Reklama
This story is over 5 years old
The Grievous Sins Issue

Cyngiel do wynajęcia

Rusek miał 13 lat, kiedy po raz pierwszy zabił człowieka. Nie żałuje tego, co zrobił; facet, którego sprzątnął, źle potraktował jego młodszą siostrę.

tekst Jaled Abdelrahim and Pablo Ferri
25 Kwiecień 2013, 10:00am

Tinta, morderca do wynajęcia z Medellín w Kolumbii, ma całe ciało w dziarach; mówi, że tatuaże są wyrazem jego buntu. Zdjęcie: Erika Carmona Ortega

Rusek miał 13 lat, kiedy po raz pierwszy zabił człowieka. Nie żałuje tego, co zrobił; facet, którego sprzątnął, źle potraktował jego młodszą siostrę. Rusek do zabójstwa użył broni domowej roboty, którą nazwał chupa chupa—ostrze przytwierdzone do rurki PCV zatopił w karku ofiary.

“Nauczyłem się, że najmniej odporną na ciosy częścią ciała człowieka jest szyja,” zdradza. Dodaje, że aresztowano go wtedy za zabójstwo, ale wkrótce zwolniono z braku dowodów.

W Medellín lat osiemdziesiątych, Rusek (który, jak wszyscy przestępcy występujący w tym artykule, pragnie pozostać anonimowy; „Rusek” nie jest nawet jego prawdziwą ksywką) był cenionym za swoją skuteczność płatnym zabójcą. Najpotężniejszy baron narkotykowy, Pablo Escobar wznosił wtedy swoje imperium. Nie mogło obyć się bez zatargów z rywalami biznesowymi i policją. Od brudnej roboty byli członkowie gangów ze slumsów, nazywani combo. W tych warunkach ktoś taki, jak Rusek bez trudu znalazł sobie pełnoetatowe zatrudnienie w charakterze sicario, czyli „spluwy do wynajęcia”. W wyglądzie Ruska najbardziej uderzają ogniście rude włosy i ramiona poznaczone bliznami po poparzeniach, które nazywa swoim CV. To pamiątka z młodości, kiedy pracował w laboratorium produkującym kokainę. „Któregoś dnia wylała się na mnie zawartość pojemnika z kwasem siarkowym,’’ wspomina. „Sześć dni tkwiłem w śpiączce. Na ciele miałem poparzenia drugiego stopnia, złamaną rękę i stopę. Z takiego miejsca w ogóle ciężko wyjść żywemu. Miałem jednak kupę szczęścia, bo po wypadku uznano mnie za martwego i po prostu wyrzucono na ulicę. Następnego dnia znalazł mnie przejeżdżający przez okolicę poganiacz mułów.”

Po półtorarocznej rekonwalescencji Rusek wrócił po kasę, którą wcześniej zakopał w bezpiecznym miejscu. Nadszedł czas wziąć odwet na swoich oprawcach. „Kumpel dał mi trzydziestkę ósemkę”, ciągnie i nagle urywa, jakby przeżywał na nowo tę scenę. „Wytłukłem ich wszystkich.”

W swojej książce La Parábola de Pablo (Przypowieść o Pablo) Alonso Salazar – pisarz, dziennikarz oraz burmistrz Medellín w latach 2008 – 2011- opisał zmiany o charakterze socjologicznym, jakie stały się udziałem slumsów w krwawych latach osiemdziesiątych. Szanse na zdobycie legalnego zatrudnienia były wówczas marne, głównie za sprawą czarnorynkowej gospodarki. W rezultacie u podnóża Andów jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać osiedla biedy; ich młodzi mieszkańcy widzieli, jak dilerzy narkotyków wożą się luksusowymi furami, imprezują, wydają tony hajsu i rządzą miastem. W ich głowach kiełkowała myśl, Czemu nie ja? Morderstwa na zlecenie stały się najczęstszym sposobem załatwiania porachunków. „Przywódców karteli ogarnęła mania zabijania- kulkę w łeb można było dostać za kradzież, błędną decyzję, albo w ogóle bez żadnego powodu,” pisze Alonso. „Później mafijni bossowie zaczęli mordować się nawzajem – w ramach odwetu albo z zemsty za nieudane transakcje. Nie wahali się nawet zabijać urzędników państwowych.”

Rusek przedstawia mi swój ówczesny cennik: od 170 dolców do tysięcy dolarów za trupa, w zależności od tego, kim była ofiara. Rusek porzucił swój stary fach, ale znakomita większość sicarios nigdy nie kończy z zawodem. Najczęściej nie mają na to szans. „ Spotkałem w życiu ponad 150 sicarios,” opowiada. „Czterem, góra pięciu z nich udało się zmienić swoje życie, tak jak mnie. Pozostali albo nie żyją, albo jeżdżą na wózku, albo wciąż robią to, czym zajmowali się praktycznie od zawsze.”

Rusek kontempluje panoramę Medellín, w którym przez dziesiątki lat pracował jako płatny zabójca. Zdjęcie: Cristian Camilo Gonzalez Gonzalez

Tinta (którego imię znaczy „atrament”) należy do tej ostatniej kategorii. Trzydziestoośmioletni mieszkaniec dzielnicy Barrio Triste (“Ponure Miasto”), dzieli swój czas pomiędzy naprawę samochodów i mordowanie. Ostatni raz pociągnął za cyngiel sześć miesięcy temu. Mając prawie czterdziestkę na karku, Tinta nie planuje zmiany ścieżki zawodowej. Najlepiej zna się na zabijaniu. Poza tym, odmowa przyjęcia zlecenia mogłaby jego samego kosztować życie.

Oznajmił, że nie boi się wyjść na ulicę. Pogodził się z tym, że prędzej czy później sam zarobi kulkę w łeb. W lutym zamordowano jednego z jego niewielu przyjaciół - człowieka, któremu pomógł zrobić karierę w szeregach combo. Kiedy opowiadał o zabitym kumplu, jego twarz wykrzywił grymas bólu, który jednak znikł równie szybko, co się pojawił. „Takie są tutejsze zasady gry, brachu,” podsumowuje.

“Co czujesz w momencie, gdy pociągasz za spust?”, zapytaliśmy.

“Władzę, stary. Czuję władzę.”

“A jakie uczucia wzbudza w tobie stygnący trup?”

“Żadnych,” odpowiada w sposób sugerujący, że pytanie było nie na miejscu.

“Koleś jest już martwy. Umarlaków zostawia się w spokoju.”

“Nigdy nie czujesz strachu, wykonując zlecenie?”

“Nie, bo to zaczyna wciągać. Adrenalina rośnie. I już się nie boisz. Nie.” -powtarza. „Nie ma strachu.”

W przeciągu ostatnich kilku lat liczba aktów przemocy w Medellín nieco spadła, przynajmniej według oficjalnych doniesień. W 1991 roku, tuż przed upadkiem Pablo Escobara, zgłoszono ponad 6 tysięcy morderstw. Do 2012 roku liczba ta zmniejszyła się do 1,247. Co więcej, w 2012 Medellín otrzymał nagrodę Miasta Roku, przyznawaną przez amerykańską organizację non-profit, Urban Land Institute. Nagroda miała być wyrazem uznania za osiągnięcia w zakresie poprawy warunków bezpieczeństwa, transportu i infrastruktury. Ale lekki spadek liczby popełnianych przestępstw nie ma za wiele wspólnego z działaniami kolumbijskiego rządu. Z niejasnych powodów combo zniknęli z radarów. I choć pozornie w mieście zapanował względny spokój, nie oznacza to, że skończyła się dilerka i zabójstwa. Po prostu wygląda na to, że zakapiory ze slumsów są nieco mniej aktywne, niż kiedyś.

Podwójną naturę miasta Medellín najlepiej widać w osobie “Paisy,” który na polecenie karteli nadzoruje jedną z owianych złą sławą dzielnic. Zgodził się z nami rozmawiać pod jednym warunkiem-nie możemy ujawnić dokładnego miejsca jego pobytu. Spotkaliśmy się z nim przed spożywczakiem. Sprawnie żonglował trzema komórkami- w trakcie całej naszej rozmowy ani na chwilę nie przestał esemesować i praktycznie nie odrywał oczu od telefonu. „Jedna komórka służy mi do kontaktów z żoną, drugi numer jest dla kochanek, a na trzeci dzwonią moi pelados [“młode zbiry”],” wyjaśnia. Paisa zdradził nam, że Los Urabeńos—paramilitarna grupa, która od 2001 roku napędza handel narotykami w Kolumbii- oferowała mu kasę za przejście na ich stronę. Ale Paisa pozostaje lojalny wobec gangu Office of Envigado, który według niego ma wyłączną kontrolę nad brudnymi pieniędzmi w Medellín. “Teraz jest spokojnie,” komentuje brak morderstw. „ale tylko dlatego, że my tak chcemy.”

W trakcie naszej pogawędki Paisa daje znak młodemu chłopakowi, który zaraz znika między okolicznymi ruderami. Po jakimś czasie wraca z dwiema paczkami: jedna pełna jest koksu, a druga to próżniowo zapakowana marihuana.

„Co dwa tygodnie sprzedajemy od 900 do 1000 takich worków kokainy,” zdradza Paisa. “Koszt jednej to 2500 peso [około półtora dolara]. Dwa tysiące idą do głównego biura, 300 jest dla mnie, a 200 trafia do kieszeni tego, kto sprzedaje towar.”

Chłopaki, które zajmują się rozprowadzaniem i sprzedażą narkotyków, to zajmujący najniższe miejsce w hierarchii gangu, młodociani sicarios- z reguły nie mają więcej, niż 14 lat, a już są na najlepszej drodze, żeby zostać drugim Ruskiem czy Tintą. Mogą też mieć pecha i szybko pójść do piachu. Taki jest naturalny porządek rzeczy w slumsach. Dotyczy to nawet miejscowych organów ścigania. „Niedawno psy aresztowały trzech pracujących dla nas dzieciaków pod zarzutem morderstwa,” opowiada Paisa. „Zapłaciłem im trzy miliony baksów [1700 dolarów] i puścili ich wolno.”

Carlos Arcila to człowiek, bez którego udziału w Medellín nie powstałaby Komisja Praw Człowieka. Celem organizacji jest walka o lepsze jutro w społecznościach zamieszkujących dzielnice o najwyższym wskaźniku przestępczości. Aby to osiągnąć, Komisja organizuje zajęcia dla mieszkańców i publicznie demaskuje sprawców krwawych rzezi. Władze zdążyły nabrać szacunku do Carlosa i pozostałych działaczy w organizacji, ale naraził się szefom gangów, którzy zapragnęli jego głowy. W ten sposób znalazł się na celowniku combo.

“Musiałem wyprowadzić się z dzielnicy, bo zaczęli mi grozić,” wyjaśnia. „ Otwarcie piętnowaliśmy uzbrojone bandy, które wymuszały pieniądze od robotników. Stąd wzięły się pogróżki.” Teraz Carlosowi na wszelki wypadek towarzyszy uzbrojony ochroniarz. Cieszą go pozytywne zmiany, które zaszły w najniebezpieczniejszych dzielnicach dzięki jego organizacji, ale zdaje sobie sprawę, że przed nimi jeszcze długa droga. “Państwo nie jest bezczynne,” twierdzi. „Ale mafia rządzi tym miastem od lat.”

Może kiedyś Medellín zmieni swoje oblicze. Kolejne pokolenia młodych chłopaków nie będą zmuszone zarabiać na chleb jako zabójcy i dilerzy dragów. Może mniej z nich będzie przed czterdziestką kończyć w przydrożnym rowie z dziurą w czaszce.

Jak widać po Tincie i Rusku, na dwoje babka wróżyła. „Wciąż ginie wielu ludzi, brachu,” twierdzi Rusek. „Ale liczba zabójców się zmniejsza. Upłynie jeszcze parę lat i….bach! wszystko się zmieni, stary!” Chciałby, żeby jego córka, której list pomógł mu zejść z drogi przestępstwa, „mieszkała w Medellín pełnym piękna”. Uważa siebie za wzór do naśladowania dla innych sicario. Stara się nawet namawiać byłych kolegów po fachu, żeby skończyli z zabijaniem. Tymczasem Tinta wciąż ma ręce umazane krwią. Jego podejście jest bardziej cyniczne: „Całe to gadanie o spadku liczby zabójstw to bzdura.” Nie zaprzecza, że oficjalne dane mówią o mniejszej liczbie trupów, ale jego zdaniem sytuacja w slumsach wcale się nie polepszyła. “Kiedy jedna grupa się uspokaja, drugą już zaczyna nosić i rozróba gotowa. Tak to już jest w takich miejscach,” wyjaśnia. „To się nigdy nie zmieni.”

Na koniec zapytaliśmy Tintę, czy chciałby mieszkać w mieście, w którym nie musiałby mordować. Osłupiał. Przez trzy długie sekundy zastanawiał się nad odpowiedzią, aż w końcu odparł, „Nie mogę sobie wyobrazić takiego miasta…Po prostu nie mieści mi się to w głowie.”

Tagged:
Mafia
VICE Magazine
Kokaina
Newsy
Vice Blog
Zbrodnia
Numer 4 Temat 4
Kolumbia
przestępstwo