Reklama
VICE Czyta

Jak to jest dorastać w mafii

Poznaj historie osoby, która już jako dziecko poznała mafię od środka

tekst Seth Ferranti, tłum. Stanisław Regulski
04 Sierpień 2016, 8:58am

DiMatteo (pierwszy z lewej) i reszta gangu w okolicach 1970 roku. Zdjęcia dzięki uprzejmości Franka DiMatteo.

Włoska mafia cieszy się złą sławą, jednak kojarzy się też z pewną mitologią, która przez wiele lat stanowiła inspirację dla filmowców. Gloryfikująca ją popkultura zaszczepiła w nas obraz gangstera, kierującego się wyłącznie honorem. Niestety rzeczywistość rzadko przypomina Chłopców z ferajny czy Ojca Chrzestnego. Gdy dorastasz na szarych ulicach Brooklynu, możesz nie mieć innego wyjścia, niż podjąć współpracę z mafią.

Frank DiMatteo urodził się na Cross Street w Red Hook, a wychowywali go mafijni cyngle. Z nowej książki DiMatteo, The President Street Boys: Growing Up Mafia(Chłopaki z President Street: Wyrastając na mafiosów), dowiadujemy się, jak wyglądało dorastanie w mafijnej rodzinie.

Jego obaj ojcowie – biologiczny i chrzestny – pracowali dla cieszących się złą sławą braci Gallo, a wujek był ochroniarzem Franka Costello i capo rodziny Genovese. DiMatteo w młodym wieku rzucił szkołę i dołączył do President Street Boys, czyli gangu braci Gallo, jednej z odnóg rodziny Colombo. Z bliska widział toczoną przez nich wojnę o kontrolę nad całą organizacją.

DiMatteo twierdzi, że „ocalał" z pracy w mafii. Wielu jego rówieśników skończyło w samochodowych bagażnikach lub na dnie zatoki Sheepshead, „pływając z rybkami". DiMatteo ma 58 lat i wciąż jest w niezłej formie. W przeciwieństwie do wielu innych mafiosów, którzy zdecydowali się opowiedzieć swoją historię, nie jest kapusiem. Odszedł z mafii w na początku XXI w., pozostał jednak lojalny. Mieszka w Brooklynie, gdzie spotkaliśmy się z nim, by dowiedzieć się, jak wyglądała mafia u szczytu potęgi, jak wpłynęła na nią kultura lat 60., co DiMatteo sądzi o współczesnych gangsterach i dlaczego zaczął wydawać „Mob Candy", magazynu o kulturze mafiosów.

VICE: Jak wyglądało dorastanie w mafijnym środowisku w latach 60. i 70.?
Frank DiMatteo:
Kiedy miałem 8-9 lat, miałem to gdzieś, byłem zajęty zabawą. Nie zdawałam sobie z niczego sprawy, mafia nie była czymś, o czym mówiono otwarcie, nie mieliśmy też tak dużego, jak w dzisiejszych czasach dostępu do książek i gazet. W wieku dziesięciu lat zacząłem zauważać, że moi wujkowie nieco odstają od innych. Ubierali się nieco inaczej, wciąż o czymś szeptali, kręciło się wokół nich sporo ludzi. W wieku 12 czy 13 lat znałem już wszystkich. Gdy miałem 13 lat, zostałem ich kierowcą i zacząłem uczyć się życia. Zrozumiałem, kim są. Zacząłem dowiadywać się szczegółów. Jako nastolatek nikogo nie zabiłem, ale chodziłem z nimi do klubów. Wybrali mnie do tej roboty ze względu na wzrost, już jako trzynastolatek miałem ponad metr osiemdziesiąt. Woziłem ich do restauracji i klubów ze striptizem. Dowiadywałem się co i jak.

Mój ojciec chrzestny, Bobby B., był jednym z cyngli gangu G. Byliśmy ze sobą zżyci, na początku lat 70. woziłem go przez jakiś czas. Bobby był silną osobowością, zabijał z zimną krwią, ale wziąłbyś go za żartownisia; prawdziwy schizol. Koleś naprawdę zachowywał się dziwacznie, był zabawny, tak długo, jak za nim nadążałeś. Jeśli go nie znałeś, nie dało się zrozumieć, o co mu chodzi. To byli naprawdę specyficzni ludzie.

DiMatteo w marynarce w paski w klubie San Susan, około 1977 roku.

Czy mafia dawała pracę na etat? Znałeś szczegóły zleceń?
Nigdy nie było gadki „Hej Frankie, pozwól, że ze szczegółami opowiem ci o twoich zadaniach na dziś". Nie dzieliliśmy się ze sobą konkretami. Ludzie, którzy zbierali za dużo informacji, wydawali mi się podejrzani. Nie powinniśmy wiedzieć niczego o sprawach, które nas nie dotyczyły. Często zdarzało się, że ktoś zaczynał opowiadać jakieś historie, a moją reakcją było: „Kto ci o tym powiedział? Nie powinieneś tego wiedzieć".

