hejt

Robert Pattinson i 50 odcieni nienawiści

Saga „Zmierzch” ma wielu zapalonych hejterów, ale chyba nikt nie przebije czystej, anarchistycznej nienawiści Roberta Pattinsona, czyli wampira Edwarda we własnej osobie

tekst Philippa Snow; tłumaczenie Dominika Skórzewska
14 Grudzień 2018, 12:00am

Robert Pattinson. Fot. via GettyImages

Jeden z moich ulubionych filmików na YouTube jest również moim ukochanym występem Roberta Pattinsona (pomijając jego pouczającą rolę w Good Time). Jest w nim wszystko – zakładając, że „wszystko” oznacza 16 klipów, w których aktor wcielający się w pierwszoplanową postać serii filmów skierowanych do nastolatków, bezlitośnie masakruje tę serię i nie pozostawia na niej suchej nitki. Od publikacji w 2012 roku Robert Pattinson Hates Twilight przekroczyło milion wyświetleń. Co najmniej tysiąc z nich nabiłam ja. Nie byłam w stanie ustalić, jak wielu wściekłych fanów Zmierzchu dotarło do tego filmiku, aczkolwiek komentarze pokroju: „Kiedyś go nie znosiłem. Teraz chcę się z nim kochać.” oraz „Tak bardzo się pomyliłem, naśmiewając się z człowieka-szpadla” nie świadczą o wybitnej znajomości twórczości Meyer.

„Kiedy czytałem [Zmierzch], byłem przekonany, że Stephanie [Meyer] uważa się za Bellę. Miałem wrażenie, że książka nie była przeznaczona do publikacji, czułem się, jakbym czytał seksualne fantazje autorki – zwłaszcza gdy mówi, że pomysł był oparty na jej śnie. Dla mnie to brzmi, jakby pomyślała sobie »Och, śnił mi się naprawdę seksowny chłopak«” i postanowiła napisać książkę. Po prostu byłem przekonany, że ta kobieta jest niespełna rozumu”.

„Gdyby Edward nie był fikcyjną postacią” – mówi w innym fragmencie, a jego oczy są szeroko otwarte i widać, że jest piekielnie przerażony – „to pewnie mordowałby ludzi siekierą”.

„To trwa tak długo” – szepcze podczas promocji jednej z dwóch ciągnących się bez końca części Przed świtem i brzmi raczej jak weteran z zespołem stresu pourazowego, a nie obiekt westchnień nastolatek. „Tak długo. I kręciliśmy to ca - łą - wiecz - ność”. Pytanie o to, czy jego przygoda ze Zmierzchem była „tym, czego się spodziewał” skutkuje tak widowiskową miną Roberta, że jestem pewna, że przeszedłby samego siebie, grając w niemych filmach. Wisienką na torcie są jego obfite brwi, podskakujące niczym dwa wampiry na trampolinie.

Edward – blady jak śnieg symbol seksu (z jakiegoś powodu migoczący jak striptizer na wieczorze panieńskim nekrofilki) ze skłonnościami do stalkingu – podobno jest atrakcyjny, ale nie do końca umiem to zrozumieć. Jednak Pattinson sam w sobie to zupełnie inna para kaloszy. Jego uśmiech, z natury wilczy, w pewien sposób jednocześnie pasuje do jego wrednych komentarzy i je usprawiedliwia. Bez charakteryzacji i zastępu stylistek nie wygląda jak wyfiokowany duszek nastoletniego książątka –przypomina raczej seksownego, bladego, brytyjskiego stonera. Podobnie jak w przypadku jego dawnej kochanki i byłej koleżanki z planu Kristen Stewartnie – huncwotki, której szczęka i stalowe spojrzenie przywodzi na myśl młodszą Jodie Foster, a niefrasobliwy urok Jamesa Deana – Pattinson jest świetnym aktorem, choć zauważyłam to dopiero po obejrzeniu filmu Mapy Gwiazd w reżyserii Davida Cronenberga.

Zanim Robert Pattinson Hates Twilight pojawiło się w serwisie YouTube, Pattinson zagrał w filmie Cosmopolis kanadyjskiego reżysera. Pięć lat później, gdy do kin wszedł Good Time – twór tak traumatyczny, miażdżący emocjonalnie i wywołujący tak silny ból ze względu na ilość neonów, że powinien być nielegalny – Rob już zdążył zagnieździć się w moim niechętnym sercu.

Pattinson nie jest jedynym aktorem, który wiesza psy na swoich projektach i zatapia kły w dłoni, która go karmi. Gwyneth Paltrow w rzadkim przypadku publicznej szczerości nazwała Płytkiego faceta „gównem”. Alec Guinness nie umiejąc do końca pogodzić się ze swoim udziałem w naciąganej franczyzie szczególnie popularnej wśród nerdów, powiedział o swoim występie w Gwiezdnych Wojnach, że w trudno to uznać za pracę aktorską. „Pomijając zarobki, żałuję, że wziąłem udział w tej produkcji. Godne pożałowania kwestie ulegają ciągłym zmianom, które nie wnoszą zbytniej poprawy. Czuję, że jestem stary i straciłem nić porozumienia z młodymi” – napisał Guinness w swojej autobiografii.

To, co sprawia, że intensywna niechęć Roberta do Zmierzchu jest bardziej anarchistycznej i niezwykła niż typowy płacz nad rozlanym mlekiem, to fakt, że wszystkie fragmenty filmiku zostały wycięte z wywiadów, które miały promować filmy. Widziałam aktorów narzekających na złe role po fiasku produkcji. Nigdy jednak nie widziałam człowieka, który pomimo nadal obowiązującego go kontraktu miałby tak wyjebane, że sprawia wrażenie, jakby zapadł w śpiączkę z nudy.

Pattinson niedługo pojawi się na ekranie u boku Juliette Binoche w najnowszym filmie Claire Denis High Life. Wciela się tam w mężczyznę, który jest przetrzymywany na statku kosmicznym jako dawca nasienia. Indiewire donosi, że Binoche w pewnym momencie filmu „siedzi okrakiem na gigantycznym fotelu dildo i intensywnie się masturbuje w scenie pełnej udręczonej energii rodem z pokazu Cirque du Soleil”. Jest to zupełnie coś innego niż guglowanie „wampirzego bobasa”. Nie byłam w stanie stwierdzić, która rola bardziej mnie zaniepokoiła: ale myślę, że byłabym w stanie stwierdzić, która może być dla niego bardziej żenująca. Żałuję jedynie, że raczej nie pojawi się filmik Robert Pattinson Hates High Life.

By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”. Jesteśmy też na Twitterze i Instagramie.

Artykuł pierwotnie ukazał się na Garage


Więcej na VICE: