Reklama
This story is over 5 years old
The Grievous Sins Issue

Al-Kaida bierze na cel Afrykę

Od zeszłego roku toczą tu się wyjątkowo zaciekłe walki w ramach międzynarodowego konfliktu, którego skutki mogą sięgnąć daleko poza Mali i jego 15-milionową ludność; konfliktu, którego stawką jest panowanie Al-Kaidy w Afryce.

tekst Aris Roussinos
24 Kwiecień 2013, 10:00am


Ilustracja: Jordan Rein

W lutym, po zwycięskiej bitwie z islamskimi rebeliantami w saharyjskim mieście Gao, malijska armia zorganizowała spotkanie z dziennikarzami prasowymi. Przedstawiciele redakcji z całego świata zebrali się na zakurzonym dziedzińcu w sercu miasta. W Gao panują konserwatywne obyczaje – do tego stopnia, że już półrocznym dzieciom zakłada się hidżaby. Od zeszłego roku toczą tu się wyjątkowo zaciekłe walki w ramach międzynarodowego konfliktu, którego skutki mogą sięgnąć daleko poza Mali i jego 15-milionową ludność; konfliktu, którego stawką jest panowanie Al-Kaidy w Afryce.

Spotkanie z dziennikarzami miało uczcić zwycięstwo nad islamistami. Francuscy żołnierze, którzy wsparli malijskie oddziały w niedawnych walkach, stali w milczeniu z boku głównego dziedzińca i obserwowali z rozbawieniem jak Malijczycy oprowadzali reporterów po polu bitwy. Żandarmi obwieszeni pasami amunicji wskazywali drogę dziennikarzom, pokazując im rozrzucone wokół siedziby sądu kończyny oraz pokurczonych martwych dżihadystów leżących na ziemi.

Jeden z żołnierzy zwrócił naszą uwagę na ludzką głowę leżącą twarzą w pyle. – Jak myślisz, czy był Malijczykiem? – zapytałem. Żandarm odwrócił ją butem i przyjrzał się twarzy. Z jej ust kapała ciemna krew, a do nosa właśnie wchodziła mucha. – Nie, raczej Algierczykiem albo Nigerczykiem – odpowiedział żandarm uśmiechając się z dumą. Nieopodal, w ratuszu, obok leżącego na klatce schodowej ciała zwiniętego wokół karabinu maszynowego, żołnierze wskazali nam szeroki ślad krwi ciągnący się po ścianie i przez cały sufit. – Zamachowiec samobójca. O, tam leży jego głowa – wyjaśnili. Była to jednak raczej twarz niż cała głowa – z zakurzonej podłogi patrzyło na nas zdziwionym, surowym wzrokiem pomarszczone oblicze oddzielone siłą wybuchu od czaszki. Kamerzysta demonstracyjnie skierował obiektyw w inną stronę. – I tak nie puściliby tego w telewizji, więc nie było co kręcić – ocenił później pewien reporter.

Nie byłoby mi dane uczestniczyć w tym ponurym obchodzie gdybym nie przyjechał do Mali obserwować pokłosie francuskiej interwencji w tym kraju. Zgodnie z planem miałem przejechać z francuskim konwojem wojskowym ze stolicy w Bamako do Gao – była to pięciodniowa podróż przez pustynię. Byliśmy pierwszym konwojem sił interwencyjnych, który dotarł do miasta. Przez sześć miesięcy pozostawało ono pod kontrolą Al Kaidy i jej lokalnych sojuszników, którzy zaprowadzili tam teokratyczne rządy, zachęcając młodzież do uczestnictwa w dżihadzie i ustanawiając prawo szariatu za pomocą batów do zaganiania bydła i rzeźnickich noży. Ostatecznie francuskie oddziały odbiły miasto przy użyciu samolotów i helikopterów szturmowych, zaś naszą rolą było dostarczenie na miejsce żywności, wody i generatorów, czyli całego majdanu logistycznego potrzebnego współczesnej armii do umocnienia się na pozycji. Gdy wlekliśmy się przez Saharę, wieśniacy często wychodzili ze swoich chat by powitać swych oswobodzicieli, machając przy tym francuskimi flagami i krzycząc „Vive la France!” oraz „Merci, merci!”. Im bardziej jednak zbliżaliśmy się do Gao, tym silniejsze okazywały się wpływy islamistów; jak się niebawem miało okazać, nie wszyscy tubylcy byli nastawieni przyjaźnie do swoich francuskich wybawców.

Oficjalnie wojna zaczęła się w styczniu 2012 roku. Wtedy to zbuntowany odłam Tuaregów, czyli koczowniczego, pustynnego plemienia zamieszkującego Afrykę Saharyjską, przejął kontrolę nad głównymi miastami w północnej części Mali, gdzie niedługo później proklamowano powstanie osobnego państwa Tuaregów o nazwie Azawad. Jego wojska przyjęły nazwę Ruchu Wyzwolenia Azawadu (MNLA). Choć malijscy Tuaregowie to w większości muzułmanie (co prawda nie stroniący od pijaństwa i rozpusty), MNLA był pomyślany jako świecka inicjatywa polityczna. Z konieczności szybko zawiązał sojusz z ugrupowaniami dżihadystycznymi działającymi w regionie, w tym z Ruchem na Rzecz Jedności i Dżihadu w Afryce Zachodniej (MUJAO), islamistycznym ugrupowaniem tuareskim Ansar Dine oraz Al-Kaidą Islamskiego Maghrebu (AQIM). Podobnie jak Afganistan w latach 90. ubiegłego stulecia, północne terytoria Mali stały się poligonem dla najbardziej radykalnych ugrupowań terrorystycznych w Afryce – bezpieczną przystanią, w której można było planować dżihad, szmuglować kokainę do Europy i wymieniać zachodnich zakładników za wysokie okupy. Choć Tuaregowie od zawsze byli koczownikami, od co najmniej 50. lat starali się przejąć kontrolę nad jakimś terytorium. Porozumienie zawarte przez MNLA z ugrupowaniami dżihadystycznymi dawało im szansę na współrządzenie zajętymi przez nich przygranicznymi terenami: islamiści mieli wspierać Tuaregów militarnie w zamian za możliwość szerzenia islamskiego prawa w Azawadzie.

Jednak po kilku miesiącach wspólnych rządów w położonych na północy Mali miastach: Timbuktu, Kidal i Gao, dżihadyści zwrócili się przeciwko ich dotychczasowym świeckim sojusznikom, odsunęli MNLA od władzy i ustanowili własne, do pewnego stopnia rywalizujące ze sobą emiraty islamskie, kierując się przy tym głównie kryteriami etnicznymi. Timbuktu zostało przejęte przez Ansar Dine, które to ugrupowanie zakazało wszelkiej muzyki w tym słynącym z muzycznych imprez mieście. Z kolei Gao, czyli największe miasto w regionie, wpadło w ręce MUJAO – lokalnego ugrupowania dżihadystycznego, w którym znaczącą rolę odgrywają arabscy komendanci. Nowe władze szybko zaznaczyły swoją obecność w mieście odcinając ręce złapanym złodziejaszkom. 

Międzynarodowa społeczność nie reagowała na te wydarzenia do czasu, gdy okazało się, że islamiści są w stanie kontynuować podbój okolicznych ziem aż do przejęcia kontroli nad całym krajem. Ostatecznie Francja, która do 1960 roku zarządzała Mali jako swoją kolonią, zdecydowała się rozpocząć naloty na dżihadystów. 12 stycznia 2013 roku francuskie samoloty zbombardowały strategiczne cele w Gao, w tym miejscową izbę celną stanowiącą kwaterę główną islamistów, demonstrując w ten sposób siłę francuskiej armée de l’air. Bombardowania przygotowały grunt pod inwazję wojsk lądowych, które szybko odbiły Gao i Timbuktu, zmuszając dżihadystów do ucieczki w góry na dalekiej północy. Niektórzy z nich pozostali jednak na miejscu i wtopili się w miejscową ludność, co wzbudziło podejrzenia, że w sprzyjającym momencie mogą oni próbować przeprowadzić partyzancką kontrofensywę.

Gdy jechaliśmy do Gao sytuacja wydawała się być opanowana, a Francuzi z przyjemnością odgrywali rolę oswobodzicieli. Wygrana przyszła im łatwo, być może nawet zbyt łatwo, czym tłumaczyłem lekceważenie, z jaką francuscy oficerowie zbywali moje pytania o odradzające się powstanie. – To nie Afganistan. Tu ludzie nas kochają. Nie widziałeś jak do nas machają gdy ich mijamy? – oświadczył mi pewien kapitan.

Niedługo po naszej rozmowie doszło do nieplanowanego postoju. Francuscy zwiadowcy odkryli na drodze dwie miny-pułapki, ulubioną broń rebeliantów dobrze znaną zachodnim wojskom z długich, krwawych zmagań z niewidzialnym przeciwnikiem na Bliskim Wschodzie.

Ponieważ do rozbrojenia min-pułapek konieczne było światło dzienne, noc spędziliśmy we francuskiej bazie, gdzie do snu kołysał nas pomruk silników wozów bojowych zaparkowanych w zbudowanym z cegieł z mułu forcie; mieliśmy niemal wrażenie, jakby Mali wciąż było francuską kolonią. Gdy rozbijaliśmy obóz pod rozgwieżdżonym niebem, odwiedził nas przy ognisku młody oficer kawalerii Legii Cudzoziemskiej by zamienić z nami kilka słów. Był zadowolony: jego ludzie dopiero co pojmali rebelianta na pobliskiej pustyni i przywieźli go do fortu na pace Land Cruisera związanego niczym owcę. – Ci dżihadyści to tchórze. Złapani płaczą jak dzieci. Przy nich Talibowie to prawdziwi wojownicy. Gdy złapiemy takiego każę moim ludziom go przytrzymać i wysikuję się na niego– pochwalił się.

Kilka dni później dotarliśmy do Gao. Choć dżihadyści musieli wynieść się z miasta, wciąż można było tam dostrzec ich charakterystyczne emblematy. U bram nasz konwój przywitały czarne billboardy ozdobione flagami Al-Kaidy. „Witamy w islamskim państwie Gao” głosił biały napis po francusku. Abdelhakim al-Sahrawi, emir Gao i jednocześnie duchowy przywódca MUJAO, miał ewidentną słabość do napisów. „Noś hidżab”, „przestrzegaj praw szariatu, „walcz z kuffar” krzyczały tablice na każdym skrzyżowaniu. Inaczej niż w Timbuktu, w Gao nigdy nie było wielu muzyków, ale dżihadyści i tak zakazali tam wszelkiej muzyki.

Następnego dnia na Placu Szariatu, czyli zakurzonym deptaku pełniącym w Gao rolę głównego placu miejskiego, grupka mężczyzn wskazała mi widoczne na piasku kupki szaroczarnego popiołu. Jak się dowiedziałem, to właśnie tam islamiści palili skonfiskowane lokalnej ludności płyty kompaktowe, karty SIM, telewizory i papierosy. Potem miejscowi pokazali mi betonową kolumnę poznaczoną głębokimi żłobieniami i śladami krwi. – Tutaj odcinali ręce. Widzieliśmy to na własne oczy – wyjaśnili mi. Następnie nakazali małemu chłopcu kucnąć plecami do kolumny i objąć kolumnę wyciągniętymi za siebie rękami, na których własnymi rękami i dłońmi symulowali ciosy maczet. Najpierw prawa ręka, ciach, a potem lewa, ciach. Zapytałem ich, jak się czuli patrząc na to. Wzruszyli ramionami. – To nie były dobre dzieciaki. Zwykli złodzieje, źli chłopcy po prostu – odrzekli.

Nie zdziwiło mnie, że niektórych z nich ucieszył islamistyczny przewrót. Żołnierze MNLA nie sprawdzili się w roli zwycięzców – po osuszeniu miejscowych barów zabrali się do gwałcenia kobiet i dzieci oraz plądrowania sklepów i domów. Gdy w czerwcu zeszłego roku mieszkańcy Gao wyszli na ulice by zaprotestować przeciwko rządom Tuaregów, ci zaczęli do nich strzelać. Tego samego dnia w ciągu raptem kilku godzin islamiści przejęli władzę w mieście i zaprowadzili własne porządki, które nie każdemu przypadły do gustu. Mimo to na ulicy usłyszałem, że i tak byli lepsi od tych z MNLA. Skończyły się gwałty i kradzieże, odżył handel. Nawet jeśli kogoś wybatożono za palenie papierosów to co z tego, w końcu palenie szkodzi.

Islamiści z MUJAO byli brutalni, ale jednocześnie starali się, by zarządzane przez nich amputacje kończyn były przeprowadzane w możliwie humanitarny sposób. – Nie jesteśmy okrutnikami – przekonywał ich przywódca Abdelhakim podczas niezręcznego spotkania z dr Abdelazizem Maigą, jedynym chirurgiem w mieście, w jego szpitalnym gabinecie. – Abdelhakim powiedział mi: „Nie chcemy nikogo zabijać, uchowaj Boże. Chcemy tylko zaprowadzić tu boży porządek” – wspomina Abdelaziz. W związku z tym przywódca islamistów wpadł na pewien pomysł: zapytał chirurga, czy ten zgodziłby się przeprowadzać amputacje ze znieczuleniem w możliwie sterylnych warunkach. Po namyśle Abdelaziz grzecznie odmówił. – Jak sobie życzysz –  żachnął się Abdelhakim wstając z krzesła, po czym wyszedł z gabinetu. Kilka dni później zadzwonił do chirurga z pobliskiej wioski. – Załatwione – obwieścił mu pęczniejąc z dumy. – Nie potrzebujemy już twoich usług, znaleźliśmy własną metodę. Tuż po amputacji wsadzamy kikuty do wrzącego oleju i kauteryzujemy rany. Działa bez zarzutu, przed chwilą wypróbowaliśmy ten sposób na trzech złodziejach.

Następnego dnia członkowie miejscowej straży obywatelskiej stojącej po stronie malijskiego rządu zabrali mnie do przedszkola, gdzie zdeponowali broń znalezioną w dziuplach terrorystów. Gdy dzieciaki bujały się na huśtawkach na zewnątrz, my otwieraliśmy zakurzone skrzynie z rosyjskimi rakietami. – Znaleźliśmy je rano w dziupli za rogiem. Nie ma dnia żebyśmy czegoś nie znaleźli: a to karabiny, a to amunicja, a to materiały wybuchowe – powiedział mi ich dowódca.

Najwyraźniej dżihadyści gromadzili zapasy przygotowując się do obrony Gao – lub do odbicia miasta z rąk Francuzów. By im to udaremnić, malijskie oddziały i ich nigerscy sojusznicy utworzyli wokół niego stalowy pierścień; przy każdym wjeździe ustanowiono punkt kontrolny, gdzie żołnierze trzepali miejscowych, przeszukiwali ich samochody i sprawdzali dokumenty. Tym sposobem rebelianci nie mieli jak wwieźć do środka broni, a bez niej żadne powstanie nie miało prawa się udać. Niestety, odkryte przez nas składy broni sugerowały, że problem leżał gdzie indziej. Stopniowo wychodziło na jaw, że ogrodzone wysokim murem kompleksy i opuszczone wille w Gao były pełne broni, która tylko czekała, by szpiedzy lub miejscowi użyli jej przeciwko francuskim okupantom.


Francuscy żołnierze opuszczający wozy bojowe przed szturmem na rynek w Gao

Po tygodniu opuściłem Gao by zająć się montażem filmu w Bamako – położonej po drugiej stronie kraju stolicy Mali, wtedy jeszcze wolnej od wojny. W dniu kiedy dotarłem na miejsce rebelianci uderzyli na Gao: to się nazywa mieć szczęście. Nieliczni pozostali w mieście dziennikarze informowali, że odziani na czarno mudżahedini zaatakowali centrum miasta, zajmując komisariat policji i strzelając z dachów do malijskich żołnierzy na ulicach. Krążące nad ich głowami francuskie helikoptery ostrzeliwały rakietami komisariat do momentu gdy walki ucichły. Kilka godzin po rozpoczęciu ataku dżihadyści wycofali się za miasto.

