10 najważniejszych płyt

10 najważniejszych płyt (plus jedna): Bartosz "Fisz" Waglewski

Zanim wybierzecie się, żeby zobaczyć Fisza (i resztę załogi) w akcji, sprawdźcie koniecznie, co mu gra w… uszach, sercu i duszy!

tekst Artur Szklarczyk
10 Luty 2017, 9:36am

Pamiętacie jego debiut? Był 2000 rok, Bartek miał wówczas 22 lata, a na rynku ukazała się jego pierwsza solowa płyta "Polepione dźwięki". Szmat czasu. W trakcie tych 17 lat nagrał kilkanaście płyt (nie tylko solowych), zagrał kilkaset koncertów. No i założył rodzinę. A wreszcie zaczął prowadzić autorską, rodzinną audycję "Magiel Wagli" w radiowej Trójce, w której co środę, wraz z ojcem, Wojciechem Waglewskim prezentują swoje muzyczne fascynacje. Kiedy jednak namówiłem go na opowieść o "tych 10 najważniejszych płytach w jego życiu", to poprosił o chwilę namysłu. Ale kiedy już wybrał swoją ukochaną "dyszkę" (a raczej jedenastkę), to... aż się uśmiechnąłem. A może nawet trochę wzruszyłem. Zresztą - zobaczcie sami!

Kraftwerk "Computerwelt", 1981


Zacznę od płyty której nie kupiłem sam. Usłyszałem ją w czasach, kiedy w domu słuchało się dużo klasycznej muzyki reggae. No i jazzu, czyli muzyki, której nie trawiłem, bo wydawało mi się wtedy, że to jest granie tylko dla snobów - nie miała melodii, ani harmonii. Natomiast pierwszy albumem, który sam wybrałem i często katowałem - ale nie na winylu, CD czy kasecie, a na taśmie-szpuli - był właśnie "Computerwelt". To jedna z płyt, którą słucham cały czas. Co nie jest takie częste, bo też tych fascynacji muzycznych miałem w życiu bardzo wiele. A Kraftwerk był ze mną cały czas. I jest do dziś. A wracając do pierwszego spotkania z "Computerwelt" - będąc dzieckiem miałem bujną wyobraźnię i przez długi czas myślałem, że to jest muzyka grana przez prawdziwe roboty, generowana przez nie na jakichś automatach. W tamtych czasach nie było teledysków, internetu, nawet okładki tej płyty nie widziałem, więc nie miałem z czym skonfrontować moich wyobrażeń. Niedawno, szykując audycję "Magiel Wagli" w radiowej Trójce wygrzebałem znowu ten album i z przyjemnością go posłuchałem jeszcze raz. A zwłaszcza utwór "Numbers" - często cytowany i samplowany. I bardzo ponad czasowy.

Talking Heads "Remain In Light", 1980

Drugim zespołem, który odkryłem w młodości i nadal słucham go z wielką przyjemnością - zresztą jak chyba cały świat - jest Talking Heads. A ich "Remain In Light" to kolejny album z półki mojego taty - po prostu puścił go pewnego dnia i zostałem nim z miejsca kupiony. Doceniam znakomitą produkcję Briana Eno - on był postacią łączącą pokolenie ojca z ludźmi zapatrzonymi w muzykę elektroniczną. Talking Heads to również pierwszy zespół, którego poznałem z twórczości teledyskowej czy koncertowej - a przede wszystkim dzięki filmowi "Stop Making Sense" z kasety VHS. Pamiętam, jak bardzo podobał mi się ten ich przemyślany, artystowski sposób na siebie, na wizerunek, na oprawę koncertów. Cytaty z właśnie takiego grania znajdziecie na naszym "Mamucie".  

Prince "Purple Rain", 1984

Pewnego razu dostałem, zapewne od rodziców, jakieś pieniądze (może to były urodziny, dziś już nie pamiętam) i kupiłem sobie - sugerując się oczywiście okładką - dwie kasety: "Born In  The U.S.A." Bruce'a Springsteena oraz właśnie "Purple Rain" Prince'a. Ten pierwszy to wiadomo - porywający, tytułowy hit znany z teledysków. Ale ta fascynacja szybko mi minęła. Natomiast Prince mocno mnie zaintrygował. Ale nie byłem i nie jestem jego bezkrytycznym fanem. Wręcz przeciwnie - zawsze miałem z nim problem. A twórczość traktowałem bardzo selektywnie, bo na jego płytach, obok rzeczy genialnych, były również pretensjonalne utwory, których nie mogłem strawić. To całe śpiewane falsetem ballad i barokowe aranżacje mocno osadzone w estetyce lat 80., która szybko się zestarzała. Dziś oczywiście jest moda na "ejtisy", te brzmienia są często cytowane. Ale już dekadę później, w latach 90. mocno kojarzyły się tylko z obciachem, topornymi klawiszami i siermiężną elektroniką. Po latach wydaje mi się jednak, że akurat Prince odnalazł się i wymyślił swój własny język w tym przerysowaniu brzmieniu. A jego pop połączony z soulem i muzyką funkową nadal brzmi bardzo oryginalnie i w jego dyskografii zawsze znajduję coś dla siebie - bez względu na to, czy jest to jego 37 czy 54 płyta. A spośród nich często wracam właśnie do "Purple Rain". A moim ulubionym utworem z tego krążka jest "When Doves Cry". Kapitalna kompozycja, mocny tekst i świetna melodia.  

Anthrax "Among The Living", 1987

Dorastając, również muzycznie, szukałem dla siebie takich brzmień, na które moi rodzice byliby uczuleni. Pierwszą wielką fascynacją był heavy metal. Słuchałem sporo takiego grania, aż wreszcie trafiłem na Anthrax - z płytą "Among The Living". To był pierwszy zespól metalowy, który miał dystans do siebie, śpiewał nie tylko rzeczy z pogranicza science-fiction, ale również był zaangażowany politycznie. To właśnie Scott Ian zapoznał mnie ze sceną hardcorową - dzięki temu, że udzielał się w S.O.D. oraz przyjaźnił się z Agnostic Front i innymi "chuliganami", których lubiłem. A z drugiej strony otworzył również na hip hop - oczywiście za sprawą kolaboracji z Public Enemy w utworze "Bring The Noise". Ta otwartość na inne gatunki to było coś wyjątkowego w tym mocno sformalizowanym świecie wykonawców metalu i jego słuchaczy. Co prawda "Among The Living" to było moje pożegnanie z metalem, ale niezmiennie uważam, że to najlepsza płyta Anthrax.  

Bad Brains "I Against I", 1986

Jak wspominałem, to właśnie Anthrax otworzył mnie na hardcore i hip hop. A jeśli chodzi o scenę HC to "przerobiłem" dosłownie wszystko. Natomiast zespołem, do którego muzyki wracam cały czas jest Bad Brains. To było zupełnie inne granie od tego, co proponował choćby Black Flag - szybsze, mocniejsze, bardziej dzikie granie z kulminacją w postaci krążka "Rock For Light". Oprócz tego gniewu, agresji i pasji w Bad Brains zachwycał mnie sposób prowadzenia melodii, sposób śpiewania charyzmatycznego H.R.'a, no i łączenie tego z reggae i elementami rastafarianizmu. Ależ to była nieprawdopodobna mieszanka! Oczywiście byłem na ich koncercie w 1994 roku w warszawskiej Stodole i - choć przyjechali z Israelem Josephem I na wokalu - to wyszedłem zachwycony. A "I Against I" wybrałem może dlatego, że to ich najbardziej "piosenkowa" płyta. Dla mnie na tym albumie są same przeboje, więc świetnie sprawdzała się, kiedy człowiek wpadał w jakiś "dołek".  

Fugazi "Steady Diet of Nothing", 1991

To również był zespół, który grał ciężko, z mocnym wykopem, ale mimo to nadal były to przede wszystkim piosenki - melodyjne oraz zaangażowane społecznie i politycznie. Fugazi idealnie wpisywali się posthardcore'owe granie. A wybrałem ich płytę trochę nieoczywistą, bo nie słynny "Repaeter" - może właśnie dlatego, że na "Steady Diet of Nothing" jest kilka moich ulubionych piosenek Iana McKaye i spółki. A to, co robili Fugazi, otworzyło mi oczy i uszy na to, co działo się niedługo potem w latach 90., a więc Sonic Youth, Nirvanę itp. 

Beastie Boys "Check Your Head", 1992

Bardzo ważna była dla mnie pierwsza ich płyta, bo dzięki "Licensed To Ill" zakochałem się w ich rapowaniu czy sposobie nagrywania bębnów, ale wybrałem trzecią z jednego powodu - "Check Your Head" łączyła dwa światy - punkowy i hiphopowy. Czyli robili rap, ale nie wstydzili się swoich hałaśliwych korzeni. Pamiętam taki program "120 minutes" w MTV - w czasach, kiedy to była jeszcze telewizja muzyczna. Program poświęcony muzyce rockowej i metalowej, ale trafiały tam również teledyski takie, jak "So Wat'cha Want". A potem pojawili się wspomniani już przeze mnie Sonic Youth, Beck, solowa Björk - jednym słowem rzeczy, które słuchaliśmy na podwórkach, jeżdżąc na deskach. Dziś już tego nie robię, natomiast moja miłość do "Check Your Head" przetrwała - to płyta idealna, na której nie słyszę ani jednego słabego momentu.

A Tribe Called Quest "Midnight Marauders", 1993

Jeśli chodzi o hip-hop funkujący, jazzujący, to właśnie "Midnight Marauders" jest klasykiem dla tych słuchaczy, którzy interesowali się bardziej hip-hopem nowojorskim. Mniej ulicznym, gangsterskim, za to opowiadającym nieco bardziej abstrakcyjne rzeczy - ze wspaniałymi tekstami, często z doskonałym poczuciem humoru. Kontekst jest zresztą powszechnie znany - panowie z A Tribe Called Quest poznali się na jednej z uczelni w NY, a w swej twórczości byli niekiedy w kontrze do gangsterskiego rapu z Zachodniego Wybrzeża USA. ATCQ był zespołem, który nie musiał gonić za bardzo dynamicznie zmieniającym się rapem, a "Midnight Marauders" to płyta tak charakterystyczna, jak ich styl - autorski, osobny, a przez to trudny do podrobienia. I właśnie dzięki temu przetrwał próbę czasu. Z kolei J Dilla, który znalazł się później na płytach ATCQ to człowiek, który w pewnym czasie bardzo inspirował mnie i Piotrka. Podobnie ważne było to, co się działo wokół całej organizacji Native Tongues, czyli Commona i De La Soul. Ale to właśnie A Tribe Called Quest z czasu "Midnight Marauders" ma ponadczasową wartość, jest doskonała od początku do końca. 

John Coltrane "A Love Supreme", 1965

No i przyszedł czas na muzykę jazzową, co było dla mnie samego sporym zaskoczeniem. Choćby dlatego, że przez długi czas nienawidziłem saksofonu. Coltrane pojawił się trochę przez przypadek - szukaliśmy bowiem sampli na płytę "Polepione dzwięki". I zdałem sobie sprawę, że hip-hop lat 90. nie brzmiałby tak dobrze, gdyby nie szperanie w klasykach jazzu z lat 50. i 60. Oczywiście dziś już mam swoich ulubionych artystów, ale nie ukrywam, że nie załapałem się ani na fusion jazz lat 80. Ze współczesnym jazzem amerykańskim też mam kłopot. Natomiast najbardziej podeszła mi tzw. szkoła spiritual, a więc Pharoah Sanders czy właśnie John Coltrane. A jego "A Love Supreme" wybrałem dlatego, bo tam jest dosłownie wszystko! Czyli Afryka, trans i przepiękne tematy. No i drapieżność, która - wydaje mi się - zapowiada już pewną rewolucję, czyli free jazzowy łomot, dla mnie bardzo punkowy w swoich emocjach. To, co grali Ornette Coleman i Don Cherry. Ale to właśnie John Coltrane otworzył mnie na takie granie, dzięki czemu dziś z kolekcjonuję płyty z jazzem z lat 60. i 70. 

Aphex Twin "Windowlicker EP", 1999

Ekipy w latach 90. na moim osiedlu były podzielone - na fanów techno intensywnie imprezujących w takich właśnie klubach oraz na słuchaczy hip-hopu. Ja zaliczałem się do tej drugiej grupy, a weekendy spędzaliśmy w miejscach, w których grał np. DJ 600Volt. Była jednak postać, która nas łączyła - właśnie Aphex Twin. Co ciekawe, dla wielu fanów techno był on dziwolągiem, bo bawił się metrum, rytmem i grał inne tempa, które nie pozwalały na oczywisty trans. Wybrałem jego "Windowlicker" ze względu na nagradzany teledysk (co ciekawe, można było go zobaczyć w MTV o godz. 15.00, co dziś jest nie do pomyślenia), ale przede wszystkim sposób produkcji, który zarówno Piotrka, jak i mnie mocno zafascynował w tamtym czasie. To piosenka, która nie ma oczywistej melodii. A sposób użycia w niej i nagrania bębnów, kojarzonych z hip hopem wprost z Miami, był wyjątkowy. Z jednej strony była to więc muzyka, która nie zaistniałaby bez hip hopu (on zresztą przyznawał się do fascynacji twórczością N.W.A.), a z drugiej słychać było tam Kraftwerk, czyli surową elektronikę. A wreszcie Aphex Twin jest postacią, która otworzyła mnie na muzykę eksperymentalną, na to co się działo w wytwórni WARP, czyli Squarepushera, Autechre, Amona Tobina.  

Nick Cave And The Bad Seeds "Push The Sky Away", 2013

Na koniec płyta, która pogodziła mnie i ojca, jeśli chodzi o brzmienie. Oczywiście takich albumów jest więcej, bo okazało się, że wreszcie, po latach, odkryłem również Boba Dylana. A przecież zaczynając swoją przygodę z muzyką nigdy nie sądziłem, że zacznę słuchać tego, co tata, a tym bardziej nagramy coś razem - zawsze mieliśmy swoje własne, osobne światy, a ja do współpracy z nim ustawiałem się trochę w kontrze. Choćby dlatego, że długo byłem przekonany o tym, że nagrywając z ojcem trudno wyjść z roli syna. Bardzo mi to nie pasowało. Natomiast w pewnym momencie pojawiły się płyty, o których zaczęliśmy rozmawia z entuzjazmem - jak seria nagrań Johnny'ego Casha dla "American Recordings" czy "Push The Sky Away" Nicka Cave'a. Drugi z nich jest też dla mnie postacią, którą znałem i słuchałem od czasu do czasu, ale nie śledziłem zbyt uważnie. Owszem lubiłem go, miałem kilka płyt i nie tylko "Murder Ballads" z Bad Seedsami, czy "No More Shall We Part" z genialnym utworem "Fifteen Feet Of Pure White Snow". 

Zdecydowanie jednak najlepszym, moim zdaniem jego albumem, który zresztą trudno mu będzie powtórzyć, jest właśnie "Push The Sky Away". To płyta, która płynie swoim tempem i trzeba ją kilka razy przesłuchać, żeby wgryźć się w ten klimat, poczuć wszystkie smaczki. Ona tylko z pozoru jest minimalistyczna, a jednak bogata w brzmieniowe niuanse. Uwielbiam takie granie! "Push The Sky Away" to wreszcie płyta artysty dojrzałego, który nie musi niczym zaskakiwać - artysty, który nie podlizuje się na siłę młodzieży. Więc nie ma tu samplerów, nie ma elektroniki. A przecież przy tym brzmi bardzo świeżo. Może to najlepszy dowód na sensowność nagrywania wszystkiego "na setkę"? 

A wracając do Casha - to, co zrobił z Rickiem Rubinem jest dla mnie absolutnie miażdżące! Te sesje nagraniowe wywróciły moje myślenie o muzyce country, która przez lata - jeśli chodzi o formę i treść - była dla mnie nie do zaakceptowania. I właśnie to muzyczne połączenie pokoleń, czyli Casha i Ricka Rubina oraz konsekwencja Cave'a napędziła nas do tego, żeby razem z ojcem zaryzykować wspólne granie.