
Reklama
Reklama
Reklama
- No.Wstał. Zmierzył mnie zimnym wzrokiem i - pyk - gotowe. Czułem się już jak kompletny baran, niezdolny nawet, by obrócić na pięcie i odejść.- No. You don't sound like an idiot, mate! C'mon - wycedził Manu Ginobili i parsknął śmiechem. Chwilę później pozował już przed moim… telefonem. Dyplomatycznie odpowiedział nawet na parę pytań. Zaznaczając, że daleko mu jeszcze do optymalnej formy i show zacznie się dopiero ze startem ligi.- Good luck, son - tak dla odmiany brzmiały słowa, jakie na pożegnanie rzucił w moim kierunku Gregg Popovich. 5-krotny mistrz ligi (w roli trenera) strollował wszystkich. Od kibiców po dziennikarzy. Najpierw wpuścił na trening zamknięty przed publicznością… publiczność, a potem chciał sflekować każdego operatora z kamerą. - "To inna grupa. Dla dziennikarzy będę miał czas później. Zajmijcie się zawodnikami!" - wrzeszczał. I przez blisko godzinę odpowiadał na pytania wszystkich zgromadzonych na hali. Pop sprawiał wrażenie, jakby unosił się nad ziemią, a kibice patrzyli na niego jak zahipnotyzowani. Mistrzostwo świata. Aż wreszcie - na koniec (kiedy poświęcał już czas dziennikarzom) zaproponował mi selfie: - "Because your hands shake!". Figlarz.

Reklama
a) to nieziemskie miasto
b) władze miasta zorganizowały imprezę, przed którą przez kilka tygodni towarzyszyły mi mokre sny
c) patrz punkt pierwszyKilka rzeczy sprawiło jednak, że co rusz pukałem się w czoło i zastanawiałem, o co tu tak naprawdę chodzi.Wyskakuję z metra na Podstamer Platz. 7:00 w poniedziałek (dwa dni do meczu). Przed moimi oczami - ogromna, karykaturalnych rozmiarów piłka "Spalding". Wszędzie bannery NBA. I przede wszystkim pusta scena, na której za kilka godzin z lokalnymi dzieciakami bawił się MVP tegorocznych finałów - Kawhi Leonard.

Reklama
Reklama

