Uśmiechnięty Michał Kempa pozuje w czapce do zdjęcia
Na zdjęciu: Michał Kempa. Fot: Mikołaj Maluchnik
wszystkie pytania

Polski stand-uper odpowiada na pytania, które zawsze chcieliście zadać (ale nie nazywajcie go stand-uperem)

Michał Kempa odpowiada z czego nigdy by nie zażartował, jak poradzić sobie z nieśmiejącą się publicznością, jak zmieniło się poczucie humoru Polaków i dlaczego nie chce być nazywany stand-uperem

Poznajmy się. Jestem Paweł i do kabaretów pałam szczerą, gęstą nienawiścią, kocham zaś stand-upy, które obnażają nasze własne słabości i słabostki, śmieją się z nich i podważają konstrukcję naszego społeczeństwa. Za granicą taką sztukę uprawiali chociażby George Carlin lub Bill Hicks, którzy cisnęli po ludzkiej głupocie i wszystkich świętościach, a potem umarli. Po nich przyszli m.in. Jim Jefferies oraz Bill Burr, by robić właściwie to samo. W Polsce Abelard Giza piętnował myśliwych, homofobów, a żarty z papieża oburzyły część rodaków.

Reklama

Natomiast Michał Kempa nawet nie chce, żebyśmy nazywali go stand-uperem – chociaż idzie mu to całkiem nieźle. Jego nieoczywiste, często abstrakcyjne poczucie humoru jest miłym przystankiem na mapie tego polskiego-hehe-humoru. Michał swoją pracę rozśmieszacza zaczął w 2010 roku wraz z wygraną polsatowsiego talent show Stand up. Zabij mnie śmiechem. W swojej karierze zaczął też robić rzeczy w radiu i telewizji. Postanowiłem go zapytać, z czego nigdy by nie zażartował, jak poradzić sobie z nieśmiejącą się publicznością, jak zmieniło się poczucie humoru Polaków i dlaczego nie chce być nazywany stand-uperem.

VICE: Jakbyś przedstawił to, czym się zajmujesz?
Jestem Michał Kempa i zajmuję się śmieszkowaniem. To chyba najlepsze określenie mojego zawodu.

Na co dzień też jesteś takim śmieszkiem, który żartuje przy obiedzie i wśród bliskich?
Kiedy jestem sobą i czuję się rozluźniony – to zdecydowanie tak. Oczywiście czasami brakuje mi tej swobody i wtedy jestem zupełnie nieśmieszny. Kiedyś przez miesiąc byłem na stażu w Parlamencie Europejskim. Cały czas chodziłem wtedy w garniturze i uwierz mi, że nawet nie próbowałem żartować. Byłem najpoważniejszym, najbardziej spiętym i zestresowanym ze wszystkich stażystów.

Co ciebie najbardziej śmieszy?
Ludzkie życie, a uściślając – człowiek. Stand-up, kabaret, filmy komediowe, wszystko to jest wytworem kultury; mnie natomiast bawią rzeczy przypadkowe, humor niezaplanowany, gdy ktoś stara się być bardzo poważnym, a w rzeczywistości mnie on śmieszy. Przykładem tego jest szwajcarski minister finansów, który czyta bardzo nudne unijne rozporządzenie przed zgromadzonymi w Parlamencie Szwajcarskim. I w którymś momencie balon powagi jest już tak duży, że pęka i wszyscy zaczynają się śmiać. Takie coś bawi mnie najbardziej.

Reklama

Z czego nigdy byś nie zażartował?
Nie ma takiego tematu. Musiałbym chcieć nie zażartować z czegoś.

A poczułeś kiedyś podczas występu, że przesadziłeś i publiczność nie czuje żartu?
Tak, wielokrotnie. Natomiast jeśli się już przekroczy taką granicę i w miejsce śmiechu publiczności pojawia się zażenowanie – to oczywiście znaczy, że popełniło się błąd. Pamiętam takie sytuacje, ale na szczęście to były raczej jakieś pierdoły, jak niedostosowanie się do danych odbiorców (co uważam, że w pewnym stopniu powinniśmy też robić). Kiedyś np. występowałem dla bardziej wysublimowanej publiczności i opowiedziałem im mało wybredny żart o kształtach ciała pani Maryli Rodowicz. No nie udało się. Innym razem występując dla pewnej firmy (bo z tego też żyjemy, z chałturzenia), chcąc się jej podlizać, zacząłem obrażać ich biznesowych partnerów, których pomyliłem z konkurencją moich pracodawców.

Jak więc poradzić sobie z nieśmiejącą się publicznością?
Najlepiej skomentować tę ciszę. „Oj, nie weszło” – to prawie zawsze działa. To taki trik. Z reguły mówienie do ludzi, jak ci źle idzie na scenie, pomaga.

Czy kiedyś musiałeś zejść wcześniej ze sceny, niż to było pierwotnie zaplanowane?
Musiałem, ale nie dlatego, że zrezygnowałem z dalszego przedstawiania materiału, tylko mówiłem go tak szybko, bo nie było reakcji ze strony ludzi. Tyle że czasem, w przypadku firmowych występów (czyli wspomnianych chałtur) wina za to leży po stronie organizatorów, którzy najpierw pozwalają się ludziom najebać, a potem zapraszają na występ stand-upera. Nawet gdyby był on najśmieszniejszy na świecie, to nie skupi na sobie większej uwagi osób, chcących ze sobą rozmawiać i tańczyć. Sam byłem w takiej sytuacji: pijani ludzie tańczą, nagle organizator wyłącza muzykę i mówi „A teraz Michał Kempa, wielkie brawa", wchodzę na scenę i widzę oddalające się plecy, po 5 minutach mojego występu usłyszałem głos jakiejś pani: „Proszę nam włączyć muzykę!", a ja miałem ten występ zakontraktowany na całą godzinę.

