
Zdjęcie: Greg the Hoedt/ the Brighton Cannabis Club
Mniej więcej rok temu napisałem artykuł o tym, w jaki sposób legalizacja zioła mogłaby przynieść Wielkiej Brytanii dosłownie miliardy funtów dochodu. Niestety ani minister finansów, ani jego koledzy z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych nie poświęcili mi uwagi. Nadal nad wszystkie pragmatyczne i rozsądne porady wolą oni tracenie czasu i środków na ściganie osób za posiadanie kilku gramów.
Oczywiście problemem jest tu staroświeckie podejście do walki z narkotykami, które stało się tak integralną częścią myślenia członków obu głównych partii, że jakakolwiek reforma jest praktycznie niemożliwa.
Videos by VICE
W USA proces legalizacji zachodzi szybciej, ponieważ tamtejszy system federalny pozwala poszczególnym stanom na wprowadzanie własnych przepisów, co sprawia, że tereny bardziej przyjazne palaczom, takie jak Colorado czy Waszyngton, mogą łatwiej przekuwać swą wolę w konkretne prawa. Niestety, moc samorządów w Wielkiej Brytanii ogranicza się do decydowania o tym, kiedy opróżniane będą śmietniki, więc raczej nie mamy takich samych możliwości.
Wydaje się to szczególnie nierozsądne w miastach takich jak nadmorskie królestwo konopi – Brighton i Hove. Zapewne dlatego radny partii Zielonych Ben Duncan zasugerował w 2012 roku legalizację sprzedaży marihuany w wyznaczonych kawiarniach w celu przyciągnięcia turystów. Z kolei w 2014 roku parlamentarzystka Zielonych z Brighton Caroline Lucas złożyła do rządu podpisaną przez niemal 135 tysięcy ludzi petycję o przejrzenie obecnej ustawy antynarkotykowej. Co partia planuje na ten rok?
By się tego dowiedzieć, spotkałem się ze Steve’em Peakiem, członkiem komisji zajmującej się polityką narkotykową w Brighton i Hove. Opierając się na reformach, które dokonały się w Kopenhadze, pracuje on nad czymś, co nazywa modelem brightońskim legalizacji marihuany.
Model kopenhaski polegał na legalizacji marihuany w obrębie miasta i powierzeniu jej dystrybucji w ręce lokalnej administracji z zastrzeżeniem, że kupować ją będą mogli wyłącznie zameldowani w Kopenhadze pełnoletni posiadacze duńskich paszportów. Motywacją dla takiego rozwiązania była z jednej strony chęć wyeliminowania gangów narkotykowych, a z drugiej – zapobieżenia powstaniu zjawiska turystyki narkotykowej, jaką znamy na przykład z Amsterdamu.
– Model kopenhaski powierza sprzedaż marihuany pracownikom publicznym w przekonaniu, że będą dbali o zdrowie konsumenta bardziej niż gangi motocyklowe, które obecnie rządzą rynkiem narkotykowym miasta – mówi Steve. – Dzięki odpowiednio obliczonym opłatom licencyjnym model brightoński mógłby przynosić lokalnej kasie duże zwroty, co pomogłoby zaradzić obecnemu kryzysowi budżetowemu wywołanemu coraz mniejszymi subwencjami ze strony władz centralnych.

Zdjęcie: NORML
Polityka oszczędności uderzyła w region silniej niż w większość miejscowości położonych na południowo-wschodnim wybrzeżu. Wspólny dla obu miast budżet pozostaje pod ciągłą presją, co zagraża działaniu usług publicznych. Cięcia ze strony rządowej połączone z coraz większym zapotrzebowaniem sprawiają, że w ciągu najbliższych pięciu lat może brakować tam nawet 102 mln funtów. Z tej przyczyny rada miasta zastanawia się nad ogłoszeniem referendum proponującym zwiększenie podatku lokalnego o poważne 5,9 proc.
Jak model brightoński mógłby zmniejszyć problemy mieszkańców?
Według rządowych statystyk za lata 2013-14, siedem procent obywateli Wielkiej Brytanii przyznało się do zażywania marihuany w ostatnim roku. Populacja regionu Brighton i Hove wynosiła w 2011 roku 273 tysiące osób, więc szacunkowo jest tam ponad 19 tysięcy palaczy. Według niezależnych badańjeden palacz zużywa średnio 1,16 grama dziennie, zaś standardową stawką jest 8 funtów za gram. Możemy więc szacunkowo obliczyć, że mieszkańcy obu miast wypalają 8,1 miliona gramów rocznie, wartych łącznie prawie 67 mln funtów.
Dla porównania: proponowana przez radę miasta podwyżka podatków przyniosłaby zaledwie sześć dodatkowych milionów. Tę samą kwotę samorząd mógłby uzyskać, biorąc dla siebie tylko 9 proc. zwrotów ze sprzedaży konopi. Oczywiście to niewielki krok w stronę nadrobienia 102 mln funtów w ciągu najbliższych pięciu lat, lecz wielu zgodzi się, że jest to znacznie lepsza alternatywa niż wyciąganie kolejnych pieniędzy od mieszkańców, którzy i tak są już wystarczająco biedni.
Naturalnie, nie wszyscy uznają to za najlepsze rozwiązanie. Pomysł ten przedstawiłem laburzystowskiemu przewodniczącemu rady Brighton i Hove Warrenowi Morganowi. Jego odpowiedź nie była zbyt entuzjastyczna.
„Nie popieramy propozycji łatania miejskiej dziury budżetowej sprzedażą marihuany w należących do samorządu sklepach (…) Badanie opublikowane ostatnio przez King’s College London podkreśla ryzyko zdrowotne związane z regularnym spożyciem marihuany, a naszym obowiązkiem jest przeciwdziałanie każdemu rodzajowi palenia wraz z jego negatywnymi skutkami dla zdrowia publicznego. Problemy finansowe miasta może rozwiązać rząd w Westminsterze, a nie sprzedawanie narkotyków przez samorząd”.

Zdjęcie: Greg the Hoedt/ the Brighton Cannabis Club
Nie dziwne, że radni ostrożnie podchodzą do pomysłu legalnej sprzedaży narkotyków w mieście, które i tak ma z nimi duży problem. Brighton zostało w 2009 roku nazwane „krajową stolicą śmierci po narkotykach”, a według badania z roku 2013 w okolicach miasta żyje około dwa tysiące osób uzależnionych od kokainy lub heroiny. Trzeba jednak pamiętać, że rekreacyjne – lub medyczne – palenie marihuany jest czymś zupełnie innym od wstrzykiwania sobie do żył szkodliwej chemii.
Prawdą jest również, że legalizacja marihuany w Brighton prawdopodobnie zwiększyłaby jej spożycie. Można jednak zaobserwować, że w takich przypadkach przy wzroście spożycia jednocześnie spada jego szkodliwość. Np. w Portugalii, gdzie posiadanie narkotyków zostało zdekryminalizowane w 2001 roku, występowanie wirusa HIV spadło do 2008 roku o 70 proc.
Londyn nadal ignoruje wszelkie dowody. W 2009 roku poprzedni laburzystowski rząd zrezygnował z doradcy ds. narkotyków. W 2014 roku David Cameron podkreślał, że obecna polityka narkotykowa działa, mimo rządowego raportu wskazującego, że kary nie zmniejszają konsumpcji narkotyków.
Jako że zbliżają się wybory parlamentarne, postanowiłem skontaktować się z kandydatami z mojego okręgu, aby zapytać, czy planują zmierzyć się z prymitywną i bezsensowną polityką utrzymującą obecne status quo. Tak odpowiedział mi deputowany z ramienia Konserwatystów Simon Kirby:
„Rząd uznaje marihuanę za niebezpieczny narkotyk. Obecne przepisy oparte są na najlepszych dostępnych dowodach. Warto też zauważyć, że ciało doradcze do spraw narkomanii potwierdza, że marihuana stanowi poważny problem dla zdrowia publicznego. Z tych przyczyn nie zamierzam popierać legalizacji marihuany”.
Zdjęcie: Greg the Hoedt/ the Brighton Cannabis Club
W całkowicie odmienny sposób odpowiedział mi kandydat Zielonych Davy Jones, którego zdaniem model brightoński powinien pójść jeszcze krok dalej – w kierunku legalizacji wszystkich narkotyków. Na swoim blogu pisze:
„Nielegalność narkotyków pozwala na kontrolowanie tego rynku przez zatwardziałych kryminalistów, którzy czerpią z niego ogromne zyski. W sytuacji, w której usługi publiczne muszą mierzyć się z cięciami budżetowymi, regulacja i nałożenie podatków na sprzedaż narkotyków mogłyby stanowić poważne źródło dochodu”.
„Zmniejszyłaby się przestępczość narkotykowa, co z kolei znacznie obniżyłoby koszty utrzymania wymiaru sprawiedliwości. Pod kątem zdrowotnym legalność tytoniu i alkoholu przy jednoczesnym zakazywaniu wszelkich innych narkotyków (marihuany, ecstasy, LSD, a nawet kokainy i heroiny) nie ma sensu”.
Niezależnie od poglądów trudno kłócić się z argumentami przestawionymi przez Jonesa. To wstyd dla dwóch naszych największych partii, że nadal nad zdrowy rozsądek przedkładają obyczaj.
More
From VICE
-

Photo Credit: Elizabeth Miranda -

Spotify's 20th anniversary – Credit: Spotify -

Photo by Paras Griffin/Getty Images -

Photo by Brittany Long/Getty Images