Reklama
telewizja

„Dziewczyny” były zbiorową terapią dla doroślejących kobiet

Lena Dunham uwolniła nas od wzorca bohaterek „Seksu w wielkim mieście”, obśmiała ich najntisowe fetysze: dietę, drogie marki, spektakularną karierę i randki z biznesmenami w drogich restauracjach

tekst Basia Czyżewska
19 Kwiecień 2017, 3:20pm

Pięć lat temu HBO wypuściło pierwszy odcinek serialu o dwudziestokilkulatce z nadwagą, która szuka pierwszej prawdziwej pracy i siebie w dorosłym życiu. Podobnie jak miliony dziewczyn na całym świecie od razu pokochałam ją bezwarunkową siostrzaną miłością.

Dlaczego?
Bo była prawdziwa. Wystarczyło wpisać w wyszukiwarkę jej imię i nazwisko, żeby przekonać się, że aktorka i współscenarzystka, a czasem też reżyserka, to ta sama osoba. Osoba, a nie twarz. Hannah i Lena mają tę samą fryzurę, ciuchy i sposób mówienia. Zresztą debiut reżyserski Leny, czyli film Tiny Furniture ma tak wiele elementów z serialu, że nie ulega wątpliwości, ta dziewczyna opowiada wciąż jedną niekończącą się historię o sobie samej, ale też o mnie, moich koleżankach i koleżankach koleżanek.

Lena uwolniła nas od wzorca bohaterek Seksu w wielkim mieście, obśmiała ich najntisowe fetysze: dietę, drogie marki, spektakularną karierę i randki z biznesmenami w drogich restauracjach. 

Zamiast tego pokazała swoje ciało – blade, duże z infantylnymi dziarami i nieogoloną cipką, niezbyt stylowe ubrania i ciągłe poszukiwania jakiegoś miejsca, gdzie przez chwilę, mogłaby popracować pisząc, bo tylko to ją interesuje. Lena pokazała też dużo intymności i seksu – często nieporadnego i spoconego, ale partnerskiego. Nie oszczędziła wątku masturbacji swojej, swoich koleżanek, a nawet mamy.

W ekshibicjonizmie poszła jeszcze dalej, doskonale sportretowała narcyzm i neurotyczną osobowość i zrobiła to, tak wiernie, że zraziła do siebie dużą grupę widzów. Ludzie skarżyli się w mediach społecznościowych, że nie mogą jej znieść, że jest zbyt irytująca; dziwili się jak wytrzymują z nią przyjaciółki i chłopak.

Uwaga! Dalsza część tekstu zawiera spojlery

Dziewczyńska przyjaźń i miłość zostały w tym serialu przedstawione inaczej, niż chcielibyśmy je widzieć. Choć przyjaźń i miłość są osią serialu, wciąż się przeplatając (teza: miłość i przyjaźń są nierozerwalne), to w puencie te żelazne więzy puszczają. Hannah przekonuje się, że nie chce spędzić z Adamem reszty swojego życia. W tym samym momencie, choć żadna z dziewczyn poza Shoshanną nie potrafi tego powiedzieć na głos, jasne staje się, że przyjaciółki straciły wspólny język. Nie są już dawną paczką, nie umieją spotykać się razem i czerpać z tego siły. Dawna więź zamienia się w poczucie obowiązku, które uwiera na tyle, że lepiej ją przeciąć i zachować dobre wspomnienia. Najwyraźniej dziewczyńska grupa wsparcia wypełniła już swoją rolę pora iść samotnie dalej.

W ten brutalny sposób serial o dorastaniu mentalnych nastolatków kończy się równie niepokojąco, jak się zaczął. Żyjąca w wiecznym chaosie i emocjach Hannah Horvath zostaje matką. Wreszcie, po latach eksperymentów i uników, budzi się w dorosłym świecie i jak się okazuje wszystko znów musi poukładać w sobie od początku (a ja jestem w tym punkcie razem z nią).

Dziewczyny skończyły się i chwała im za to, teraz przyszła pora na Kobiety, może trochę później będą Dojrzałe kobiety, a kiedyś tam Starsze panie, ale mam nadzieje, że do tego czasu powstanie lepsze określenie starości.

Lena Dunham zrobiła serial, który jest prawdziwą zbiorową terapią. Uczy dystansu na tak wielu polach: ciało, wizerunek, seksualność, kariera, pieniądze, relacje damsko-męskie i... przyjaźń, która ostatnio w popkulturze jest chyba bardziej gloryfikowana od miłości.