Foto

Brutalne zdjęcia ze sceny norweskiego black metalu

Na hasło „Norwegia" przed oczami od razu staje kosmaty gnom, który w mrocznej jaskini wściekle wrzeszczy do rytmu ogłuszającej, szybkiej jak cekaem podwójnej stopy

tekst Oliver Lunn, zdjęcia Jonas Bendiksen, tłum. Jan Bogd
25 Październik 2016, 4:00am

(Po lewej) Sigurd Dybing z zespołu Grand Alchemist; (po prawej) Oyvind Rasmussen z zespołu Skromt. Norwegia, 2016. (Copyright: Jonas Bendiksen / Magnum Photos)

Nie ma nic bardziej norweskiego niż black metal. Na hasło „Norwegia" przed oczami od razu staje kosmaty gnom, który w mrocznej jaskini wściekle wrzeszczy do rytmu ogłuszającej, szybkiej jak cekaem podwójnej stopy. Nic w tym dziwnego – w końcu black metal to największy muzyczny towar eksportowy Norwegii.

Gdy słyszę „Norwegia", do głowy przychodzą mi takie zespoły jak Mayhem, Burzum i Darkthrone; przypominam sobie głośną sprawę z 1993 roku, gdy Varg Vikernes z zespołu Burzum zamordował Euronymousa, basistę Mayhem, a także serię podpaleń kościołów, w które zamieszani byli członkowie kilku kapel. Od tamtej pory minęło już ponad 20 lat; dziś black metal na dobre zagościł w mainstreamie.

To nieprzemijające skojarzenie Norwegii z black metalem przyciągnęło uwagę Jonasa Bendiksena, fotografa z agencji Magnum, który zresztą sam jest Norwegiem. W ramach swojego nowym cyklu „Singing Norwegian Singers" („Śpiewający norwescy śpiewacy") powstałego na zamówienie Leica, Bendiksen sfotografował miejscowych black metalowych wokalistów, gdy krzyczeli prosto w jego obiektyw. W rezultacie powstały niepokojące zbliżenia ukazujące rozdęte nozdrza i połyskujące od śliny języki, wszystko skąpane w zimnym blasku lampy błyskowej.

Zadzwoniłem do Bendiksena, by porozmawiać o hołdzie, jaki złożył brutalnej muzyce z Norwegii, o tym, czy wciaż jest w niej obecny satanizm, o braku kobiet na black metalowej scenie, a także, dlaczego jego cykl nie był pomyślany jako przewodnik po osobistościach black metalu.

Erik Unsgaard z zespołu Sarkom. Norwegia, 2016. (Copyright: Jonas Bendiksen / Magnum Photos)

VICE: Cześć Jonas. Co przyciągnęło cię do norweskich black metalowych wokalistów?
Jonas Bendiksen:
Zawsze fascynowało mnie, jak wielką renomą cieszy się na świecie norweski ekstremalny metal. W najmniejszych wioskach od Bangladeszu po Wenezuelę spotykam ludzi, którzy mówią: „Norwegia? No jasne!" i wyliczają całą listę metalowych muzyków i szczegóły z ich życiorysów. Czasem to jedyne, co wiedzą o Norwegii. To naprawdę wielka sprawa. W Norwegii mówi się, że black metal to nasz największy kulturalny towar eksportowy. Wystarczy spojrzeć na same liczby – ile albumów jest sprzedawanych i dystrybuowanych na świecie. To nie żadne niszowe zjawisko. W pewnym sensie black metal jest bardziej popularny poza granicami Norwegii i to w najmniej oczekiwanych miejscach.

Czy black metal można zobaczyć w norweskiej telewizji? Czy zawsze znajduje się w centrum uwagi opinii publicznej?
Zainteresowanie czasem jest większe, a czasem mniejsze. Rzecz w tym, że jeszcze w latach 90., gdy black metal pierwszy raz przykuł ogólną uwagę, to było coś naprawdę wstrząsającego. Niektóre z tych wczesnych zespołów, jak Mayhem, były właściwie tak szokujące, jak tylko można sobie wyobrazić. Jeden z chłopaków popełnił samobójstwo, drugi zginął z ręki członka innego zespołu, który z kolei poszedł za to siedzieć, no i te wszystkie spalone kościoły – wszystko razem.

Aleksander Ilievski z zespołów Imagination oraz Empty. Norwegia, 2016. (Copyright: Jonas Bendiksen / Magnum Photos)

Czyli od tamtej pory cała scena nieco złagodniała?
W pewien sposób stała się bardziej mainstreamowa. Przyszedł ogromny komercyjny sukces i wielkie wytwórnie. Wiele osób uważa, że to niedobrze – że cała filozofia gatunku została przez to rozwodniona. Tak czy inaczej, choćby dlatego, że jest tak szeroko rozpowszechniony, sam chciałem jakoś podejść do tego zagadnienia. Wielu z moich modeli niekoniecznie gra tradycyjny, czysty black metal – jest wiele podkategorii. Jakiś purysta może powiedzieć: „Jest tylko jedna odmiana, która się liczy, a reszta to podróbki". A zatem black metal, death metal, thrash metal – w gruncie rzeczy chciałem fotografować norweską brutalną muzykę w brutalny sposób.

