To nie jest kraj do spełniania marzeń?


Vreckless Vrestlers. Łukasz Kowalczuk. Kultura Gniewu. 2015.

Jutro, bo dzisiaj nie dam rady. To może poczekać i tak nie mam na to pieniędzy. Zrobię to w przyszłym tygodniu albo za miesiąc. To będzie moje postanowienie na Nowy Rok. Tym razem będzie inaczej, zobaczysz” – jak często mówimy sobie takie rzeczy, przesuwając dzień spełnienia swoich marzeń na bliżej nieokreślony? Żyjąc w ciągłym niedoczasie, zapętlamy się w wirze obowiązków, deadline’ów, asapów, pomimo często niewymiernych korzyści.

Byleby do 17:00, byleby do piątku, byleby do wakacji. Byleby przetrwać – wraz ze zmianą naszych potrzeb marginalizujemy swoje marzenia, które nieraz na zawsze pozostają jedynie w sferze fantazji. Te natomiast maleją, tracą blask, zdobywają nowy sens – w miejsce skoku ze spadochronem z 1500 metrów, myślimy coraz częściej o skoku bez spadochronu, a potem zadowalamy się jednorazowym wyjazdem nad morze. Tyle że to już nie jest wypoczynek, a wentyl bezpieczeństwa, dzięki któremu nie postradamy zmysłów. Co się stało, kiedy to się stało? Czy to jest pułapka dorosłości, z której nie ma ucieczki?

Videos by VICE

Cofam się teraz pamięcią do czasów dzieciństwa – do zabaw, które trwały aż słońce zachodziło za budynkami, kiedy biegało się po dachach garaży, grało w piłkę na zaimprowizowanym boisku i ścierało kolana, nie dbając o swoje bezpieczeństwo. Chociaż dzieciństwo każdego z nas cechowało co innego, wspólnym mianownikiem zawsze pozostawały marzenia i oczekiwania przyszłości. Chcieliśmy być kowbojami, księżniczkami, astronautami, piosenkarkami, muzykami rockowymi [sory, dziecięce marzenia pozostają seksistowskie – redakcja]. Cholera, chcieliśmy być dorośli, by świat w końcu należał do nas. To oczywiste, że trzeba było dorosnąć, ale czy koniecznie za cenę zdobywania egzystencjalnych szczytów?

JAK MYŚLAŁEM, ŻE JACK KEROUAC WYLECZY MNIE Z DEPRESJI

Nasza percepcja się zmienia, lata mijają i mogłoby się wydawać, że jedyne, co się nam udało, to zaciągnąć kredyt w banku. Może dlatego, kiedy pytamy się na spotkaniu, „co słychać?” – można bez skrępowania odpowiedzieć: a wiesz, wszystko źle. Czy tak musi być, czy może to jednak tylko nasza indywidualna postawa i permanentne zrzucanie odpowiedzialności za nasze nieszczęścia na coś, na kogoś — na czynniki zewnętrzne, na które nie ma siły? Tak, dokładnie wiem, jak to brzmi, ale zostań ze mną jeszcze chwilę …



„Nie rozumiem was Polacy, jesteście zajebiści! Robicie naprawdę super rzeczy, ale sami się dołujecie, nie doceniacie siebie. Kiedy my Amerykanie wstajemy rano z łóżka, mówimy sobie, że jesteśmy najlepsi na świecie, kiedy jemy obiad, mówimy, że jesteśmy najlepsi na świecie i to samo mówimy sobie zaraz przed snem – że jesteśmy, kurwa, najlepsi na świecie!”

– usłyszałem od mojego znajomego z Florydy, który niedawno pierwszy raz odwiedził nasz kraj, a wcześniej sprzedał swój cały dobytek, by w ogóle tu przyjechać. Tak, kurwa, dla kogoś przyjazd do Polski to było marzenie. Jakkolwiek te słowa mogą podnosić na duchu, z pewnością znajdzie się też osoba, która bez cienia wątpliwości stwierdzi, że to nie kraj dla spełniania marzeń. Dlaczego? Bo, patrz początek tekstu: bo mało kasy, bo mało czasu, bo zima za długa, a lato za ciepłe – bo zawsze coś. Marudzenie? Pierdolenie.



W równej mierze jesteśmy takimi samymi kowalami swojego losu, jak i własnych marzeń – więc jeżeli te nie chcą się same spełnić, spełnij je sam. Nie wiesz, jak to zrobić? Weź przykład z Łukasza Kowalczuka – typa z Rumi, który oprócz tego, że mieszka niedaleko największej wiklinowej żyrafy na świecie, właśnie wydał swój komiks w Kulturze Gniewu – Vreckless Vrestlers: historię międzygalaktycznych zapasów, gdzie postaci typu Sierżant Reptilion i Spike Lee napierdalają się ze sobą na ringu, a wszystko w klimacie starych gal WCW, lecących z kablówki, gdy Cartoon Network szło już spać.

Kowalczukowi udało się coś, co udaje się teraz nie każdemu w dorosłym życiu – swoją twórczością stworzył świat, nad którym ma całkowitą kontrolę, gdyż budował go sukcesywnie, małymi kroczkami, metodą DIY.

„Pierwszym moim komiksem związanym z wrestlingiem była praca konkursowa na MFK 2010 w Łodzi. Kolor, 7 stron o meksykańskich luchadorach. Historia nie została nawet opublikowana w katalogu i trudno się dziwić, bo była słaba. Zainspirowany niepowodzeniami zdecydowałem się na samowydawanie, miałem już na koncie kilka zeszytów wypuszczonych własnym sumptem. W pewnym momencie było mi o tyle łatwiej, że podpisałem umowę z francuskim wydawcą, teraz wolę się skupić na samym wymyślaniu historyjek i rysowaniu. Przede wszystkim dlatego, że powiększyła mi się rodzina i nie mam czasu na ogarnianie całego bajzlu”.

– powiedział mi, gdy spytałem o drogę, którą przebył. Jego komiks to ukłon w stronę lat 90., pulpowej rozrywki, kiepskich filmów, komiksów TM-Semic, gumowych potworów na zjechanych kasetach VHS – to nawiązanie do młodości, którą przeżywaliśmy wspólnie dorastając w transformującej się Polsce. To powrót do przeszłości, kiedy byliśmy dziećmi z głowami pełnymi marzeń.

CUDOWNI CHŁOPCY ISTNIEJĄ I MAJĄ SIĘ DOBRZE

Dlatego uważam, że droga do ich spełnienia jest w nas samych – jednak zasypana wymówkami i spychaniem odpowiedzialności na innych. Ścieżka na szczyty zazwyczaj jest kręta, ale myślę, że warta poświęcenia i czasu. Kiedy na koniec spytałem Kowalczuka, czy wydaniem Vreckless Vrestlers spełnił swoje marzenie, odpowiedział żartobliwie: „Tak, to początek mojej batalii o nagrodę Eisnera, którą zamierzam zdobyć przed 2034 rokiem”. Ambitnie.

On narysował komiks, ale przecież dla każdego to może być cokolwiek innego, dlaczego więc jeszcze nie spełniliście swoich marzeń?

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.