Jak wyglądało wtedy życie w mafii?
Wszyscy byliśmy zajęci swoimi sprawami. Nie było wiadomo, kto akurat jest na akcji, kradnie, organizuje napad, a kto akurat wyskoczył coś zjeść. Na początku lat 70. klepaliśmy biedę. Nie byliśmy grubymi rybami. Każdego pieprzonego dnia staraliśmy się zrobić cokolwiek, by wspiąć się szczebelek wyżej. Nie znaliśmy się na niczym innym. Kradliśmy papierosy, żeby zarobić jakiekolwiek pieniądze. Byliśmy gangsterami. A każdy z nas był inny. Byli wśród nas dowcipnisie i mruki, pijacy i ludzie jarający zielsko. W ekipie mieliśmy kolesi z Portoryko, z Syrii, a nawet Żyda. Pieprzony cyrk, w którym nikt nie miał w kieszeni nawet pięciu dolców.


Docieramy tam, gdzie inni się boją. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Jaką osobą był Crazy Joey Gallo?
Zamknęli go, kiedy miałem pięć czy sześć lat. Gdy wyszedł, byłem już prawie dorosły. Widywałem go przez rok, miedzy 1971 a 1972 o ile się nie mylę. Joey był straszny. Miał dziwny błysk w oku i wciąż się uśmiechał, ale nie należało z nim żartować. Z drugiej strony – jeśli byłeś po jego stornie, nie miałeś czego się obawiać. Po powrocie z odsiadki musiał wypić piwo, którego nawarzył. Siedział w kiciu przez 10 lat, więc często wychodził ze znajomymi. Wciąż dowodził wszystkim akcjom, ale zwykle nie ruszał się z miasta. My zresztą też rzadko opuszczaliśmy Brooklyn.

Joey trzymał się z moim ojcem chrzestnym i Grekiem Petem. Widywaliśmy go nie częściej niż raz w tygodniu. W klubach zachowywał się jak kompletny świr, jak gangster z lat 20. Myślał, że może robić, co chce, mówić, co mu ślina na język przyniesie, bo i tak nikt nie będzie miał wystarczająco dużo jaj, żeby go zastrzelić. Oczywiście nie miał racji. Dopadli go po roku.

Jak na sposób działania mafii wpłynęło pokolenie gangsterów dorastających w latach 60.?
To lata 60. miały wpływ na tych ludzi. Nowi mafiosi różnili się od starej szkoły lat 20., dorastali w mniejszej biedzie. Nie musieli kraść, by nie umrzeć z głodu. Byli po prostu sukinsynami. W latach 60. otworzyły się nowe możliwości, akcje i obligacje, a ci kolesie mieli inne, świeże podejście. Do tego doszła trawa. Nie sądzę, żeby kolesie w latach 20., 30. czy 40. łazili po mieście upaleni jak ściery. A ci rozpalali blanta na ulicy i zaśmiewali się do rozpuku. Kompletne świry. W ich sposobie myślenia nie było miejsca na szacunek. Przestali stosować się do zasad ustanowionych przez starszych i śmiali im się w twarz.

DiMatteo z żoną Emily, około 1970 roku.

Jakim cudem udało ci się odejść z mafii i uniknąć wiezienia?
Miałem fart. Przewidziałem niektóre rzeczy. Uniknąłem ławy oskarżonych tylko dzięki temu, że nikt na mnie nie doniósł. Miałem niebywałe szczęście. Kiedy nasz boss się wysypał, po prostu to rzuciliśmy. Nie było nikogo, kto by nam powiedział: „Nie możecie, nie odchodzi się z mafii". Wszyscy byli martwi albo zaczynali sypać. Nikt nas nie przypilnował, nikogo to nie obchodziło, nikt do nas nawet nie zadzwonił. Mieliśmy fart.

Co myślisz o współczesnej mafii?
Nie znają się na rzeczy. Są młodzi, nie mają o niczym pojęcia i wskoczyli na miejsca pozabijanych lub pozamykanych w więzieniach. Spora część z nich to wtyki. Wielu kolesi z wieloletnim stażem zaczęło donosić. Nie ma już nikogo, kto mógłby szkolić młodziaków, więc zaczytują się w książkach i w kółko bredzą o omercie, wiesz?

W rozmowach z połową szych nie możesz już użyć ich ksywek. Boją się całować w miejscach publicznych. Boją się wszystkiego. To jakiś pieprzony żart. Oduczyli się szacunku, a każdy się z nich śmieje. Albańczycy, Ruscy, wszyscy bawią się ich kosztem. Nikt już nikogo nie szanuje, nikt nie zajmuje się zwykłymi kradzieżami. Poza tym – mamy chyba 200 kapusiów i wszyscy jeszcze chodzą sobie po ulicach jak gdyby nigdy nic. Nie dopadli żadnego z nich.

Książka The President Street Boys: Growing Up Mafia ukazała się 26 lipca.

Tagged:
Brooklyn
Mafia
gangster
Varials
wspomnienia
gallo
nowy jork
Przestępczość
lata 60.
Przestępcy
gangsterzy
lata 70