Czy ten projekt to coś w rodzaju hołdu dla zespołów?
Można tak to ująć, tak – hołd złożony energii, która przepełnia tę metodę tworzenia muzyki. W tej naprawdę ciężkiej norweskiej muzyce jest coś, co porusza czułą strunę w ludziach z całego świata, a ja chciałem to w jakiś sposób uchwycić.

Mayhem i Burzum to pewnie jedne z lepiej znanych zespołów. W którym miejscu historii norweskiego black metalu znajdują się ci młodsi muzycy?
Niektórzy z nich wywodzą się ze starszej epoki, ale tak, sporo z nich to młodsze pokolenie. W pewnym sensie za granicą z norweskim black metalem kojarzy się raczej tych wczesnych artystów, jak Varg Vikernes i innych gości, którzy parali się satanizmem i podpalali kościoły. Prawda jest jednak taka, że dziś większość – nawet ci z tamtego początkowego okresu – ma dzieci, które w weekendy zabierają na piesze wycieczki. Jeżdżą dobrymi samochodami itd.

Jimmy „Ofu Khan" Ivan Bergsten z zespołów Red Harvest oraz Waklevoren. Norwegia, 2016. (Copyright: Jonas Bendiksen / Magnum Photos)

Czyli w black metalu nie ma już żadnych satanistycznych elementów?
Ależ są, tylko... cóż, zdecydowanie dalej są obecne. Niektórzy muzycy jak najbardziej wciąż podążają tą ścieżką, chociaż wielu ją porzuciło. Część tradycjonalistów pewnie powiedziałaby, że jeśli brak satanistycznego przesłania, to nie jest prawdziwy black metal. Inni jednak twierdzą, że ta muzyka wcale nie musi zawierać takich elementów – że chodzi o coś zupełnie innego.

Czy zapraszałeś do współpracy kogoś ze starszych black metalowych artystów?
Tak, kilku. Do niektórych bardzo ciężko dotrzeć. Część z woli nie zwracać na siebie uwagi. Do niektórych się odezwałem, ale nie chcieli mieć nic wspólnego z projektem. Dla mnie nie miało to aż tak wielkiego znaczenia. Nie chciałem stworzyć kompendium najważniejszych wykonawców w historii black metalu. Chciałem jedynie robić zdjęcia ludzi, których przepełnia pasja do muzyki. Nie zależało mi, żeby pokazać wszystkich sławnych ludzi tej sceny.

Co muzycy myśleli o twoim pomyśle, by ich fotografować?
Przeważały reakcje w stylu: „To wygląda na nieźle popieprzone". Wielu z nich uważało, że to dość ciekawe zobaczyć te zdjęcia w nieco innym świetle, bo estetyka fotografii tego rodzaju często jest bardzo schematyczna. Nie mogę powiedzieć, że wszystkim to się spodobało, ale wielu uznało, że to interesujące.

Jedna rzecz, która rzuca się w oczy, to brak wokalistek. Czy kobiety też stanowią część tej kultury?
Pośród fanów i entuzjastów można znaleźć wiele kobiet, na scenie już mniej. Nie jestem pewien, dlaczego tak jest, choć trafiają się też black metalowe artystki. To bardzo męska odmiana muzyki – może właśnie ta męskość black metalu tak mnie zaintrygowała.

Agencję Magnum zazwyczaj kojarzy się z bezkompromisowym fotoreportażem. Jak twoim zdaniem pasuje do tego twój projekt?
W Magnum znajdziesz przeróżne rzeczy, a ludzie pracują tu cały czas nad różnymi zagadnieniami. Nie potrafię powiedzieć, co jest poważne, a co nie. Część prac jest pełna podtekstów i powagi, a część jest utrzymana w dużo lżejszym tonie. To po prostu odkrywanie zjawiska w naszej kulturze. Nie wiem, czy można to nazwać poważnym, czy lekkim, czy też przylepić jakąś inną łatkę. Nie obchodzi mnie to. Oczywiście Magnum słynie ze swojej fotografii wojennej, ale od samego początku agencji wszyscy zgłębiamy różne kulturowe i artystyczne trendy i staramy się je uwiecznić na kliszy.

Dzięki Jonas.

Więcej zdjęć Jonasa znajdziesz poniżej.

Jonas Nordli z zespołu Imaginator. Norwegia, 2016. (Copyright: Jonas Bendiksen / Magnum Photos)

Stein Roger Sound z zespołu Evig Natt. Norwegia, 2016. (Copyright: Jonas Bendiksen / Magnum Photos)