Reklama
Kultura

Zdradzę ci sekret Henrego Rollinsa

Kiedy byłem zdołowanym nastolatkiem chciałem napisać do niego list, ale ostatecznie zabrakło mi odwagi. Nie przypuszczałem, że kilkanaście lat później spotkamy się w Warszawie, gdzie uścisnę mu dłoń i poznam jego drugą naturę

tekst Paweł Mączewski
01 Luty 2016, 10:17am


Henry Rollins i Paweł Mączewski po koncercie w Warszawie. Fot. Kasia Stupnicka

Jest sobotni wieczór, pomimo zimna Warszawa szykuje się do klubowego karnawału, wyprawianego co tydzień z okazji istnienia weekendu. Na ulicach centrum mijam wystrojonych, rozbawionych ludzi – śmieją się do siebie, wymieniają się zabawnymi historiami i dodają sobie nimi animuszu – dobrze to znam i wiem, jak bardzo teraz odstaję od tego stanu. Ja jestem skupiony, jutro chcę pamiętać dzisiaj. To dla mnie ważne. Wchodząc do teatru, zerkam na zegarek, który mówi mi, że do występu została już niecała godzina. Korytarz i foyer zaczynają się powoli wypełniać innymi ludźmi, którzy przyszli tutaj, by zobaczyć Henrego Rollinsa. W powietrzu czuć nutkę podekscytowania i niepewności. Jeszcze nie wiem, że za kilka godzin uściśniemy sobie dłonie i poznam go osobiście.

Cofam się w czasie o jakieś kilkanaście lat; jestem teraz zakompleksionym nastolatkiem z nadwagą, który często wdaje się w niepotrzebne konfrontacje z rówieśnikami i starszymi od siebie. Właśnie znajduję się w epicentrum swojej alienacji od otaczającego mnie świata, chociaż patrząc na mnie z boku, powiesz, że siedzę przy biurku w swoim pokoju i patrzę na ekran komputera. Za kilka lat zrozumiem, że serwowanie sobie tych depresyjnych stanów, w dużej mierze jest dobrowolnym pławieniem się we własnym smutku i użalaniem się nad sobą. Ale teraz jeszcze tego nie wiem, po głowie chodzą mi czarne myśli. Oglądam kolejny występ Rollinsa, jeden z jego wielu spoken wordów, gdzie wychodzi na scenę i opowiada zebranej publiczności o swoim życiu, przemyśleniach i światopoglądzie, który sprowadza się do podstawowego imperatywu – by nie być w życiu chujem.

W końcu natrafiam na jego występ, który nabiera jeszcze bardziej osobistego charakteru. Rollins – wtedy siwy gość pod pięćdziesiątkę z mikrofonem w dłoni – mówi do swoich widzów:

„Nie jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. Nie budzę się każdego dnia, mówiąc »kocham życie!«. Nie, przez większość czasu kurewsko nienawidzę życia, przez większość czasu życie to dla mnie jebany egzystencjalny koszmar, którego nie cierpię i cały czas myślę o tym, by to zakończyć. Proszę, teraz już znacie prawdę. Jedyna rzecz, która trzyma mnie wśród żywych, to świadomość, że życie powie: ha ha, wymiękłeś, nie dałeś mi rady! Dlatego chcę zmusić swoje życie, do walki o życie. Chcę być jak drzazga w dupie swojego życia, chcę by życie świętowało dzień, kiedy w końcu odejdę z tego świata. Chcę, by to była jedyna chwila, kiedy będzie mogło ode mnie odpocząć, zadając innym pytanie: »Czy na pewno już zdechł? Dźgnij go jeszcze raz, tak dla pewności".

Publiczność się śmieje, bo nawet tak ciężkie wyznanie o sobie Rollins potrafi oprawić nutką humoru i autoironii. Też się uśmiecham do monitora, jednocześnie jestem pod wrażeniem jego siły, którą teraz czuję też w sobie. Poprzez przyznanie się do walki z prozą dnia codziennego, Rollins buduje łączący nas pomost. On też ma problemy, jak ja czasem ma wszystkiego dosyć i też myśli, by to zakończyć, raz na zawsze – ale nie tylko się nie poddaje, on bierze odwet. Czuję, że nie jestem sam i jestem wdzięczny, chce mu podziękować.

Wpadam na pomysł, by napisać mu list – gdzie opowiem o sobie i o tym, jak jego postawa napawa mnie optymizmem na przyszłe dni. Znajduję czystą kartkę, czarny długopis i zaczynam pisać. Na papierze lądują kolejne zdania, a ja zastanawiam się, jak bardzo kaleczę język angielski. Tyle że to nie jest teraz ważne, liczą się szczere intencje zawarte w treści – tak myślę przez moment, by po chwili egzaltacji szczęścia przerwać i odłożyć na bok długopis. „Jakie to głupie" – myślę sobie – „dlaczego ktoś taki miałby przeczytać mój list, za kogo ja się uważam? Nic nie znaczę". Gniotę kartkę i wyrzucam ja do kosza. Przez następne lata nikomu o tym nie powiem, ale będę żyć. Potem, przy okazji europejskiej trasy Rollinsa, już jako dorosły facet wywalczę sobie możliwość przeprowadzenia z nim wywiadu, wysyłając mu maila z pytaniami, wspominając wagę, jaką ta jedna wypowiedź odegrała na pewnym etapie mojego dorastania.

Autor tekstu, jeszcze jako smutny nastolatek. Archiwum prywatne.

Jest koniec stycznia 2016 roku. Wchodzę z teatralnego foyer na salę pełną ludzi, którzy jak ja przyszli zobaczyć ten występ. Po chwili gasną światła, w tle cichnie muzyka i na scenę wchodzi Rollins – tak zwyczajnie, po prostu, zaczynamy.

Na wstępie przeprasza, że tak rzadko odwiedza Polskę (był u nas trzykrotnie), tłumacząc przy tym, że przyjeżdża tak często, jak ktoś rzeczywiście go zaprosi. Płynnie przechodzi do krytyki politycznej, zaczynając od swojego podwórka – Stanów Zjednoczonych. Z rozrzewnieniem przyznaje, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat powtarzano jego rodakom, że są najlepsi na świecie – dlatego opuścili gardę, stali się próżni w zachwycie nad samym sobą i teraz taki Donald Trump łypie ochoczo na fotel prezydencki, szerząc z mównicy swoje ksenofobiczne i seksistowskie tyrady.

Pośród wielu tematów, Rollins dzieli się z nami swoimi obawami o losy świata – pokonaliśmy barierę selekcji naturalnej, wynaleźliśmy szczepionki, uodporniliśmy się na choroby, pokochaliśmy broń, ale nie bliźniego swego. Zwraca uwagę na zmieniający się klimat, globalne ocieplenie, co także jest efektem ludzkiej działalności – nie cytuje jednak mądrych głów, czy książek na ten temat; opowiada, jak był na pieprzonej Antarktydzie, by na własne oczy zobaczyć migrację zwierząt w inne rejony, gdzie będzie im choć trochę chłodniej.

Opowiada, jak otoczony przez stado kopulujących pingwinów, jako pierwszy człowiek w historii odsłuchał na Antarktydzie cały album Raw Power The Stooges. Wspomina z żalem tych, którzy odeszli z tego świata – nieodżałowanych Davida Bowiego oraz Lemmego z Motörhead. Opowiada nam prawdziwie wzruszającą historię, jak pewnego razu odwiedził mieszkanie Kilmistera, z którym spędził popołudnie, zauważając, jak bardzo Lemmy potrzebował wtedy czyjejś obecności, bo nie chciał być sam. Tak po ludzku i zwyczajnie.

Jest jak pędzący pociąg, który nie zwalnia, tylko sunie do przodu zaczynając kolejne wątki. Chociaż siedzę daleko od sceny, wyraźnie widzę, jak krople potu skapują z jego ręki, w której trzyma mikrofon. Występ trwa już trzy godziny, w tym czasie Rollins nie bierze nawet łyka wody, by przepłukać sobie gardło. Pod koniec kilkukrotnie prosi nas o cierpliwość, wie, że zaraz odpadną nam tyłki od siedzenia w jednym miejscu. Spotkanie kwituje stwierdzeniem, że musi znajdywać sobie kolejne zadania, rzeczy do zrobienia, by żyć i trwać. Przyznaje, że jesteśmy jednym z powodów, który daje mu siły. Jego występ kończy się owacją na stojąco publiczności, a on znika gdzieś na zapleczu sceny.

Od organizatora dowiaduje się, że Rollins potrzebuje pół godziny, by przegrupować siły, ale potem wyjdzie jeszcze porozmawiać, z tym, kto na niego poczeka. Czekam, razem z dwudziestką innych osób – część z nich trzyma płyty, kasety i książki Rollinsa. Jeden z moich znajomych ma nawet ze sobą płytę z piosenkami warszawskiej sceny niezależnej, taki prezent od fana.

Czas się dłuży w nieskończoność, jak to ma w zwyczaju, w takich chwilach. Nagle zza zasłony wychodzi Rollins, napotykając mnie jako pierwszego na swojej drodze. Przełykam ślinę, podajemy sobie ręce, przedstawiam się i pytam, czy pamięta nasz wywiad? „Oczywiście" – odpowiada bez namysłu, czym jestem zaskoczony. W telegraficznym skrócie opowiadam mu wszystkie najważniejsze akapity z mojego nieistniejącego listu sprzed lat. Słucha i dziękuję mi. Wydaje się być zupełnym przeciwieństwem osoby, którą jeszcze przed chwilą był na scenie; jest drobnej postury, pozwala nam mówić. Jest cierpliwy i wdzięczny. Wtedy to do mnie dochodzi, że swój cały gniew, smutek i siłę zostawił właśnie tam, będąc gigantem w światłach lamp.

Może się mylę i zwyczajnie trawiło go zmęczenie, ale wydaję mi się, że to było coś więcej; wydaję mi się, że on wtedy oddał nam wszystko, co miał – wyczerpując swoje ciało, by dać nam inspiracje do bycia lepszymi ludźmi. Bo Henry Rollins nie tylko opowiada ciekawe rzeczy ze swojego życia; to kaznodzieja rocka, pokazujący nam, że muzyka jest przyzwoleniem na bycie sobą, nawet jeżeli nie pasujemy do kagańca sztywnych reguł i wtórnych konwenansów. Możemy być dziwakami, możemy mieć inne zdanie, zawsze coś znaczymy – nawet jeżeli nam samym nie chce się w to wierzyć. Żegnając się z nim, znów czułem się jak dzieciak sprzed lat. Tyle że teraz byłem szczęśliwy.