zdrowie

Poszłam na zajęcia z jogi BDSM

Wcisnęłam się w lateks, wzięłam matę i weszłam na salę pełną ludzi, którzy przyszli tu chyba prosto z seks klubu
Wszystkie zdjęcia: Albina Maks

Artykuł pierwotnie ukazał się na Broadly

„Jesteś odważna” – powiedziała mi jakaś dziewczyna, lustrując mnie wzrokiem od stóp do głów. Co? Przyglądając się ludziom na sali, zdałam sobie sprawę, że wszyscy przypominali tancerzy z teledysku Britney Spears lub Daenerys Targaryen na siłowni. Wiele kobiet miało na sobie staniki z wymyślnymi, krzyżującymi się ramiączkami oraz bluzki eksponujące piersi.

Jeden z mężczyzn wyróżniał się szczególnie, ponieważ w którymś momencie rozebrał się do samym majtek (króciutkich szortów), bo jak mi powiedział, mimo że „uprawiał jogę od wielu, wielu lat”, te zajęcia „okazały się znacznie bardziej męczące, niż podejrzewał”. Tymczasem ja miałam na sobie strój, którego dekoltu nie powstydziłaby się bohaterka tanich romansideł.

Reklama

Nie potrafię powiedzieć, dlaczego pewnego ranka poczułam potrzebę, żeby pójść na zajęcia z „perwersyjnej jogi” (ang. kink yoga), których uczestników zachęcano do „założenia odzieży lateksowej oraz strojów charakterystycznych dla praktyk BDSM”, aby „zwiększyć swoją moc intuicji”. Może była to potrzeba odmiany? Chociaż nie przekroczyłam jeszcze trzydziestki, w zeszłym roku zaliczyłam więcej przyjęć urodzinowych dla dzieci niż całonocnych balang, a w weekendowe wieczory częściej pracuję, niż wychodzę do klubu.

Wszystko to sprawiło, że zainteresowałam się tą jogą – jeśli ktoś ma siłę lub ochotę naprawdę zaangażować się w praktyki BDSM, najpewniej po prostu chodzi do seks klubów. Jednak dla zapracowanych freelancerów takie zajęcia są idealne: odbywają się na trzeźwo, trwają zaledwie 90 minut, a po wszystkim dostajesz darmową herbatą. Moja przyjaciółka, która ma znacznie ciekawsze życie niż ja, wybrała mi strój: lateksowy top bez ramiączek, króciutkie szorty oraz srebrną obrożę i smycz. W ostatniej chwili stchórzyłam i zrezygnowałam z tego ostatniego.

25-letnia Madeleine White, australijska nauczycielka jogi, która wpadła na pomysł tych zajęć, stała na środku pokoju w lureksowym, obcisłym kostiumie. Promieniowała spokojem. Jak nam wyjaśniła, stroje BDSM, które ograniczają swobodę ruchu, pomagają w pełni połączyć się ze swoim ciałem – czując opór, człowiek jest bardziej świadomy własnej cielesności. Uznałam, że to tylko chwytliwe hasło, ale kiedy przeszliśmy do ćwiczeń oddechowych, okazało się, że miała rację. Przez cały czas skupiałam się na tym, w jaki sposób porusza się mój owinięty w lateks brzuch – a prawie nigdy tego nie robię, kiedy ćwiczę w domu.

Reklama

Następnie mieliśmy się przejść po pokoju, żeby poczuć sposób, w jak poruszają się nasze ciała. Potem kazano nam się skupić na naszych „jajnikach lub gonadach” i używając tej części ciała, kręcić biodrami ósemki. Jednak kiedy White poleciła nam zbliżyć się do siebie i dotknąć pleców naszego sąsiada na poziomie, na którym znajdowały się ich jajniki lub jądra, wyraźnie zaznaczyła, żebyśmy „skupili się na energii drugiej osoby – jeśli odniesiesz wrażenie, że nie czują się z tym komfortowo, nie rób tego”.

Wszyscy nieśmiało umieściliśmy nasze dłonie nie niżej niż na dolnej partii pleców. Byliśmy odważni i seksualnie wyzwoleni, ale nie mieliśmy zamiaru zbliżać się do obcego tyłka w miejscu, które nie było seks klubem. Wszyscy kołysaliśmy się w tym samym rytmie, posłusznie wykonując ósemki naszymi jajnikami i gonadami (w ciągu tych 90 minut usłyszałam to słowo więcej razy, niż przez całe moje życie). Pod koniec wszyscy złapaliśmy się za ręce.


Nie wstydź się. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


To było bardzo miłe, nawet trochę poufałe. Właściwie można by tak opisać całe zajęcia. Podczas końcowych ćwiczeń rozluźniających White każdemu z nas zrobiła krótki masaż głowy oraz szyi i podobnie jak całe zajęcia, było to raczej intrygująco intymne niż perwersyjne.

Wszystko to przypominało trochę sen; White wyraźnie zainspirowała się Butō, awangardową techniką tańca, którą „New York Times” opisał kiedyś jako „najbardziej zaskakujący eksport kulturalny Japonii”.

Reklama

White wydawała z siebie ten sam dźwięk, który możesz usłyszeć w delfinarium i zachęcała nas do wydychania w ten sam sposób. Udawaliśmy, że odrywamy nasze twarze z głośnym trzaskiem; że nasze sutki były oczami, pępek nosem, a miednica ustami i próbowaliśmy oddychać przez miednicę. Powiedziała nam, żebyśmy zachowywali się jak umierająca ryba i energicznie rzucali się po twardej, drewnianej podłodze. White wyjaśniła mi później, że stanowi to bardziej przyjazną jodze wersję ćwiczeń Butō, podczas których udajesz, że „jesteś rybą wyrzuconą na brzeg, ranną, a następnie zgwałconą”.

Pojawiło się wystarczająco dużo jogi, aby uszczęśliwić wszystkich fanów ćwiczeń – White poprosiła nas, żebyśmy spróbowali zrobić 108 przysiadów do samej ziemi, co w teorii brzmiało bardzo łatwo, ale biorąc pod uwagę pozycję, w której przez cały czas musiały znajdować się nasze stopy, przypominało to raczej przygotowania do olimpiady. Po dziesięciu seriach zmęczyłam się, poszłam wypić trochę wody, a po powrocie bez przekonania zrobiłam jeszcze kilka powtórzeń.

Pot ze mnie spływał strumieniami. Wykonywanie tych ćwiczeń w lateksie stanowiło nie lada wyzwanie. Nie tylko pociłam się dwa razy bardziej niż zazwyczaj, ale do tego przez cały czas musiałam kontrolować swój dekolt. Natomiast kiedy ćwiczenia wymagały, żebym leżała brzuchu, ciągle wbijał mi się w ciało duży suwak topu. To był masochizm, ale nie taki, jakiego oczekiwałam.

Reklama

Madeleine White, instruktorka jogi BDSM (w środku).

White wyjaśniła mi, że chociaż częściowo czerpała inspirację z własnych doświadczeń w darkroomach, zajęcia postanowiła zorganizować z powodu jej świeżej fascynacji shibari, czyli japońską sztuką wiązania (od trzech miesięcy zajmuje się w tym w berlińskim seks klubie KitKat). Powiedziała, że podczas takich sesji ludzie potrafią przekraczać własne granice, ale należy uważać, bo bardzo łatwo o katastrofę – w 2011 roku „Daily Beast” doniósł o wypadku podczas praktyk shibari, który doprowadził do śmierci uczestniczki.

White powiedziała, że w takich sytuacjach rozwiązanie supłów, a nawet samo przecięcie lin może zająć kilka minut, więc należy się wtedy skupić na oddychaniu oraz „po prostu się zrelaksować, ponieważ w przeciwnym wypadku możesz wpaść w panikę albo wręcz się udusić”.

Według White zajęcia te „mają wiele wspólnego z kontrolowaniem lęku. Właśnie dlatego tak bardzo lubię jogę – uspokaja mnie i pozwala mi się skupić. Problemy potrafią człowieka tak bardzo przytłoczyć, że czasem nie może oddychać. Z lateksem jest tak samo”.

Może ma rację. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie te zajęcia – były dziwniejsze, ale jednocześnie intymniejsze, niż się spodziewałam. Jednak idąc do domu ze skrzypiącym pod spodniami i swetrem gorsetem (zupełnie jak lateksowy Superman), czułam wszechogarniające uczucie spokoju. Pogoda ducha w środku tygodnia? To być może najwspanialszy fetysz świata.


Więcej na VICE: