rozmowa

Co się dzieje na stanowiskach sprzedających żywe karpie – rozmawiamy z człowiekiem broniącym karpi

„Ludzie, którzy podchodzą pod stanowisko z żywymi karpiami, to specyficzna grupa. Nie trafi do nich argument, że to je boli. Dopiero kiedy im powiesz, że ryby mogą mieć pasożyty i dostaną sraczki po ich zjedzeniu, zaczynają reagować”

tekst Mateusz Góra
20 Grudzień 2017, 12:48pm

Fot: Creative Commons

Kiedy na ostatniej prostej przed świętami wpadasz do supermarketu, żeby kupić cokolwiek, co mógłbyś dać w prezencie rodzinie, raczej nie masz czasu, żeby zahaczyć o dział rybny i sprawdzić, jak wygląda „polska tradycja” kupowania żywych karpi. A szkoda, bo kilkanaście minut obserwacji pozwala stwierdzić, że kochamy publiczne egzekucje, tyle że nie ludzi.

Sam jako dziecko głaskałem karpie pływające w wannie, zanim ojciec z tłuczkiem w dłoni zamykał się w łazience i wychodził śmierdzący krwią. W magiczny sposób żywe zwierzątka zamieniały się wtedy w kawałek mięsa podawany w panierce. Nigdy nie lubiłem smaku karpia, więc szybko przestał dla mnie w ogóle istnieć, a problem warunków, w jakich przebywał przed spotkaniem z tłuczkiem mojego ojca, nie za bardzo mnie obchodził. Ostatnio jednak, będąc w supermarkecie, postanowiłem przyjrzeć się trwającej właśnie interwencji aktywistów broniących praw zwierząt.

Ich działanie polega na tłumaczeniu sprzedawcom, klientom i w końcu policji (która zjawia się po chwili), że karp może odczuwać ból. Przy okazji dowiedziałem się, czego pewnie nie zarejestrowało dużo ludzi, że prawa karpia zmieniły się w ostatnich latach i jest już traktowany w ustawie, jak zwierzę kręgowe (bo kiedyś najwyraźniej nim nie był). O tym, jak rzeczywiście wygląda walka o życie karpi, opowiada Mateusz Rehmus, weteran (11 lat działalności) podobnych interwencji i technik weterynarii.

VICE: Z jakimi reakcjami ludzi spotykasz się w czasie interwencji?
Mateusz Rehmus: Najczęściej to oburzenie i wyśmiewanie. Ludzie, którzy kupują żywego karpia, nie zdają sobie najczęściej sprawy, że to zwierzę czuje i cierpi. Traktują je jak warzywo.

Kiedy już zaczynacie rozmawiać, to jakie podają argumenty?
Odwołują się do wyglądu samego aktywisty – do tego, czy jest wysoki, niska czy jest gejem, lesbijką albo czy ma duży nos, czy za mały. Tym ludzie się zajmują, zamiast podawać logiczne argumenty. Ich uwagi są zazwyczaj po prostu z dupy. Trzeba też pamiętać, że ludzie, którzy podchodzą pod stanowisko z żywymi karpiami, to specyficzna grupa. Nie trafi do nich argument, że to je boli. Dopiero kiedy im powiesz, że ryby mogą mieć pasożyty i dostaną sraczki po ich zjedzeniu, zaczynają reagować. Nie chcę jednak demonizować – pojawiają się też głosy poparcia z tłumu. Często to rodziny z małymi dziećmi, które razem z nami wykłócają się ze sprzedawcami. Niestety zdarza się też, że dziecko patrzy załamane na wypełniony krwią zbiornik, a rodzice nie reagują.

Zdjęcie z „interwencji". Fot. udostępniona przez Mateusza Rehmusa

Jak sprzedawcy reagują na wasze zachowanie?
Najczęściej powołują się na regulamin wewnętrzny sklepu, zakazujący nagrywania. Oczywiście należy go przestrzegać, ale w takiej sytuacji jesteśmy świadkami przestępstwa, więc mamy do tego prawo. Nawet jeśli sklep chciałby nas pozwać, to nie ma podstaw w świetle obecnego prawa, dzięki któremu o wiele łatwiej odeprzeć takie argumenty niż kilka lat temu.

O jakie zmianie prawa mówisz?
Przede wszystkim zabrania się pakowania żywych ryb do torebek foliowych bez wody. Tymczasem kiedyś w ustawie karp nie był traktowany nawet jak zwierzę kręgowe.

A co nowe prawo zmieniło w podejściu sprzedawców?
Mam wrażenie, że nie widać zmian w sposobie obchodzenia się z karpiami, ale kiedy zaczyna się interwencja albo zwracanie uwagi, to pracownicy działów rybnych zaczynają się tłumaczyć. Wspominają, że mają filtry w zbiornikach, napowietrzanie. Kiedyś po prostu cię przeganiali, a kilka razy zdarzyło się, że ochrona mnie poturbowała. No ale co z tego, skoro te zmiany są zauważalne dla nas, ludzi, ale nie dla samych zwierząt, które co roku cierpią i to z tak bezsensownego powodu.


Bądź z nami na bieżąco. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku


Przyglądałem się waszej interwencji w supermarkecie. Wytrzymałem cztery godziny, wy spędziliście tam osiem godzin. Boisz się czasem, że może ci się coś stać?
Uczestniczyłem w interwencjach na bazarze, w dużym sklepie i wśród stada jaskiniowców sprzedających ze skrzynek na środku ulicy. W żadnej z tych sytuacji nie możesz czuć się bezpiecznie. Na bazarze spotkasz stado rozjuszonych przed świętami ludzi, w sklepie bardzo często ochrona jest niemiła. Ochroniarze w cywilnych ubraniach utrudniają interwencję, udając kupujących. Po chwili na przykład wpadają na ciebie, wytrącając ci telefon z dłoni do zbiornika pełnego wody. Możesz też wyobrazić sobie, jak hardkorowo jest, kiedy upominasz babcię handlującą piętnastoma karpiami na chodniku, kiedy te ryby konają w prawie zamarzniętej, pełnej krwi wodzie.

Czy naprawdę policja i inspektorzy pomagają egzekwować przepisy?
Ze strony władzy raczej nie spodziewaj się skutecznej pomocy. Pamiętam sytuację, kiedy dwa lata temu pani spod numeru 112 powiedziała, że mam dzwonić do „animalsów” i rzuciła ze śmiechem słuchawką. Jak już w końcu udawało się uprosić policję, żeby przyjechała, to patrol uspokajał wszystkich, mówiąc, że są święta, a to tylko głupie ryby. Widać nie zasługują na współczucie w naszym miłosiernym katolickim kraju. Wszystko kończyło się na upomnieniu.

Dzisiaj z kolei każdy porządny obywatel i człowiek może wykręcić 112 i poinformować uprzejmie, że jest świadkiem przestępstwa z ustawy o ochronie praw zwierząt. Wtedy pojawia się patrol. Jeśli merytorycznie i rzeczowo wytłumaczysz im, o co chodzi, muszą zweryfikować jeszcze zasadność swoich działań u oficera dyżurnego. Zwykle trwa to do pół godziny, kiedy bezmyślnie stoisz i patrzysz na karpie. Przy odrobinie szczęścia dostają zgodę na wysłanie techników. Przyjeżdżają technicy, którzy nie są kompetentni w ocenianiu dobrostanu karpia, ale przynajmniej zawsze mają ze sobą miarkę, aparat i notatnik. Obliczają więc ilość wody w zbiorniku. Nie interesują się tym, czy ryba wyglądająca jak trup, więc interwencja zmierza ku końcowi, bez względu na realny poziom zagrożenia epidemiologicznego.

Wtedy zaczyna się prawdziwy cyrk, czyli próba dodzwonienia się do inspekcji weterynaryjnej. Podczas ostatniej interwencji czekaliśmy na patrol Powiatowej Inspekcji Weterynaryjnej w składzie dwóch lekarzy ponad trzy godziny. Lekarze dokonują badania klinicznego karpi z odległości metra – przyrzekam, nie ironizuję – przy użyciu... zmysłu wzroku. Chyba się zgodzisz, że załatwianie sprawy w taki sposób nie przystoi lekarzowi weterynarii, który powinien zwierząt bronić??

Skoro tak to wygląda, to dlaczego dalej jesteś gotów stać godzinami w supermarkecie albo na bazarze i się szarpać z ludźmi?
Zależy mi. Chociaż tak naprawdę wiem, że dla tych karpi nie ma ratunku. Wierzę jednak, że przez tego typu akcje zmienia się podejście personelu i mam nadzieję, że to wpływa na traktowanie towaru, jakim dla wielu jest ludzi karp. Zdarzają się też dobre wiadomości, które dają ci kopa do działania. Byłem ostatnio w sklepie, w którym w zeszłym roku robiłem awanturę z powodu żywych karpi. W tym roku wycofali się z ich sprzedaży.