Tydzień później ponownie wyruszyłem do Gao z innym francuskim konwojem – tym razem składającym się z ciężko uzbrojonych wozów bojowych, co sugerowało, że generałowie spodziewali się poważniejszej przeprawy. Francuzi sprawowali kontrolę nad miastem i okolicą z rozległej bazy na lotnisku poza Gao, stanowiącej główny ośrodek nerwowy francuskiej kampanii w Mali. Zamknęli jedyną drogę prowadzącą na południe, a w każdym razie jej używany przez nich aktualnie odcinek. Atak na miasto potwierdził jednak ich najgorsze obawy: okazało się, że powstańcy wciąż kontrolowali wszystkie okoliczne wsie i połacie pustyni wokół Gao, jak również całą resztę północnej części kraju. Jak wyjaśnił mi w drodze powrotnej pewien sierżant, miejscowi doskonale znali teren. Nocą zakradali się i montowali na drodze nowe miny-pułapki. Z kolei za dnia obserwowali ruchy francuskich konwojów, analizując ich silne i słabe strony.

– Tu jest tak samo jak w Afganistanie, tylko gór mniej – powiedział sierżant paląc papierosa i wskazując zmęczonym ruchem pustynię. W podobnym, choć o wiele bardziej złowieszczym tonie, wypowiedział się malijski dziennikarz utrzymujący kontakty się z rebeliantami: – Gdy wy, Francuzi, dziennikarze, jeździcie po Gao i po okolicznych wioskach nie widzicie MUJAO, ale MUJAO widzi was. Tu comprends? – zapytał z uśmiechem.

Ponieważ wszyscy Francuzi stacjonowali w bazie na lotnisku, cała odpowiedzialność za wyeliminowanie uśpionych agentów MUJAO spadła na armię malijską. Teoretycznie był to dobry pomysł: silniejsze zaangażowanie się w wojnę oddziałów malijskich pozwoliłoby im zdobyć cenne doświadczenie w zwalczaniu rebelii, które przydałoby im się po ewentualnym wycofaniu się z kraju sił francuskich, a jednocześnie sprawiłoby, że cała interwencja nie byłaby postrzegana jako okupacja, tak jak to miało miejsce w Iraku. W praktyce jednak nie wyszło to najlepiej. Znakomita większość malijskich żołnierzy rekrutuje się z plemion z dalekiego południa, czego dowodzą noszone przez nich magiczne amulety i talizmany. Żołnierze ci nie mają żadnego rozeznania wśród ludności Gao i miejscowej polityki. Zdałem sobie z tego sprawę po powrocie do miasta, gdy odkryłem, że ich próby utrzymania bezpieczeństwa sprowadzały się głównie do zatrzymywania podejrzanie wyglądających Tuaregów zbliżających się zanadto do obiektów wojskowych i jedynego działającego hotelu w Gao.

– Za rządów MUJAO przynajmniej było mniej punktów kontrolnych i przeszukań – powiedział mi miejscowy sklepikarz gdy rozmawialiśmy stojąc pod daszkiem nad wejściem do jego sklepu. Choć od ataku na miasto minął zaledwie tydzień, wydawało się, że wszystko wróciło już do normy. – Islamiści też szukali broni, ale nie sprawdzali dokumentów i nie zatrzymywali na kilka godzin bez powodu. No i interes się kręcił – narzekał. Gdy zauważyłem, że najwyraźniej życie pod panowaniem dżihadystów nie było takie złe, odparł: – Ano nie było. Co mam powiedzieć? MUJAO byli w porządku.

Kilka dni później na Placu Szariatu rozmawiałem z ofiarą karnej amputacji, próbując dowiedzieć się, za co został okaleczony. Mój rozmówca wykręcał się jak mógł od odpowiedzi, na przemian udzielając mi sprzecznych informacji i opowiadając wzruszające lecz mało przekonujące historyjki, z których wynikało, że złapano go podczas próby okradzenia butiku. W pewnym momencie podszedł do nas elegancko ubrany miejscowy biznesmen i zaczął mu ubliżać. – Ty skurwysynu, obyś był przeklęty! Gdybyś nie był pierdolonym złodziejem nie obcięliby ci ręki. Tak to jest jak się kradnie! Nie myśl sobie, że skoro masz tylko jedną rękę to nie skopię ci dupy, śmieciu! – krzyczał.


Francuskie oddziały wycofują się z rynku, by umożliwić helikopterom ostrzał ostatnich żyjących dżihadystów.

Kolejny tydzień upłynął mi w towarzystwie członków malijskich patroli obywatelskich zajmujących się szukaniem i fotografowaniem fabryk bomb ukrytych w opuszczonych domach w centrum miasta. Każdego dnia dokonywaliśmy przerażających znalezisk, np. fabrycznie pakowanych ładunków wybuchowych rosyjskiej produkcji czy ogromnych min-pułapek zrobionych z butli gazowych wypełnionych wojskowymi materiałami wybuchowymi, z których każda wystarczyłaby by wysadzić w powietrze lekki francuski wóz bojowy. Jeszcze bardziej niepokojące było to, że informowane o tych znaleziskach oddziały malijskie nie przekazywały informacji Francuzom, a nawet jeśli, to ci ostatni i tak nie mieli możliwości rozbrajania bomb. Wszystkie francuskie jednostki saperskie znajdowały się aktualnie w górach na dalekiej północy, gdzie uczestniczyły w operacji mającej na celu osaczenie sił Al-Kaidy w ostatnim bastionie Islamskiego Maghrebu w Mali. Skutek tego był taki, że siły francuskie w Gao nie miały jak usuwać min-pułapek.

Kilka dni później koło północy obudził mnie w hotelu głuchy odgłos wybuchów gdzieś w pobliżu. Kilka kilometrów w górę rzeki, nad wolno płynącymi wodami Nigru znajdują się wioski Kadji i Bourem. Obie stanowiły wówczas bazy wypadowe islamistów, do których nie dobrały się jeszcze siły francuskie. Pod osłoną nocy oddział dżihadystów wyruszył z Kadji tradycyjną rybacką pirogą i ominąwszy punkty kontrolne znajdujące się na każdym wjeździe do Gao przedostał się niepostrzeżenie do centrum. Zamachowcy samobójcy zdetonowali swe ładunki w najważniejszych budynkach w mieście, czyli w ratuszu i siedzibie sądu. Ich towarzysze wdarli się do środka i zajęli pozycje wewnątrz, przygotowując się na ciężkie walki w nadchodzącym dniu. Siły malijskie oddzieliły centrum miasta kordonem i czekały z rozpoczęciem bitwy do świtu. Wszyscy czuli, że będą to najcięższe walki odkąd wojna zawitała go Gao.

Po nerwowej nocy i szybkim śniadaniu składającym się z kawy rozpuszczalnej i papierosów wskoczyłem do półciężarówki wypełnionej zdradzającymi niepokój żołnierzami malijskimi; wóz ruszył w kierunku centrum, skąd dochodziły odgłosy strzelaniny. Sytuacja była niejasna: oddziały malijskie wiedziały, że bojownicy MUJAO przedarli się do miasta, ale nie miały pojęcia gdzie się rozlokowali oraz ilu ich było. Na zewnątrz świstały kule snajperów; w końcu dowodzący operacją wysłał stary samochód pancerny by ten rozwalił bramę wjazdową do siedziby sądu i dał jednocześnie osłonę szykującym się do natarcia żołnierzom. Gdy metalowe wrota stopniowo pękały pod jego naporem, zamontowany na nim karabin maszynowy siekł ogniem po dziedzińcu by sprowokować odzew ze strony rebeliantów. Metoda ta przyniosła zamierzony efekt: w naszą stronę natychmiast posypał się grad pocisków, tak że musieliśmy się kryć.

Dowódca wysłał grupę żołnierzy do znajdującego się naprzeciwko siedziby sądu budynku poczty z rozkazem oczyszczenia go z mogących się tam ukrywać snajperów i zajęcia pozycji naprzeciw dżihadystów. Pięciu żołnierzy ruszyło do budynku i zaczęło piąć się w górę klatkami schodowymi, a ja za nimi. Z ich niespokojnych twarzy kapał pot. Strzałami rozwalali zamki i po kolei zasypywali ogniem kolejne pomieszczenia; cały budynek okazał się być pusty, co jego zdobywcy przywitali z mieszaniną ulgi i rozczarowania. – Na dach – zakomenderował jeden z żołnierzy. Ruszyliśmy na górę klatką schodową i wypadliśmy na płaski dach, skąd zamachaliśmy do znajdujących się na dole malijskich żołnierzy by dać im znać, że jesteśmy po ich stronie. Odpowiedział nam ogień karabinów maszynowych; dopiero po chwili zorientowali się, że to my.


Francuscy żołnierze zajmujący pozycje przy Placu Szariatu – głównym placu Gao, gdzie za rządów MUJAO odbywały się karne amputacje.

Gdy doczołgaliśmy się na skraj dachu, moi towarzysze zaczęli ostrzeliwać pozycje dżihadystów ze swoich kałasznikowów chaotycznymi seriami, chcąc osłabić ich przed rozpoczęciem głównego natarcia; ci rewanżowali się nam tym samym. Dodatkowo przez około pół godziny żołnierze na dole ostrzeliwali siedzibę sądu z granatników i broni palnej, wykazując się przy tym znacznie większym entuzjazmem niż celnością. Dżihadyści odpowiadali mierzonymi strzałami. Choć znacznie mniej liczni i dysponujący o wiele mniejszą siłą ognia, okazali się być o wiele bardziej zdyscyplinowani niż malijscy sojusznicy wojsk francuskich.

Na dachu dołączył do nas otyły kapral z wylewającym się ze spodni tyłkiem i przejął dowodzenie. Najwyraźniej malijscy żołnierze nie mają krótkofalówek, ponieważ kapral uciął sobie koleżeńską pogawędkę ze swoim zwierzchnikiem przez zwykłą komórkę jednocześnie prując z trzymanego w drugiej ręce kałasznikowa w kierunku siedziby sądu. Po krótkiej przerwie na papierosa z nieprzerwanym hałasem broni maszynowej i radosnymi okrzykami załogi stanowiska karabinu maszynowego, najwyraźniej będącej na wojennym haju ,w tle, zeszliśmy klatką schodową na dół i wyszliśmy na ulicę, po czym skierowaliśmy się w stronę siedziby sądu. Kapral miał plan i bardzo chciał go przedstawić dowódcy, niezależnie od tego czy ten miał zamiar go wysłuchać czy nie. – Gdzie dowódca? Gdzie on znowu polazł, do diabła? – krzyczał, niemal płacząc z emocji i frustracji. Gdy dowódca odnalazł się nieopodal, kapral chwycił go za rękę i krzycząc oznajmił, że trzeba obalić mury okalające siedzibę sądu samochodami pancernymi przed ostatecznym szturmem. – Muszę najpierw uzyskać pozwolenie – odparł dowódca przepraszająco, co spotkało się z jękiem rozpaczy i potokiem przekleństw ze strony jego rozmówcy. Kwestia szturmu rozwiązała się jednak sama, i to niemal natychmiast, gdy pocisk wystrzelony przez dżihadystów trafił dowódcę w nogę. Gdy ten leżał w pyle i wył, kapral rozkazał wszystkim żołnierzom odpowiedzieć ogniem z użyciem każdej broni jaką mieli pod ręką.

Podbiegłem do niskiego muru oddzielającego ulicę gdzie rozlokowali się malijscy żołnierze od dżihadystów ostrzeliwujących się z ogrodu okalającego siedzibę sądu. Kilkunastu żołnierzy po kolei opróżniało magazynki strzelając nad murem: nikogo nie trafili, ale wyglądało to efektownie i sprawiało im wyraźną radość. Gdy samochód pancerny ruszył powoli w kierunku pozycji dżihadystów, popędziliśmy 50 metrów w dół ulicy by naładować broń i poczekać, aż pojazd zrobi wyrwę w murze. Kule dżihadystów znów zaczęły świstać nam nad głowami; była to ich odpowiedź na ostrzał ze strony żołnierzy malijskich, często strzelających z nieosłoniętych pozycji na ulicy.

Samochód pancerny obalił mur i wycofał się; pociski dżihadystów odbijały się od jego cienkiego pancerza. Nagle ostrzał ucichł, przynajmniej z naszej strony; dżihadyści wciąż strzelali, zmuszając malijskich żołnierzy do trzymania nisko głów gdy ci podawali sobie nawzajem papierosy i szperali w kieszeniach w poszukiwaniu nabojów, kłócąc się przy okazji co dalej. Początkowy plan zakładał szturm na dziedziniec; został on jednak zarzucony po tym jak natarcie Malijczyków załamało się kilkukrotnie pod ostrzałem wroga. Po czterech godzinach bezproduktywnej strzelaniny malijskim oddziałom zabrakło amunicji. Konieczna okazała się pomoc Francuzów.

Wozy bojowe 92. francuskiej dywizji piechoty zameldowały się na naszych pozycjach, dając przy okazji spektakularny popis siły ognia. Kryjąc się za nimi, krok po kroku przedostaliśmy się ulicą do muru na tyłach siedziby sądu, przylegającego do niegdyś urokliwego rynku w Gao. Gdy tylne drzwi francuskich wozów otworzyły się, czemu towarzyszyło długie pikanie, z ich klimatyzowanych stalowych wnętrz wyskoczyli żołnierze piechoty. Natychmiast zasypali islamistów gradem kul, czemu towarzyszył ostrzał działowy i rakietowy. Schowani za niskim murem i rozluźnieni już Malijczycy przyglądali się temu niczym jakiemuś przedstawieniu.


Chłopiec walczący po stronie dżihadystów zabity w boju przez francuskiego żołnierza.

To właśnie z nimi – krępymi typami z francuskiej prowincji gadającymi w kółko o jedzeniu i wożącymi w wozach bojowych piłki do rugby – przyjechałem do Gao. Teraz podążałem za nimi przez zatłoczone uliczki wokół rynku by zobaczyć, jak dokończą robotę, na której Malijczycy połamali sobie zęby. Szli przez opustoszały rynek rozglądając się wokół kolumnad i oddając serie do otwartych okien nad naszymi głowami. Wielki kapral pochodzący z Polinezji przyłożył do oka celownik na podczerwień i omiótł nim uliczkę, podczas gdy ja patrzyłem mu przez ramię. Nagle ze straganu oddalonego od nas o jakieś 10 metrów wyskoczył dżihadysta i wymierzył w nas broń. Kapral położył go jednym strzałem. Przez 10 minut, podczas których pozostali francuscy żołnierze czyścili centrum miasta z pozostałych przy życiu dżihadystów, patrzyliśmy, jak ofiara kaprala umiera charcząc w pyle i palącym słońcu zanim kolejny strzał zakończył jej cierpienia. Martwy dżihadysta miał na oko 15 lat i był zbyt młody by móc zapuścić brodę. Niestety, gdyby nie został zabity to on zabiłby nas. Wiedział, w co się pakuje. Może chciał umrzeć męczeńską śmiercią. Jeśli tak, to udało mu się.

Następnego dnia, gdy kolejna porażka dżihadystów stała się faktem, a francuscy i malijscy żołnierze wraz z policjantami krążyli się po mieście w poszukiwaniu zabitych, postanowiłem jeszcze raz przyjrzeć się ciału chłopaka, którego śmierci byłem świadkiem poprzedniego dnia. Znalazłem je tam, gdzie je zostawiliśmy – w ruinach rynku. Jego twarz była młoda i niewinna. Wokół jej otwartych, pokrytych pyłem ust zastygła ciemnoczerwona krew. Z okolicznych drzew, których liście szumiały delikatnie na wietrze, dobiegał mnie spokojny świergot ptaków. Opalizujące odwłoki much łażących po twarzy trupa migotały niczym zielonozłote klejnoty.


Noga zamachowcy-samobójcy wyciągnięta na ulicę przez psa.

Usiadłem na ziemi i przez długi czas gapiłem się na niego. Nie wiem ile to trwało. W końcu zjawił się komendant policji wraz ze świtą. Wysoki mężczyzna w dresie Chelsea zrobił ciału zdjęcie tanim aparatem i powiedział: – Razem z nim doliczyliśmy się trzech na rynku i 13 w ogóle. – Z tamtej strony leży ich więcej– poinformował mnie komendant. – Non, merci. Chyba na razie mi wystarczy – odrzekłem. Tuzin dżihadystów, w tym kilkoro dzieciaków, przez cały dzień odpierał ataki kilkuset malijskich żołnierzy, aż ci musieli poszukać pomocy u swoich francuskich sojuszników. Centrum miasta zamieniło się w dymiące zgliszcza. Choć politycy w Paryżu zapewniali, że koniec malijskiej kampanii jest bliski, nie wydaje mi się, żeby stacjonujący tu francuscy żołnierze mieli w najbliższym czasie wrócić do domu.

Zobacz też:

Kinder niespodzianka
Moskwa - raj na ziemi
Nie stać cię - to nie kupuj 

Tagged:
VICE Magazine
Afganistan
Newsy
Vice Blog
Afryka
Numer 4 Temat 4
terroryści
dżihad
Francja