Kultura

Jak dzięki kozie zostałem scenarzystą „South Parku”

Postanowiłem wykręcić najlepszy kawał w historii. Zajęło mi to trzy lata, ale było warto

tekst Sanjay Shah; tłumaczenie Jan Bogdaniuk
25 Sierpień 2016, 12:39pm

Zrzut z ekranu via YouTube

Dopiero co dostałem robotę jako scenarzysta sitcomu, więc gdy mój agent Mickey się ożenił, miałem spore parcie, żeby dać mu „śmieszny" prezent. Dałem mu kozę – a właściwie zapłaciłem 40 dolarów (ok. 150 zł) Oxfam International by w imieniu Mickey'ego podarowali kozę wiosce w rozwijającym się kraju. Jeśli zastanawiasz się, co w tym śmiesznego, już odpowiadam – absolutnie nic.

Mickey z całych sił starał się grzecznie podziękować za mój szlachetny uczynek. Ja jednak znałem prawdę: gdy bierzesz ślub, nie chcesz dostawać szlachetnych uczynków – chcesz krajarkę do pizzy, którą umieściłeś na liście prezentów. Zapytałem go, czy podarek spodobał się żonie. Chwilę milczał, po czym odpowiedział: „Wiesz, jeszcze jej nie powiedziałem, ale na pewno będzie zachwycona".

Widziałem, że w tamtej chwili nienawidził i mnie i tej pieprzonej kozy – i dobrze, bo tak naprawdę wcale nie o kozę chodziło.

Mniej więcej miesiąc później Mickey dostał list z Południowej Afryki, ze wszystkimi znaczkami i pocztowymi stemplami. W liście nowy właściciel kozy tłumaczył, że poprosił Oxfam o adres Mickey'ego, by osobiście podziękować mu za tak szczodry podarunek: „Dziękujemy Ci z całego serca! Od tak dawna nie mieliśmy kozy. Nazwaliśmy ją nawet na Twoją cześć. Nasze dzieci piją teraz mleko od Mickey'ego!".

Mój agent zadzwonił do mnie po tym, jak otrzymał list. Nie posiadał się z radości: „Naprawdę odmieniłem życie tych ludzi!" – dziękował. Mnie też zrobiło się całkiem miło – głównie dlatego, że to ja napisałem list. Przesłałem go e-mailem do kolegi ze studiów, który pracował w RPA, żeby go ręcznie przepisał i nadał na południowoafrykańską pocztę. Każdy dałby się nabrać.

Wysyłałem w ten sposób listy Mickey'emu przez następne trzy lata.

Koza, ale nie ta, o której traktuje ten artykuł. Fot Wikimedia Commons

Drugi list przyszedł około pół roku później. Nadawca donosił, że pisze, by się „zameldować" i powiedzieć, co u kozy. „Wszystko jest w porządku" – mówił. „Koza tak jakby trochę mi uciekła. Ale nie martw się! Znalazłem ją i stłukłem na kwaśne jabłko. Dostała nauczkę i już nigdy więcej nie ucieknie. Twoja inwestycja jest w dobrych rękach!".

Odebrałem telefon od Mickey'ego: „Dostałem następny list z Afryki. Był... dość dziwny". Nic więcej nie powiedział.

Trzeci list przyszedł kilka miesięcy później – tym razem od sąsiadki mężczyzny, który wysłał dwa poprzednie listy. W liście tłumaczyła, że to ona miała otrzymać kozę od Oxfam, ale jej sąsiad siłą przejął zwierzę. „Proszę, musisz coś z tym zrobić" – pisała.

Mickey z miejsca wykręcił mój numer. „Czy to twoja sprawka?" – zapytał. Postanowiłem udawać Greka i powiedziałem, że nawet nie pamiętam już, że dałem mu kozę, tak dawno to było. Poza tym, dodałem, nie jestem aż tak zabawnym gościem. Przyznał mi rację, co wzbudziło we mnie cichą furię. Mówił dalej, że nie ma pojęcia czy list jest prawdziwy, czy nie, ale jeśli tak, to w jego imieniu dzieje się niesprawiedliwość i że musi się zastanowić, co ma z tym wszystkim począć. Po czym się rozłączył.


Dla wszystkich stworzeń małych i dużych. Polub nasz fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco.


Mijały miesiące, aż nadszedł czwarty list. Tym razem poprosiłem o pomoc zaprzyjaźnionego grafika. Potrzebowałem ozdobnego godła wytłoczonego na ciężkim urzędowym papierze, ponieważ nadawcą miały być władze RPA.

Autor listu w bardzo oficjalnym tonie pisał, że jest miejscowym politykiem i że mieścina, której Mickey podarował kozę, leży w jego okręgu administracyjnym. Dalej donosił, że niestety w kwestii własności kozy doszło do zaciętych sporów, które przerodziły się w zamieszki na terenie całej gminy. „Koza przysparza zbyt wiele kłopotu, więc odsyłamy ją z powrotem".

Tydzień później zamówiłem dostawę żywej kozy do biura Mickey'ego.

„Koza Mickey". Fot. Sanjay Shah

Ukryłem kozę w sąsiednim boksie. Gdy Mickey ją zobaczył, przez dłuższą chwilę tylko się w nią wpatrywał. W pewnym momencie usłyszałem, jak mamrocze: „Ja pieprzę to chyba jakieś żarty".

W końcu wyjawiliśmy całą prawdę i dowiedział się, że za wszystkim stałem ja. Od razu odezwała się jego żyłka agenta: „Ej, a mógłbyś z tego zrobić próbkę scenariusza?". Wspomniał o moim psikusie kilku producentom telewizyjnym. Historia w końcu dotarła do uszu ludzi od South Parku, którzy zatrudnili mnie właśnie dzięki niej.

Chciałbym móc powiedzieć, że od początku zaplanowałem to wszystko, by sprytnie wślizgnąć się do pracy tylnymi drzwiami. Prawda jest jednak taka, że chciałem jedynie uprzykrzyć życie mojemu agentowi za pomocą sfingowanego międzynarodowego skandalu.

A jeśli interesują cię dalsze losy kozy, wypuściliśmy ją przy ruchliwej ulicy w LA, gdzie momentalnie rozjechał ją autobus. *

Sanjay Shah pisze scenariusze do serialu Fresh Off The Boat. Możesz go znaleźć na Twitterze.

* Tak naprawdę to wcale nie. Koza nie doznała żadnej krzywdy – to profesjonalistka z Hollywood, którą możesz podziwiać w niejednej produkcji. Otrzymała ode mnie godziwe wynagrodzenie.

Tagged:
Hollywood
South Park
RPA
prank
agent
Vice Blog
zwierzęta
Afryka
koza
kozy
żarty
Dowcip
anegdoty
scenarzysta