FYI.

This story is over 5 years old.

Μόδα

​Odwiedziliśmy toruńskie zagłębie lumpeksów

Pan Antoni, wytrawny lumpeksowy szperacz, przyznał się do posiadania co najmniej dwóch garniturów marki BOSS, zakładanych na specjalne okazje
Wszystkie zdjęcia: Kamila Korońska

O lumpeksach wiemy już sporo – są one nie tylko przedmiotem dyskusji blogerów modowych, ale także wizualnym manifestem, przypisywanym fali hipsterskiej pozerki. Te w „zagłębiu lumpeksów" w Toruniu nie różnią się niczym od pozostałych, poza tym, że od ponad dwudziestu lat oblegają jedną i tę samą ulicę w części miasta, gdzie niejeden mieszkaniec pożegnał się z portfelem, deskorolką czy rowerem.

Drugie życie rzeczy – fenomen lumpeksów

Ubrania nazywane vintage, retro, czy oldskulem, poza byciem tanią alternatywą dla ludzi interesujących się modą, odwołują się do pewnej nostalgii – ciągle aktualnej w wielu społeczeństwach przemysłowych, do niedawna jeszcze nieświadomych hiperkonsumpcji.

Reklama

Second handy przestają być miejscami, o których się nie mówi, bo trochę wstyd. Ich obraz zmienił się w część składową miejskiej tkanki. Miało to swój wpływ na funkcjonowanie tych sklepów. Ubrania są eksponowane przez sprzedawców już nie tylko na witrynach sklepowych, ale również przed nimi.

Drugie życie, nie zawsze musi oznaczać recycling – w niektórych przypadkach jest to nawet upcycling, czyli w tym wypadku tworzenie kreacji, wystroju, który dla kupujących ma nową, wyższą wartość. To wszystko skupia się w toruńskim „zagłębiu lumpeksów", które postanowiłam odwiedzić.

Aleja Lumpeksów

Nie jest to jeszcze „Bułgarskie centrum hujozy", o którym śpiewał Grabarz – ani żadne polskie Detroit, bo cienie szansy na sensowną rewitalizację tego miejsca są wciąż żywe. Bydgoskie Przedmieście – to miejsce, które dzisiaj wielu mieszkańcom Torunia kojarzy się przede wszystkim z szarżującymi chuliganami i potłuczonymi szybami w oknach wystawowych. Wiem to, bo się tutaj wychowałam.

Szemrane interesy w bramach, alkoholizm, napady rabunkowe są stałym elementem krajobrazu. Dlatego przedmieście, z jednej strony może być traktowane jako podręcznikowy przykład erozji środowiska miejskiego, a z drugiej jako tętniący życiem pchli targ, gdzie wypadające z obiegu przedmioty dostają swoją drugą szansę.

Słynny pasaż second handów od ponad dwudziestu lat mieści się przy ul. Mickiewicza, która w okresie międzywojennym w dużej mierze zamieszkiwana była przez urzędników państwowych i wojskowych, należących do tzw. inteligencji. Osiedle miało renomę eleganckiego i prestiżowego. Po wojnie puste mieszkania (wcześniej przejęte przez Niemców) zajmowała ludność napływowa i beneficjenci ochrony społecznej. Miasto szczędziło nakładów na komunalne budynki, a te niszczały.

Reklama

Dziś blask jej dawnych czasów można podziwiać jedynie z głową podniesioną odpowiednio wysoko, ze wzrokiem utkwionym w fasadach zabytkowych kamienic.

Na parterze tych budynków, jak dzika roślinność wyrastają sklepy z odzieżą używaną. Jest ich tam ok. 20 lokali. Jeśli znikają, to tylko na jakiś czas, bo za chwilę w pustych witrynach pojawiają się kolejne towary.

Jak mi to wytłumaczył Marcin Zalewski, pracownik Domu Kultury Bydgoskie Przedmieście, spirala lumpeksów rozkręca się za sprawą tych samych mechanizmów odpowiedzialnych za fenomen, który można by opisać jako kebab effect – założenie jednej niewinnej budki z kebabem często skutkuje pojawieniem się kilku kolejnych. Najwyraźniej w tym szaleństwie jest jednak metoda.

„Interes second handów jest lukratywny dla osób, które marzą o własnej działalności, ale nie chcą podejmować dużego ryzyka i dysponują niewielkim kapitałem. Nie chcę wchodzić w pozycję wyroczni socjologicznej, bo nią nie jestem, ale pewnie dlatego lumpeksy głównie prowadzone są przez kobiety, których pozycja na rynku pracy wciąż nie jest tak stabilna, jak mężczyzn" – podsumowuję Zalewski.

W najgorszym wypadku taka inwestycja kończy się setkami kilogramów niesprzedanych ubrań, które potem można opchnąć innym, lepiej prosperującym sklepom. Równie prosty wydaje się biznesplan. Jeden rzut okiem na nawyki konsumenckie tej części miasta i można śmiało ubierać manekiny w ciuchy z dużych europejskich krajów. Konkurencja jest, i to nie mała, ale nikt się tym nie przejmuje, bo chętnych na grzebanie w stertach ubrań nie brakuje.

Reklama

Droga do zagłębia

W Toruniu droga do lumpeksowego zagłębia była raczej krótka. Z relacji mieszkańców wynika, że pierwsze „ciucholandy" w tym miejscu powstały zaraz po transformacji i były niejako substytutem upadających Pewexów. Coś musiało zastąpić tę „enklawę nowoczesności i bogactw". Jeden z pierwszych mieścił się w starym kinie Bałtyk, a drugi w mniej prestiżowym, poniemieckim zatęchłym budynku w dawnej „składnicy".

Geneza była ta sama, co w innych miastach. Zapotrzebowanie na „zagraniczne" ubrania pozostało, a skoro wrota rynku nagle otworzyły się na oścież, to sprowadzano co popadnie. Second handy były więc doskonałą receptą na ówczesne kompulsywne nastroje. Oferowały to, czego ludzie chcieli najbardziej – zagranicznych towarów, po przystępnej cenie. Bo zagraniczne, nieważne w jakiej formie, nadal było cool.

Jak wspomina Aneta, aktualna pracowniczka lumpeksu Kopciuszek: „Klientów w tamtych czasach nie brakowało (chociaż nadal jest ich sporo) a sam proces kupowania przypominał raczej „naloty" niż zakupy, w których ludzie rzucali się na kontenery z ubraniami. Teraz w second handach jest spokojniej, „tak jak w normalnych sklepach" – podkreśla. Trudno jednak powiedzieć, czy to sposób kupowania się zmienił, czy może jednak natężenie sklepów na jednej ulicy daje iluzję centrum handlowego, po którym można się spokojnie przechadzać.

Od początku lat 90. zmienił się także sposób, w jaki postrzegane są te sklepy, na to uwagę zwróciła kolejna pracowniczka – Karolina: „Nie widzę żadnej różnicy między lumpeksami a innymi sklepami odzieżowymi. Dawno, dawno temu to faktycznie był jakiś obciach, nikt nie chciał chodzić w rzeczach używanych, bo każdy myślał, że są gorszej jakości, no bo wiadomo – były to rzeczy używane. Ale teraz bardzo duży procent ludzi myśli, że znajdzie tutaj coś oryginalnego, jakieś perełki, rzeczy naprawdę unikatowe, które można ze sobą fajnie połączyć. Poza tym jest to też propagowane w mediach. Styliści, bardzo często podpierają się rzeczami właśnie z second handów".

Reklama

To by tłumaczyło, dlaczego niektórzy kupujących w lumpeksach nie mają żadnych skrupułów przed zaopatrywaniem się w nich na wielkie uroczystości, tak jak pan Antoni, wytrawny lumpeksowy szperacz, który przyznał się do posiadania co najmniej dwóch garniturów marki BOSS, zakładanych na specjalne okazje.

Vintage tylko do wyszperania, czyli ucieczka od gentryfikacji

Nagromadzenie tego typu sklepów na jednej dzielnicy nie powinno jednak kojarzyć się z biedą. Wręcz odwrotnie, ul. Mickiewicza przyciąga wiele osób, przez to bergsonowskiego „pędu życiowego" w tej części miasta, nigdy nie brakuję. Sklepy mają swoich stałych klientów, ale ich domeną jest głównie różnorodność, co przyciąga rzeszę różnych klientów.

Chociaż część mieszkańców Bydgoskiego Przedmieścia narzeka na brak lokalów usługowych, w których można by wypić kubek kawy i poczuć się jak „u siebie", to niewątpliwie specyfika osiedla ma też swoje plusy. Jak twierdzi Marcin Zalewski: „To nie są hipsterskie sklepy ani tym bardziej dzielnica. Ale hipsterzy i tak przychodzą i jeszcze się bardziej z tego cieszą. Bo gdyby to były sklepy typu vintage, to nikogo by nie było na nie stać. Ani hipsterów, ani biedaków".

Próba zmiany charakteru dzielnicy nie zawsze musi być pozytywna. Zdarza się, że biedne dzielnice z potencjałem padają ofiarą deweloperów, którzy przez prestiżowe inwestycje i działania na rzecz poprawy warunków życia, przekształcają je powoli w strefy zamieszkiwane wyłącznie przez mieszkańców o wysokim statusie społecznym. To zazwyczaj oznacza koniec „autentyczności" i „różnorodności" tych miejsc, czyli dokładnie tego, czego źródłem są np. lumpeksy. I chociaż nie musi być nic złego w chronionych, czystych i zadbanych miejskich ośrodkach, to trzeba przyznać, że, od zawsze ludzkie interakcje zawiązywały się w obrębie rynku. Miejsca, gdzie mieszkańcy mogli się spotykać, wymieniać swobodnie towarem, gdzie kwitł handel i rozrywka, były zawsze kluczowe dla rozwoju miasta. Zagłębie lumpeksów w Toruniu wydaje się przeobrażonym reliktem takiego rynku, który w przeciwieństwie do centrów handlowych, oferuję dobrą cenę, jakość i pewien procent dobrej zajawy.