duchów

Polegli żołnierze w tajemnej wojnie Putina z Ukrainą

tekst Lucy Kafanov
16 Marzec 2015, 10:03am

Tekst w oryginale ukazał się na kanadyjskim VICE

Natasza Andrianowa, matka Siergieja, rosyjskiego żołnierza, który miał zostać zabity na Ukrainie. Do chwili obecnej nikt z wojska ani z rządu nie udzielił wyjaśnień, jak i gdzie zginął jej syn. Wszystkie zdjęcia wykonane przez autora

We wrześniu o wpół do szóstej rano na tereny położone między Wołgą a granicą Rosji z Kazachstanem przybył kapitan 106. dywizji powietrznodesantowej. Lokalny przedstawiciel wojskowy zabrał go z lotniska w Samarze. Podróżując do celu samochodem, przemierzali wiejskie tereny, rzędy brzóz zamieniały się w pola uprawne, aż dotarli do małego miasteczka o nazwie Podsolnesznoje. Pojazd skręcił z głównej drogi, wjechał w skupisko rozpadających się jednopiętrowych budynków i zatrzymał się przed domem z białej cegły.

Kapitan przebył niemal 870 mil z Rostowa, położonego przy ukraińskiej granicy. Przywiózł z sobą ocynkowaną trumnę, w której znajdowało się ciało dwudziestoletniego spadochroniarza Siergieja Andrianowa.

Krewni żołnierza czekali przed domem. Starszy brat i wujek Andrianowa podeszli do trumny ze szlifierką kątową. Jego matka Natasza została w domu. – Miałam nadzieję, że to wszystko okaże się pomyłką – stwierdziła.

Mężczyznom udało się otworzyć trumnę, a Natasza usłyszała wtedy krzyki swojej córki. Dla rodziny Andrianow był ledwie rozpoznawalny, jego oblicze zastygło w dziwnym grymasie, a oczy i usta były szeroko otwarte. Lewa strona jego twarzy była błękitna, a jego nos został skręcony, jakby ktoś pociągnął go w bok. Jego ciało było pokryte brudem, który znajdował się wszędzie, nawet za paznokciami. Rany wokół serca pozostałe po wybuchu zostały ukryte pod świeżym mundurem wojskowym przeznaczonym dla człowieka dwa razy większego. Na nogach wisiały mu lekkie japonki.

Rodzina Andrianowa pięć dni oczekiwała na przybycie jego ciała. W tym czasie brat zmarłego dzwonił do dowództwa 106. dywizji powietrznodesantowej i próbował się dowiedzieć czegokolwiek na temat śmierci spadochroniarza. W końcu jeden z dowódców odpowiedział mu zdenerwowany: – Poddaj się i przestań dzwonić, dostaniesz 100 tysięcy rubli (nieco ponad 1500 dolarów – red.). Wystarczy, żeby uczcić jego pamięć. Czego ty jeszcze chcesz?!

Dokumenty, które przyjechały z ciałem żołnierza, w żaden sposób nie wyjaśniały, gdzie i jak zginął. Według wojskowych raportów 28 sierpnia o godzinie 21 Andrianow wykonywał „misję specjalną" w „miejscu tymczasowej lokalizacji". Tam nastąpiła eksplozja, w wyniku której Andrianow doznał śmiertelnych ran i zmarł na miejscu.

– Rząd nadaje temu wszystkiemu wydźwięk tajemnicy państwowej, ale ja chcę to powiedzieć otwarcie: to jest zwyczajne przestępstwo – mówi Natasza. – Mój syn odszedł i nikt nie umie mi wyjaśnić, jak to się stało.

Pamiątki Nataszy Andrianowej po synu: jego beret, fotografia jako spadochroniarza, prawosławne ikony

Oficjalnie Rosja nie jest w stanie wojny, ale jej żołnierze nieustannie giną. Andrianow jest jednym z setek Rosjan będących w czynnej służbie wojskowej, którzy najprawdopodobniej zginęli na Ukrainie. Kreml zaprzecza, żeby wysyłał tam swoje wojska, twierdząc, że nie jest zaangażowany w konflikt po drugiej stronie granicy. Jednak historia Andrianowa jest jednym z wielu, jakie zebrałam od rodzin żołnierzy, obrońców praw człowieka i urzędników państwowych. To wszystko sprawia, że dość wątpliwe okazują się oficjalne komunikaty rosyjskiego rządu.

Rok temu uzbrojeni ludzie, ubrani w zielone, nieoznakowane mundury, bardzo podobne do rosyjskich, dokonali aneksji Półwyspu Krymskiego. Władimir Putin pytany o to, czy tzw. zielone ludziki byli faktycznie rosyjskimi żołnierzami, odpowiadał, że to lokalne siły samoobrony, które „prawdopodobnie kupiły rosyjskie uniformy w krymskich sklepach".

Jednakże podczas jednej z transmisji telewizyjnych w kwietniu zeszłego roku Putin przyznał się ze spokojem, że rosyjskie wojska rzeczywiście pomagały separatystom w aneksji Krymu. Tym samym Rosja zburzyła ład międzynarodowy i zawłaszczyła teren, który przez 23 lata należał do suwerennej Ukrainy. Ruch ten wywołał międzynarodowe potępienie, sankcje polityczne i izolację. Jednakże wewnątrz Rosji stał się źródłem patriotycznego zapału, a poparcie społeczne dla Putina wzrosło z poziomu 65 procent w styczniu zeszłego roku do 80 procent po krymskim referendum. I ciągle wzrasta mimo zapaści gospodarczej, w jakiej znajduje się Rosja.

Putin ciągle mówi, że to prorosyjscy separatyści zajęli rządowe budynki na wschodzie Ukrainy. Region ten prezydent Rosji nazywa już, tak jak w czasach carskich, Noworossija lub Nowa Rosja. Z kolei na stawiane pytania, czy rosyjscy żołnierze rzeczywiście biorą udział w walkach na wschodzie Ukrainy, Putin odpowiada bezczelnie: – Nonsens, nie ma tam żadnych oddziałów wojsk rosyjskich ani rosyjskich sił specjalnych.

Na początku sierpnia wojska ukraińskie zyskały przewagę nad wojskami bojowników, spychając ich w kierunku Doniecka i Ługańska. W wyniku tego zagrożeni bojówkarze ponownie zwrócili się o pomoc militarną do Rosjan.

Rosja zaczęła masowo gromadzić wojska na granicy z Ukrainą, podwajając liczbę żołnierzy w gotowości bojowej do 20 tysięcy. Rosyjskie media przedstawiają ukraiński rząd jako „faszystowską juntę" dokonującą masakry rosyjskich zwolenników na wschodzie Ukrainy. Telewizja w Rosji rozpowszechniała plotki o niejakiej piątej kolumnie zagrażającej Rosji od wewnątrz.

NATO i amerykańscy urzędnicy zaczęli ostrzegać przed otwartą rosyjską inwazją na Ukrainę. Rosja ruchy swoich wojsk przedstawia jako ćwiczenia wojskowe. Tylko że jej żołnierze, tacy jak Andrianow, wracają z tych ćwiczeń w plastikowych workach, bez informacji, gdzie i w jaki sposób zginęli.

Grób Siergieja Andrianowa w jego rodzinnej miejscowości. Nic nie wskazuje na to, że poległ on w czasie akcji w walkach na Ukrainie

Położony w pobliżu granicy estońskiej, o pięć godzin jazdy od Petersburga, Psków jest jednym z najstarszych i najpiękniejszych miast w Rosji. Tu roi się od cerkwi i kościołów, niektóre z nich pamiętają XII wiek. To tutaj car Mikołaj II abdykował w 1917 roku, budząc dzwon pogrzebowy dla imperium rosyjskiego i torując drogę do utworzenia Związku Radzieckiego. Obecnie miasto jest również ważnym ośrodkiem militarnym. Tutaj swoją siedzibę ma 76. dywizja desantowo-szturmowa.

W sierpniu pskowscy spadochroniarze zostali wysłani do Rostowa przy granicy z Ukrainą. Ich rodziny zaczęły się niepokoić, gdy żołnierze przestali dzwonić i pisać. 21 sierpnia ukraińskie media ogłosiły zdobycie w walkach w okolicy Ługańska dwóch rosyjskich wozów opancerzonych. W środku rzekomo znaleziono również dokumenty należące do jednostki z Pskowa. To nie była jakaś wielka sensacja – internet roi się od różnego rodzaju nieprawdziwych informacji – ale wzbudziła panikę wśród rodzin rosyjskich żołnierzy, a także przyciągnęła zainteresowanie lokalnych mediów. Rosyjscy urzędnicy przekonywali, że wszystko jest w porządku. – Czysta prowokacja – stwierdził dowódca rosyjskich spadochroniarzy. – W naszej brygadzie wszyscy mają się dobrze i są żywi.

W weekend po tym wydarzeniu na jednym z serwisów społecznościowych pojawił się post, który wywołał poruszenie zarówno wśród żołnierzy dywizji, jak i w całym Pskowie. „Leonid zmarł" – napisała żona sierżanta Leonida Kiczatkina, wysyłając tym samym informację do przyjaciół o jego pogrzebie. Post wkrótce został usunięty, ale szybko stał się viralem. Irina Tumakowa, niezależna dziennikarka z Sankt Petersburga, chciała pomóc w pokryciu kosztów związanych z pogrzebem, ale kiedy zadzwoniła do żony Kiczatkina, ta stwierdziła, że jej mąż żyje i ma się dobrze.

W poniedziałek rano kościół przy małym cmentarzu na peryferiach Pskowa zaczął wypełniać się ludźmi. Byli to zarówno cywile, jak i wojskowi w mundurach. Według Lwa Schlossberga, miejscowego polityka i niezależnego publicysty, „to nie był pogrzeb Kiczatkina, ale najprawdopodobniej uroczystość pożegnalna dla wojskowych, którzy zostali później pochowani również w innych rejonach Rosji".

Tumakowa zgubiła się po drodze i przybyła na cmentarz spóźniona, gdy ten był praktycznie pusty. Pozostali czterej żołnierze wyrównujący dwa świeżo wykopane groby i garstka żałobników. Pierwszy grób należał do Kiczatkina, zabitego 19 sierpnia, a drugi do sierżanta Aleksandra Osipowa, który zmarł 20 sierpnia. Jeden z mężczyzn, którzy jeszcze stali przy grobach, myśląc, że Tumakowa jest jednym z żałobników, poczęstował ją wódką i powiedział, wskazując na grób Osipova: – Mój syn jest tutaj, chciał być bohaterem.

Dziennikarka zapytała:
– On także został zabity na Ukrainie?
– A gdzie indziej? – padła odpowiedź.

26 sierpnia Ukraina podała do wiadomości publicznej informację o wzięciu do niewoli dziesięciu rosyjskich spadochroniarzy. Tego dnia, po południu Putin miał się spotkać w Mińsku ze swoim ukraińskim odpowiednikiem Petrem Poroszenką. W czasie gdy ściskali sobie ręce, Kijów udostępnił nagrania z przesłuchań spadochroniarzy. Żołnierze twierdzili, że byli na ćwiczeniach w pobliżu granicy z Ukrainą i że przez błędy dowódców przypadkowo znaleźli się na terytorium Ukrainy.

Kreml przyznał się do wtargnięcia swoich wojsk na terytorium Ukrainy, ale zapierał się cały czas, że to przypadkowy błąd. – Z informacji, które posiadam, wynika, że żołnierze wykonywali rutynowe patrole na granicy i przez przypadek znaleźli się po stronie ukraińskiej – powiedział Putin dziennikarzom w Mińsku. Obecne na tej konferencji matki uwięzionych żołnierzy, płacząc, błagały Putina, aby pozwolił wrócić ich synom do domów. Ostatecznie Kreml poszedł na ustępstwa i wymienił 63 ukraińskich żołnierzy na rosyjskich spadochroniarzy, którzy cali wrócili do domów.

Wieczorem 5 września trzy najważniejsze kanały państwowej telewizji w Rosji wyemitowały reportaż o rosyjskim żołnierzu, który został zabity na Ukrainie. Po raz pierwszy państwowe media poruszyły temat śmierci żołnierzy będących w czynnej służbie podczas konfliktu na Ukrainie. Widzom pokazano materiał filmowy o pogrzebie 28-letniego spadochroniarza, pochowanego z wojskowymi honorami oraz salwą honorową. Żołnierz został przedstawiony jako patriota, „który nie mógł bezczynnie obserwować wydarzeń na Ukrainie". Wszystkie stacje twierdziły, że był to ochotnik, który wziął urlop i nie mówiąc nic żonie ani dowódcom, pojechał walczyć u boku prorosyjskich rebeliantów.

Trudno w to wszystko uwierzyć. Jeżeli rosyjski żołnierz chce wziąć urlop, musi wcześniej wypełnić u swojego dowódcy szczegółowy raport, gdzie zamierza przebywać podczas urlopu, a jeżeli chce wyjechać za granicę, jego wniosek staje się o wiele bardziej skomplikowany. Poza tym według rosyjskiego prawa karnego zarówno ludzie, którzy walczą za granicą dla pieniędzy, jak i ci, którzy walczą z własnych przekonań, są traktowani jako najemnicy i grozi im kara więzienia do siedmiu lat.

Tymczasem konflikt we wschodniej Ukrainie coraz bardziej się rozszerza i już dawno przekroczył liczbę 5 tysięcy ofiar. Trudno sobie wyobrazić, że w dzisiejszych czasach w środku Europy trwa tajemna wojna, prowadzona w sposób nieoficjalny. Samantha Power, amerykańska ambasador przy ONZ, umieściła ostatnio ironiczny wpis na Twitterze: „Może Rosja chce się wycofać z tego konfliktu jeszcze przed wynalezieniem kamery". Według sondażu z grudnia tylko 25 procent Rosjan uważa, że ich wojska walczą na Ukrainie.

Tak więc rodziny rosyjskich żołnierzy, którzy zmarli bądź zaginęli, ciągle czekają na jakiekolwiek odpowiedzi. Tak jak w przypadku Siergieja Andrianowa nie powiedziano im, w jaki sposób ani gdzie zginęli ich najbliżsi. Jedyne określenie dotyczące miejsca śmierci, które pojawia się w dokumentach, to „punkt tymczasowej lokacji".

Pogrzeb Andrianowa w Podsolnesznoje był cichy i skromny. Jedynym przedstawicielem władz był kapitan, który przyjechał wraz z trumną. Matka Andrianowa wspomniała, że na pogrzebie była obecna rodzina innego żołnierza, który poległ na Ukrainie, z pobliskiej miejscowości. Widząc cierpienie Nataszy, ojciec tamtego żołnierza odciągnął ją na bok i szepnął: – Nie słuchaj ich wszystkich, Natasza, nasi synowie są bohaterami, prawdziwymi mężczyznami. Żyj z tą myślą, ale na razie zachowaj ją w ciszy dla siebie.