Każdy klient restauracji powinien rok przepracować w knajpie

„Byłeś w Rzymie i jadłeś tam makaron? To bardzo ładnie, ale to moja knajpa i będę przygotowywał jedzenie po swojemu. I nie, krzykiem nic nie wskórasz”
A
tekst Anonim
ZK
tłumaczenie Zuzanna Krasowska
1.2.18

Artykuł pierwotnie ukazał się na MUNCHIES

Witamy w naszym cyklu restauracyjnych zwierzeń, gdzie publikujemy wyznania osób ze świata gastronomii – zarówno tych, którzy pracują na sali, jak i tych z kuchni – żeby dowiedzieć się, co naprawdę dzieje się za kulisami twoich ulubionych knajp.

W tym odcinku o swoich doświadczeniach opowiada 35-letni szef kuchni i właściciel restauracji w Los Angeles.

W restauracjach rzadko mówi się prawdę. Weźmy na przykład taką sytuację: serwujemy komuś makaron al dente, a on zaczyna się kłócić. „Ten makaron nie jest al dente, tylko surowy! Ja byłem we Włoszech i chodziłem do najlepszych restauracji w Rzymie. Tam podawano znacznie miększy makaron”. No i co ja mam mu odpowiedzieć? Najczęściej po prostu mechanicznie przepraszam: „Oczywiście. Przykro nam, że to panu nie smakuje”.

Jednak tak naprawdę najchętniej powiedziałbym: „Ale fajnie, że byłeś we Włoszech! To jeszcze jednak nie oznacza, że cokolwiek wiesz o tamtejszej kuchni”. Rzym stał się strasznie popularny wśród turystów i kiedy pojechaliśmy tam z mężem, byliśmy zdegustowani tym, jak okropne jedzenie tam podają. Kucharze pochodzący z Włoch zawsze mówią: „O mój Boże, jadłeś w Rzymie? Nigdy więcej tego nie rób! Warto odwiedzić to miasto i zobaczyć zabytki, ale zawsze musisz jechać tam z własnym jedzeniem. A jeśli już pójdziesz do knajpy, nigdy nie zamawiaj past”.

Zazwyczaj nie odpowiadam na podobne uwagi, bo nie chce mi się kłócić takimi osobami. Poza tym coraz częściej można trafić na ludzi, którzy potem piszą w sieci: „Szef kuchni to zarozumiały dupek, który myślał, że jest ode mnie lepszy i próbował mnie oszukać”. W dzisiejszych czasach, ze strachu przed złymi recenzjami, boimy się tłumaczyć takie rzeczy klientom i opowiadać im, jak naprawdę wygląda włoska kuchnia. Dokształcanie gości stało się czymś potencjalnie ryzykownym, więc już tego nie robimy. To jest naprawdę smutne.

Myślę, że klienci zapominają o jednej, ważnej rzeczy: kiedy postanawiają spróbować czegoś nowego, powinni zachować równowagę – zjeść coś, co znają, ale do tego zamówić jakąś nieznaną potrawę. Może ich czekać naprawdę przyjemna niespodzianka.


Mówimy jak jest. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Większość klientów jest cudowna, ale czasem zdarzają się różni wariaci. Chciałbym, żeby ludzie mieli lepsze maniery. Takie rzeczy nie zdarzały się 50 lat temu – wtedy nie było mowy, żeby ktoś rzucił do kelnera: „Idź się pierdol”, kiedy ten powiedział, że jakieś danie nie może zostać zmodyfikowane. Co tu się do cholery dzieje? Ludzie bywają pokręceni. Klienci myślą, że mogą znieważać kelnerów, bo traktują ich jak prywatnych niewolników.

Myślę, że każdy powinien przepracować co najmniej rok w branży usługowej. Wtedy dwa razy by się zastanowił, zanim zacząłby krzyczeć na baristę albo sprzedawcę.

Nie zmienia to faktu, że 95 procent osób, które do nas przychodzą, to mili ludzie: dobrze traktują kelnerów, doceniają naszą pracę, a co więcej, nawet jeśli do czegoś nie są przekonani, i tak tego próbują. To smutne, że pozostałe pięć procent tak mocno psuje reputację klientów. To mały ułamek, ale bardzo potężny. Potrafią jedną uwagą zniszczyć twój wieczór; są nieugięci i zrobią wszystko, żebyś poczuł się równie beznadziejnie, jak oni.


Więcej na VICE: