Reklama
This story is over 5 years old
The Grievous Sins Issue

Poznajcie ostatnią z Łykowów

„Niełatwo jest kosić siano i zajmować się kozami”, mówi Agafia. Dalej wyjaśnia, jak to się stało, że ma strzelbę, by przepędzać dzikie zwierzęta. „Zeszłego lata zjawił się tu niedźwiedź i rozrabiał, a ja schowałam się w środku.

tekst John Martin
02 Kwiecień 2013, 12:00am


Wszystkie zdjęcia: Peter Sutherland 

Istnieją pewne etyczne problemy, z którymi od niepamiętnych czasów borykają się etnolodzy i antropolodzy, zbierając materiały na temat zaginionych ludów, czy też szukając nieodkrytych plemion, żyjących w ostatnich nieznanych cywilizowanemu światu miejscówkach. Lecz te kwestie stają się dyskusyjne, gdy prędzej czy później dociera do nich nasz inwazyjny świat, przypominający w swym działaniu opornika łatkowatego.  Łykowowie – rosyjska rodzina żyjąca na dzikich obszarach Syberii i przez większość XX wieku nieutrzymująca kontaktu z innymi ludźmi– nie są nieznanym plemieniem, jak te nieliczne z Ameryki Południowej, wciąż ukryte przed współczesnym światem, ani też nie broniła się zaciekle przed kontaktem z ludźmi z zewnątrz niczym Sentinelczycy z Andamanów, postępujący tak po dziś dzień. Gdy zapytałem 70-letnią Agafię, jedyną żyjącą przedstawicielkę rodziny Łykowów, czy chciałaby, żeby geolodzy, którzy w 1978 odkryli jej rodzinę w kompletnie odizolowanej dziczy syberyjskiej tajgi, nigdy ich nie znaleźli, potrząsnęła głową. „Nie wiem, czy udałoby nam się przetrwać [bez nich]”, powiedziała. „Kończyło nam się pożywienie, nie mieliśmy narzędzi. Nie miałam już żadnych chust.” Chociaż raz nieustępliwa ciekawość rodzaju ludzkiego dążąca do tego, by ujawnić wszystkie sekrety tego świata, jakie jeszcze istnieją, doprowadziła do ocalenia, nie zaś do skażenia niezwykłego zjawiska. 

Wszystko zaczęło się w 1936, kiedy to Karp Łykow z żoną Akuliną całkowicie odrzucili cywilizację. Mając dość komunistów i w ogóle życia w mieście wyruszyli z dwoma synami w głąb tajgi. Impulsem do podjęcia podróży stało się zamordowanie brata Karpa, zastrzelonego przez bolszewicki patrol na peryferiach małego miasteczka nieopodal Kurska, na dalekim zachodzie Rosji. Łykowowie byli absolutnymi pacyfistami, należeli do starowierców, ultraortodoksyjnego wyznania chrześcijańskiego, które w XVII wieku odłączyło się od Rosyjskiego Kościoła. 

Po znalezieniu miejsca Łykowowie zbudowali chatę, spłodzili dwójkę kolejnych dzieci i wiedli niezwykle ciężkie życie, przy którym to znane z Domku na prerii wydaje się wiosennymi feriami w Daytona na Florydzie. By szyć ubrania, używali kołowrotka, który przytargali ze sobą, przemierzając setki kilometrów. Żywili się ziemniakami i grzybami. W 1961, po prawie trzydziestu latach życia w lesie, burza śnieżna zniszczyła ich zbiory. Ocaleli, jedząc korę drzew i własne buty. Akulina zagłodziła się na śmierć, by jej dzieci nie chodziły głodne. 

Po śmierci Akuliny rodzina Łykowów dalej prowadziła swoje samotnicze życie aż do 1978, kiedy to geolodzy (badający teren w poszukiwaniu złóż ropy) natrafili przypadkowo na ich osadę. Przez następnych kilka lat wieści o dziwnej, samotnej rodzinie żyjącej na absolutnym pustkowiu powoli acz nieustannie szerzyły się po całej Rosji i ludzie ci stali się niezwykłymi bohaterami ludowymi. Zainteresowanie nimi zrodziło się w dużej mierze dzięki Wasilijowi Peskowowi, rosyjskiemu dziennikarzowi, który napisał kilka artykułów o tej rodzinie, jak również książkę, Tajożnyj tupik, (ang. tłumaczenie Lost in the Taiga), która była bestsellerem w Rosji, lecz poniosła totalną porażkę na rynku angielskim. (Gdy ostatnio sprawdzaliśmy, jej nakład został wyczerpany, lecz  można ją kupić w Amazon za $900.) Członkowie rodziny Łykowów wymierali jedni po drugich. Niektórzy podejrzewają, iż powodem śmierci było to, że geolodzy wprowadzili obce drobnoustroje do ich systemów immunologicznych; inni uważają, że zmarli z przyczyn naturalnych. Tak czy inaczej, Karp umarł w 1988, przeżywając wszystkie swoje dzieci z wyjątkiem Agafii, najmłodszej córki. Agafia pochowała go na zboczu góry z pomocą geologów zaprzyjaźnionych z rodziną.  Gdy ja z moją ekipą filmową przygotowywaliśmy się do podróży, by złożyć wizytę ostatniej z rodu Łykowów, byliśmy bliscy odwołania całej akcji po tym, jak w styczniu Smithsonian opublikował artykuł oparty na materiałach archiwalnych, zakończony tym, że Agafia, wówczas 45-letnia, podjęła decyzję, że po śmierci ojca będzie mieszkać samotnie w syberyjskiej głuszy. Lecz to było 25 lat temu a autor artykułu nie miał ani środków ani hartu ducha, by jechać i zobaczyć, jak życie traktuje 70-letnią Agafię. No więc pojechaliśmy. 

W lutym 2013 roku polecieliśmy na Syberię, by odnaleźć Agafię i dostarczyć światu najświeższych informacji o jej życiu. Mieszka ponad 250 kilometrów od cywilizacji i dotarcie tam wymagało od nas przebrnięcia przez niezliczone zezwolenia putinowskiego rządu, co przypominało obieranie cebuli – włącznie z natykaniem się na rozlicznych urzędników roszczących sobie prawo do jurysdykcji na terenie tajgi – aby wreszcie ją odnaleźć. Powiedziano mi, że w lecie można tam dotrzeć kajakiem w ciągu siedmiu dni. Zimą jedynym wyjściem był helikopter. Zważywszy na trudy jej codziennej egzystencji, uznałem za stosowne złożyć jej wizytę podczas tej pory roku, która stanowi największe wyzwanie. 

Gdy zjawiliśmy się, Agafia oczekiwała nas przed chatą, niczym kochana babunia spodziewająca się wizyty wnucząt. Rezerwat przyrody, w którym mieszka, został na cześć jej rodziny nazwany Terenem Łykowów a jej chata stoi na skarpie nieopodal bystrych nurtów rzeki Erinat. Jak na siedemdziesięciolatkę, która aby przeżyć, musiała kiedyś jeść własne buty, wydawała się zaskakująco zwinna i zdrowa. Jej posiadłość składa się z kilku chat i mniejszych pomieszczeń dla kóz i kur, spiżarni, jak również ogrodu położonego na stromym zboczu wzgórza za domem. (Gdy tam byliśmy, ogród przykryty był śniegiem, jak przez większość syberyjskiej zimy.) Przez wiele lat z pomocą przyjaciół i wielbicieli budowała swoje gospodarstwo, które początkowo składało się z chałupy z jedną izbą, w której mieszkała cała rodzina. Po gospodarstwie łażą dziesiątki kotów. 

Kiedy dałem Agafii kozę i kurę, które przywiozłem w prezencie, zacząłem przeprowadzanie wywiadu przy małym stoliku tuż nad brzegiem rzeki. Zapytałem, co się działo od czasu, gdy prawie 20 lat temu zmarł jej ojciec. „Kiedy umarł, nie miałam nikogo, kto by mi pomógł, na kim mogłabym polegać. Sama rąbałam drewno na opał”, powiedziała. Jak wielu starszych ludzi w Rosji, Agafia otrzymuje rentę od państwa, lecz w dużej mierze jest samowystarczalna – sama gotuje, zajmuje się zwierzętami i łowi ryby. Mówi mi, że trud codziennego życia w tajdze jest większy teraz, gdy się starzeje.

„Niełatwo jest kosić siano i zajmować się kozami”, mówi Agafia. Dalej wyjaśnia, jak to się stało, że ma strzelbę, by przepędzać dzikie zwierzęta. „Zeszłego lata zjawił się tu niedźwiedź i rozrabiał, a ja schowałam się w środku. Złapał worek mąki i stratował moją marchew. Wykopałam dół i wpadł w pułapkę.”

Agafia nie jest jednak zupełnie sama. Ma sąsiada, Jerofieja Sedowa. Na początku przyjechał tu pracować jako poszukiwacz ropy i mieszkał piętnaście kilometrów od Agafii, razem z innymi geologami ze swojej firmy. W końcu został wyrzucony z pracy z niejasnych powodów, o których nie chce się wypowiadać. Powrócił wtedy do miasta, gdzie złapał gangrenę i stracił nogę. Kiedy lekarz powiedział mu, że powrót do czystych wód w tajdze może pomóc jego zdrowiu, zamieszkał u stóp wzgórza na brzegu rzeki i mieszka tam od 16 lat.

Jerofiej powiedział mi, że przybył do tajgi przede wszystkim dlatego, że chciał pomóc Agafii, która od lat była zdana tylko na siebie. Kiedy patrzy się na jego drewnianą nogę, ta motywacja nie wydaje zbyt realistyczna. Agafia opowiada inną historię. „Z początku pomagał mi przy kozach. Rąbał drwa. Teraz już tego nie robi. Skończyło się na tym, że od dwóch lat to ja daję mu drewno na opał. W zimie nie jest nawet w stanie przynieść go sobie do domu. Jak on mógłby mi pomóc? To ja mu pomagam, od 16 lat. Sadzę mu ziemniaki. Przynoszę drwa. Od szesnastu lat jest ode mnie całkowicie uzależniony. Jerofiej jest do niczego. Nikt go nie potrzebuje. On nie pomaga. To jemu trzeba pomagać.”

Pewnego dnia podczas rozmów z Agafią wyszedł na jaw inny, dość tajemniczy aspekt jej relacji z Jerofiejem. „Zdarzyły się dwa złe wypadki. Kto wie, co mu chodziło po głowie... Popełniał jeden grzech za drugim. Stanowił dla mnie zagrożenie.” Gdy dopytywałem się, Agafia odmówiła podania dalszych szczegółów. Jerofiej również nie chciał się na ten temat wypowiadać. Trudno powiedzieć, czy enigmatyczne, acz niewróżące nic dobrego słowa Agafii były aluzją do jakiejś bardzo poważnej sprawy, czy też wymysłem dwójki sprzeczających się emerytów, doprowadzonych do lekkiego obłędu przez tę klaustrofobiczną sytuację. Cokolwiek się wydarzyło, Agafia i Jerofiej wciąż spotykają się u niego, by słuchać radia. To ich jedyny regularny kontakt ze światem zewnętrznym. „Słucham wiadomości o przestępstwach i o wybuchach. To przerażające. Co jest nie tak z tymi ludźmi, którzy publicznie popełniają samobójstwo, wysadzając się w powietrze?”- pyta Agafia. 

Wprawdzie posiada niewielki materialny dobytek, ale jest bardzo pobożna. Tak jak jej najbliższa rodzina i dawno zmarły wuj – ten zabity przez komunistów w 1936 – Agafia jest starowiercem. Nauczyła się czytać, studiując Biblię i nadal wstaje wcześnie, by każdego ranka zmawiać modlitwę. Od czasu do czasu czytuje gazety starowierców, w zależności od tego, jak często dostarczają je jej sporadyczni goście. Jednym z bardziej osobliwych poglądów, jakie zaczerpnęła z tych gazet, jest to, że kody kreskowe są znakiem diabła. „To pieczęć Antychrysta”, mówi. „Ludzie przywożą mi nasiona w torebkach z kodami kreskowymi. Wyjmuję nasiona i od razu palę te torebki, dopiero potem sieję nasiona. Pieczęć Antychrysta sprowadzi koniec świata,” mówi Agafia. „Bóg nie uratuje wszystkich.”

Jedynymi rzeczami, których Agafia nienawidzi równie mocno, jak kodów kreskowych, są miasta – z którymi, co być może dziwne, jest całkiem dobrze zaznajomiona. We wczesnych latach 80., gdy dzięki serii artykułów Wasilija Peskowa  rodzina Łykowów stała się krajowym fenomenem, Agafia otrzymała zaproszenie od rządu sowieckiego, by po raz pierwszy udać się w podróż po kraju. Ku wielkiemu rozczarowaniu swego ojca (który wskutek zbiegu okoliczności zmarł krótko po jej powrocie), przyjęła propozycję i przez miesiąc podróżowała po kraju helikopterem, pociągiem, samolotem i samochodem. Zobaczyła nowe rzeczy, takie jak krowy, konie, sklepy, miasta i pieniądze, po czym wróciła do ojca, borykając się z tym, jak wytłumaczyć katastrofę w Czarnobylu. 

Od tego czasu, pomimo wieloletnich nacisków ze strony władz, by przeprowadziła się do miasta, opuszczała swój dom tylko jakieś pięć razy -  przede wszystkim po to, by odwiedzić krewnych, których nigdy nie widziała i żeby poddać się leczeniu. Powiedziała nam, że picie czegokolwiek poza wodą z jej ukochanej rzeki Erinat sprawia, że choruje, i tak samo działa na nią miejskie powietrze. 

„Tam jest strasznie”, mówi Agafia. „Nie można oddychać. Wszędzie są samochody. Nie ma czystego powietrza. Każdy przejeżdżający samochód pozostawia w powietrzu tyle toksyn. Nie ma innego wyboru, jak tylko siedzieć w domu.”

Wkrótce „Odlot: życie Agafii w tajdze” na Vice.com.

Zobacz też: 

Ostatnie posiłki
Wspomnienia z podrywu w Wietnamie

Tagged:
russia
VICE Magazine
rosja
podróże
Vice Blog
Syberia
Numer 4 Temat 4