Reklama
Michał Kempa w czapce na tle zielonych roślin

Czy po którymś ze swoich występów ktoś z widowni na ciebie czekał, żeby podzielić się swoją krytyką?
Od czasu do czasu coś takiego się zdarzy. Pewnego wieczoru razem z kolegami robiłem skecz show (użyliśmy tej nazwy, by nie mówić kabaret) i opowiadałem o człowieku bez ręki. Jakkolwiek wciąż wydaję mi się, że nie było w tym nic agresywnego, na widowni siedziała kobieta, której siostra straciła rękę w wypadku, więc zrobiła kolegom awanturę, kiedy ja schowałem się gdzieś na backstage'u.

Jak reagujesz na ludzi, którzy przeszkadzają w trakcie występu?
Niektórzy komicy starają się to przemilczeć, zagadać, ale ja uważam, że trzeba się do tego odnieść. Najważniejsze jest to, by nie dać się zagadać takiej osobie, by nie przejęła za ciebie inicjatywy, więc pozostaje próba utemperowania w zabawny sposób takiej osoby. Ostatnią formą wyjścia z takiej sytuacji jest wezwanie ochrony lub wyproszenie z sali, ale robisz to tylko wtedy, gdy reszta widowni także tego oczekuje – w końcu zapłacili za występ komika i nie chcą przez następny kwadrans słuchać, jak się siłujesz z jakąś laską, czy typem.


By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”. Jesteśmy też na Twitterze i Instagramie.


A jak się przygotowujesz do występów, wyznaczasz sobie harmonogram pracy?
Cały czas coś rejestruję, nie mam wyznaczonej godziny, o której pisze swoje żarty. Jednak zdecydowanie najwięcej takich momentów jest przed zaśnięciem. Wszystko wtedy sprowadza się do tego, czy zmuszę się do otwarcia oczu, zapalenia lampki i spisania pomysłu, czy przekonania się, że zapamiętam i zrobię to rano (ni chuja wtedy tego nie pamiętam).

Reklama

Czy oglądasz polskie kabarety?
Od dawna już nie oglądam i chyba jeszcze długo nie będę oglądać. Chociaż nie jestem tak ich wielkim hejterem, jak co poniektórzy stand-uperzy; po prostu wydaje mi się, że jest ich za dużo – powylewały się ze wszystkich możliwych kanałów w telewizorze i zamuliły polską publiczność swoją powtarzalnością, jarmarcznością i podobieństwami. Co też ciekawe, kiedy 8 lat temu zaczynałem stand-up, to osób uważających się wtedy za stand-uperów było jakieś 15-20 w całej Polsce, z których regularnie występowało ok. 5-10 osób. Dzisiaj te proporcje się odwróciły – zostało kilka kabaretów, które ciągle występują w telewizji, a nowe nie powstają. Stąd też widać, że niektórych kabareciarzy ciągnie teraz do stand-upu.

Michał Kempa na tle zielonych kwiatów siedzi przy oknie

Ten Typ Mes zdradził mi przy okazji jego roastu, że polscy stand-uperzey „mają swoje wewnętrzne podziały, które poza samymi zainteresowanymi, dla wszystkich innych są nudne i bez znaczenia". Czy to prawda?
Tak – i ciekawe, że uwagę na to zwrócił raper, bo w kontekście rodzimej sceny stand-upu lubię analogie do polskiego hip-hopu. Obie formy przekazu przyszły do nas z Zachodu, obie są niestety zdominowane przez mężczyzn, mamy podobnych widzów, oni mają swoje wytwórnie, my grupy (np. Stand Up Polska, do której należę); to samo tyczy się wewnętrznych konfliktów – gdzie jedni uważają się za truskulowców i wkurza ich, jak ktoś tam prowadzi stand-up.

Jak na przełomie lat zmieniło się poczucie humoru Polaków?
Nie chciałbym tutaj się wypowiadać, bo uważam, że coś takiego, jak jedno „poczucie humoru Polaków” nie istnieje. Są co najwyżej różne ośrodki humoru, w których każdego z nas śmieszy co innego: dla jednych to będą żarty o ruchaniu i narkotykach, dla kogoś innego coś bardziej wysublimowanego. Przez to nigdy do końca nie możesz przewidzieć, jakie żarty trafią w publiczność.

Reklama

Kto przychodzi na stand-upy?
Kiedyś to była wielkomiejska młodzież, bardziej liberalna. Dzisiaj mam wrażenie, że jest coraz więcej młodszych ludzi, trochę takich post-dresów.

Dlaczego nie chcesz, żeby nazywano cię stand-uperem?
Nie chcę denerwować stand-uperów. Ja jedynie korzystam ze stand-upowej formy, jako możliwości śmieszkowania. Uważam się za śmieszka, klauna i trochę błazna.

Śledź autora tekstu na jego profilu na Facebooku

Czytaj też na VICE: