Reklama
This story is over 5 years old
podróże

Białoruskim szlakiem klubowym - część 1

Nasz wysłannik, wraz z kilkoma zaprawionymi w bojach towarzyszami, wyruszył za wschodnią granicę, myślał, że cofnie się do XIX wieku, a znalazł się w miejscu gdzie musiał zmierzyć się z kilkudniową imprezą, zajebistymi dziewczynami i nieprzyzwoitymi...

tekst Michał "Wieśniak" Migała
18 Kwiecień 2012, 9:40am

Nasz wysłannik, wraz z kilkoma zaprawionymi w bojach towarzyszami, wyruszył za wschodnią granicę, myślał, że cofnie się do XIX wieku, a znalazł się w miejscu gdzie musiał zmierzyć się z kilkudniową imprezą, zajebistymi dziewczynami i nieprzyzwoitymi żartami kolegów. Ta przydługa historia może być dla was pouczająca, oto część pierwsza.

Udział biorą:

Lucyfer - dyrektor programowy w pewnej stacji telewizyjnej.

Picuś - prezenter radiowy i telewizyjny.

Polak, Który Jest Też Szwedem A Mieszka W Indonezji - co tu więcej dodać - nazwa mówi sama za siebie, chłopak był chyba już na całym świecie, sympatyczny, cieszył się dużym powodzeniem u dziewcząt.

Poczciwy Polarnik - Polak, pracuje gdzieś tam jako ekspert od czegoś tam, też prawie wszędzie już był.

Indoamerykanin - skrzyżowanie Saakaszwilego z detektywem Monkiem, 40 letni  sympatyczny Amerykanin pochodzenia hinduskiego, domyślaliśmy się, że skrywa jakąś straszną tajemnicę.

Ajrisz - urodzony w Anglii, krwi irlandzkiej, aktualnie mieszkający w Norwegii, mocno pewny siebie, kiedy tylko miał okazję, puszczał Shakirę i Radiohead do porzygania, próbował sprzątnąć nam najlepsze dziewczyny, często z powodzeniem i w ogóle z lekka się panoszył, przez co stał się obiektem „typowych, normalnych w naszym kraju dowcipów”, tłumaczyliśmy mu, że robimy mu je dlatego, żeby zaznajomić go z polskim poczuciem humoru i dlatego, że najbardziej go ze wszystkich lubimy.

Niemiec, Który Mówił Że Jest Czechem - a przynajmniej mówił tak w naszym towarzystwie, żeby uniknąć losu Ajrisza.  

No to było tak. W połowie grudnia Picuś podbił do mnie, że jadą na Białoruś na sylwestra i wynajmują sobie tam zbiorowo chatę i wbijają się na jakąś fajną sylwestrową imprezę. Nie wierzyłem, że to wypali. Myślałem, że się rozmyje, jak setki innych projektów i że na sylwestra wyląduje z nieznanymi sobie ludźmi na jakiejś domówce w bloku na Gocławiu. Gdy jednak dowiedziałem się, że na serio organizują sobie kwaterę i gdy powiązałem to z legendarną już urodą naszych wschodnich słowiańskich sióstr, podjąłem męską decyzję. Fiut nie sługa… Nic, że zadłużę się jeszcze bardziej, jakoś to będzie, a co przeżyję, to będę wnukom opowiadał.  

W międzyczasie międzynarodowi koledzy, których nie znałem, ale którzy byli znajomymi moich kolegów i mieli być naszymi kompanami, napisali posta na mińskim forum serwisu couchsurfing o tym, że ośmiu przystojnych kolesi niedługo najedzie Białoruś. Dziewczyny, które odpowiedziały na nasz tekst poradziły nam, żebyśmy urządzili imprezę u siebie na chacie i że one w ogóle bardzo chętnie do nas wpadną z alkoholem i jedzeniem. Po niedługim czasie mieliśmy już około 30 zdeklarowanych osób. W większości urodziwych dziewcząt. Podsyłaliśmy sobie wzajemnie co ciekawsze profile. My, najeźdźcy z Zachodu, którzy już niedługo wzbogacą lokalna bazę genów i sprawią, że najpiękniejsze dziewoje ziemi białoruskiej powiją zdrowe i dorodne dzieci. Wiedziałem już, że podjąłem dobrą decyzję. Fiut nieomylnie poprowadził mnie drogą sukcesu i wiecznej chwały. Martwiliśmy się trochę, że będziemy musieli odmówić niektórym pięknościom. Przecież to Białoruś. Pewnie dewizowca widzą tam raz na ruski rok... bezsprzecznie będziemy mieć seks na zawołanie… jak drużyna Harlem Globtroters na tournee w hotelu Victoria. Ba! Będą złe, że nie damy rady ich wszystkich seksualnie obsłużyć… Lucyfer, masz jakiś dostęp do Viagry? No trzeba będzie… bo nie damy rady, stary. 

Picusiowi wygodniej było samolotem. Poleciał do Mińska razem z Polakiem, Który Jest Też Szwedem A Mieszka W Indonezji. Ja jechałem z Lucyferem. Indoamerykanin, Ajrysz, Niemiec, Który Mówi, Że Jest Czechem i Poczciwy Polarnik mają dotrzeć nazajutrz po południu.

Wyjeżdżamy z Lucyferem o 12, droga do Terespola mija bezproblemowo. W Terespolu zostawiamy Lanosa na klepisku, które robi za parking strzeżony. W blaszanym kantorze wymieniamy złotówki na dolary i ruble białoruskie. Przecież wszyscy wiedzą, że to dziki, opresyjny kraj. Jednodolarówkami będziemy opłacać milicjantów, którzy pewnie polują na bawiących się turystów, albo Białorusinów, którzy będą chcieli nam spuścić lanie. Na bankomat pewnie nie ma co liczyć albo jest jeden w całym Mińsku. 

Pierwsza żenada. Granica. Polscy celnicy. Dziesiątki Białorusinów mających w ręku plazmy, laptopy, proszki do prania i nie wiadomo co jeszcze, zakupione w sklepach Terespola i Białej Podlaskiej. Polski pogranicznik z triumfalną miną zamykający im przed nosem o godzinie 15 przejście graniczne. Za 15 minut Białorusinom, mieszkańcom Brześcia odjeżdża pociąg. Jeden z DWÓCH (tak, dwóch) pociągów jeżdżących pomiędzy Terespolem a Brześciem. Następny pociąg za siedem godzin. To nie PRL, tylko III RP. Białorusini coraz bardziej się denerwują, krzyczą, walą w drzwi pięściami. Na pretensje skierowane do pograniczników słyszą po polsku „Zamknij ryj”. Wstyd mi, że te świnie w polskich mundurach i ja jesteśmy przedstawicielami jednej nacji. Głąby jebane! Dzięki Białorusinom, których traktujecie jak bydło, wasze miasta i miasteczka na ścianie wschodniej jako tako przędą. Jak ich zabraknie to obroty wam spadną o połowę. Przemyślenia przemyśleniami, niestety nie oddalają one perspektywy 7-godzinnego czekania na przejściu granicznym w Terespolu. Jesteśmy w takiej samej dupie jak awanturujący się, traktowani jak gówno Białorusini. Za cholerę dzisiaj nie dotrzemy do Mińska. Dotrzemy do Brześcia przy dobrych wiatrach, a tam pewnie ni hotelu ni kwatery, będziemy koczować na jakimś brudnym dworcu jak nic. Nie poddamy się jednak tak łatwo. Ja zostaję z bagażami, a Lucyfer zaczyna działać.  

Pociąg jeszcze nie odjechał, a konduktor zgodził się nas przyjąć. Pomogę też Białorusinom, zaprowadzę ich do konduktora, ale muszą zagadać sami. Kiwają głowami. Biorę mandżur mój i kolegi, a po chwili widzę, jak pięciu za mną idzie - z tymi plazmami i nie wiadomo czym jeszcze pod pachami, obładowani. Dzięki temu wiernie kopiującemu moje ruchy pięcioosobowemu ogonowi, czuję się jak dowódca. Jak hetman dowodzący białoruskim pułkiem! Zaczyna mi się to podobać i mija niesmak spowodowany chamstwem polskich pograniczników.  

W końcu jest odpowiedni pociąg. Lucyfer przyjaźnie wychyla się z wagonu. Uśmiecha się, dotargałem mu jego toboły. Na szczęście na peronie jest polski funkcjonariusz. Po 30 sekundach ja i Lucyfer jesteśmy już po odprawie paszportowej i mogę wbijać się do pociągu Wiedeń - Moskwa przez Terespol i Mińsk. Rosyjski konduktor uśmiecha się przyjaźnie i wskazuje wolny przedział. O żesz ty kurwa! Czysty, schludny, jasny, dwuosobowy przedział z dwiema kojkami, własną umywalką, szafą na ubrania i klimatyzacją. No to za Bugiem bieda po prostu aż piszczy! Po chwili konduktor dokwaterowuje nam jednego z Białorusinów, którzy szli za mną. Chyba załapali się wszyscy. Po drodze dokwaterowany ze swadą opowiada dowcipy o Łukaszence i w ogóle nie jest przestraszony tym faktem. Przecież w TV mówili, że za to od razu idzie się do pierdla. Biedny Białorusin nie wie jak bardzo naraża się systemowi. Po chwili wiem, dlaczego konduktor tak szeroko się uśmiechał „bilet” kosztuje 15 euro od łebka. 15 euro?! z Terespola do Brześcia. Raptem 5 kilometrów. Tyle, że to pięć kilometrów przez granicę państwową, której nie można przekraczać w inny sposób. Granica po stronie sąsiadów: opresyjny białoruski reżim zatrudnia bardzo atrakcyjne, a w dodatku miłe funkcjonariuszki. Pewnie specjalnie taki trick, Anne Chapman, która szpiegowała w USA, też była spoko. 

W zasadzie niewiele się zmienia. Tylko pociąg staje w szczerym polu. Przemiły konduktor informuje, że będzie tak stał jeszcze ze dwie godziny bo szersze tory i podwozie trzeba wymienić i że chętni mogą na piechotę dojść po torowisku do stacji. Podoba mnie się. W sumie komunikat normalny i rozsądny i nic nadzwyczajnego, tylko mnie po europejsku ogłupiałemu wydaje się on jak z innej planety. To normalnie puszcza wcześniej ludzi, żeby sobie doszli wzdłuż torów na piechotę, zamiast tkwić 2 godziny w pociągu? Niesamowite… U nas miałby już sprawę sadową, no bo jak to tak- puścić dorosłego, samodzielnego człowieka na torowisko? Zaraz biedny, pocieszny idiota wpadnie pod pociąg, nogi sobie połamie o podkłady albo włoży łeb do transformatora… Ech, dobrze że „Bezpieczną Europę”  zostawiliśmy parę kilometrów dalej, bo byśmy jajo znieśli w tym pociągu… dla naszego dobra oczywiście. 

No i idziemy dobry kilometr a przed i za nami Białorusini przeskakujący przez tory i inne przeszkody z tymi plazmami, proszkami do prania i masą innych tobołów. Na dworcu czysto, schludnie, normalne wyświetlacze i… normalni ludzie oraz normalnie działający bankomat. A my głupki wymieniliśmy złotówki na dolary, żeby teraz znów płacić prowizję za druga wymianę, ech… Bezbolesne kupno biletu w kasie, parę piwek w dworcowej Kafe, jeszcze szybko do toalety, bo nie wyrobię. Przygotowuje się zawczasu na horror dla zmysłów. Tymczasem szok! Kibel! Jest kibel, a nie dziura w podłodze, jak to na wschodzie! Kibel normalny, czysty… europejski. Papier wrzucasz do sedesu. Białoruś jest bardziej europejska niż Rosja czy.. Grecja gdzie obowiązuje „bizantyjska kanalizacja” i papier trzeba wkładać do kosza obok kibla, bo inaczej rury by się zapchały. Po drodze jeszcze parę piwek i telefoniczny kontakt z Picusiem. Mówi, że lotnisko w Mińsku jak Okęcie w „Zmiennikach”, czyli przylatują trzy samoloty na dobę.  Ale ogólnie git. 

Pociąg do Mińska przyjeżdża punktualnie, tak jak punktualnie odjechał z Brześcia. Dworzec w Mińsku czysty, schludny, ładny, klasyczny, z mnóstwem różnych sklepików i innych stoisk w większości o tej porze dnia a raczej nocy (jest 23)- nieczynnych. Picuś dzwoni, że zaraz będzie, bo taksówkarz zajechał nie z tej strony. A ja myślę, że taksówkarz na pewno wiedział z której strony, tylko z lekka chciał nas podymać. Czekamy koło ogromnej choinki. Ze zdziwieniem stwierdzam, że „ostatnia dyktatura Europy” ma całkiem nowy tabor komunikacji miejskiej. Może nie ultranowoczesny, ale porządny, a na ulicach jeżdżą praktycznie same zachodnie samochody. Cholera, przecież nie tak to miało wyglądać… Czuje się jak frajer, że uwierzyłem w medialny obraz Białorusi, w której piorą w rzece i jeżdżą furmankami.  

cdn 

Tagged:
minsk
sylwester
Vice Blog
Białoruś
Łukaszenka
milicja