Recenzje

Thievery Corporation - Temple Of I&I

Najlepszy lounge'owy zespół świata przypomina się najbardziej reggae'ową płytą w swojej dyskografii. Oczywiście na "Temple Of I&I" znajdzie się również coś dla fanów ich firmowego, transowego downtempo.

tekst Artur Szklarczyk
16 Luty 2017, 11:53am

Gęsto. Z pasją. A także bardzo stylowo. Dokładanie tak jak Jamajczycy - tak gra swoje reggae Złodziejska Korporacja na ósmym już regularnym, a dziesiątym w ogóle krążku. W sumie nic zaskakującego, bo przecież wcześniej i często Amerykanie raczyli nas nie raz i nie dwa autorską wizją dubu, ragga czy dancehallu - zarówno w czystej postaci, jak i umiejętnie "pożenionego" z chilloutowymi klimatami. 

Do takiego mocno "upalonego", korzennego grania Thievery Corporation wraca po bardzo monotematycznym, zanurzonym w klimatach bossanovy albumie "Saudade" z 2014 roku. Pamiętacie ich wczesny album "The Richest Man In Babylon" (2002)? Tam brzmień wywodzących się z Jamajki było najwięcej. Co zresztą potwierdzili wydając dwa lata później remiksy z tego materiału w formie niemal czysto reggae-dubowego krążka "Babylon Rewound". Dopiero jednak pracując nad materiałem na "Temple Of I&I" Rob Garza i Eric Hilton wyruszyli na Jamajkę - do źródeł jednej ze swoich najważniejszych muzycznych fascynacji. Efektem sesji nagraniowej w Geejam Studios w Port Antonio jest równa godzina muzyki, z której ponad dwie trzecie to soczyste wariacje na temat zarówno klasycznego roots, jak i nowoczesnego, cyfrowego dubu.

Przede wszystkim jednak "Temple Of I&I" to płyta wokalna, cudownie rozśpiewana i bardzo "piosenkowa". Właśnie za to fani zawsze kochali Thievery Corporation. W przeciwieństwie do wielu anonimowych twórców z kręgów downtempo i lounge'u serwujących kanapową, chilloutową papkę, ten producencki duet zawsze nagrywał jak pełnoprawny band - z "żywymi" muzykami i wokalistami - często gwiazdami (Perry Farrell, David Byrne, Bebel Gilberto, Emiliana Torrini), ale przeważnie debiutantami lub mało znanymi wykonawcami. Tak właśnie jest na ich nowej płycie, którą zdominowały żeńskie (Racquel Jones) i męskie (Notch - znany z krążka "Radio Retaliation", Ras Puma, który zaśpiewał już na "Culture Of Fear" oraz Zee) głosy spod znaku modern roots, dancehallu, a nawet reggaetonu. Ale jest też tu szczypta hip-hopu, takiego bardziej "eleganckiego" - w wersji ilustracyjnej, "filmowej" i bardzo niezobowiązującej ("Ghetto Matrix" i "Fight To Survive" z rymami Mr. Lifa). 

No i wreszcie mamy tu dźwięki które od zawsze, czyli debiutanckiego krążka "Sounds from the Thievery Hi-Fi" (1996), były znakiem rozpoznawalnym Złodziejaszków, a więc zmysłowe, pełne tajemniczych pogłosów kontemplacyjne utwory - prawie zawsze z kobiecymi wokalami. Takimi jak bardzo "portisheadowy" w klimacie "Love Has No Heart" zaśpiewany przez Shanę Halligan, senny "Lose To Find" z głosem Elen Melgarejo czy "Time + Space" w wykonaniu "starej znajomej" - LouLou Ghelichkhani. 

A więc tylko tyle. Lub aż tyle. Wiem, muzyka Thievery Corporation może nigdy nie była jakoś specjalnie odkrywcza, a Garza i Hilton mają opinię genialnych, ale jednak tylko kompilatorów, "recyklerów" znanych już pomysłów. Bywały jednak chwile w moim życiu, kiedy te ich konfekcyjne dźwięki wydawały mi się najpiękniejszymi na świecie. Tak jest również teraz, u progu (mam nadzieję) tej zaskakująco długiej zimy, kiedy znajomi wrzucają na Facebook zdjęcia z Jamajki, a ja marznę do szpiku kości i coraz mocniej pragnę słońca. Na szczęście mam "Temple Of I&I" i za każdym razem, kiedy jej słucham, robi mi się o wiele cieplej na ciele i duszy.