Jak wygląda życie w trasie
Udany day off w Budapeszcie

FYI.

This story is over 5 years old.

muzyka

Jak wygląda życie w trasie

Rocznie przejeżdżam z zespołami ok. 100 tysięcy kilometrów. Jeżeli zespół potrzebuje mnie na scenie, staję się technicznym na pół etatu. Nie zamieniłbym pracy na żadną inną. Daje mi wszystko, czego potrzebuję

Udany day off w Budapeszcie.

Wiele osób uczęszczających na koncerty nie dostrzega pracy tour managerów, technicznych czy kierowców, którzy bezpiecznie dowożą zespoły na miejsce. Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się, jak wygląda codzienne życie waszej ulubionej kapeli w trasie, to o tym i paru innych rzeczach opowie Pacior – tour menager/kierowca/techniczny m.in. takich zespołów, jak: Touche Amore, PianosBecome The Teeth, Full Of Hell i wielu, wielu innych.

Reklama

Vice: Skąd pomysł na takie zajęcie?
Pacior: Pomysł był już, kiedy organizowałem koncerty hardcore/punk w Gdyni, gdzieś tak od 2003 roku. Najpierw polskim zespołom, a potem zacząłem zapraszać coraz większe kapele z USA. Wtedy poznałem kilku kierowców, tour managerów czy „merchowców". Powiedziałem sobie – „Wow! Fajnie by było czymś takim się zająć!". No, ale w międzyczasie skończyłem studia i zostałem rzecznikiem prasowym Arki Gdynia, więc pomysł powędrował na półkę. Po jakimś czasie jednak wyrzucono mnie ze wspomnianej pracy i wtedy postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę. Kupiłem pierwszego, używanego Vana. Niestety był to 100% falstart. Co się stało?
Nie znałem się na motoryzacji tak dobrze i kupiłem totalne gówno, ale dobrze opakowane. Koszta, jakie generował legendarny VW, spowodowały, że prawie na starcie pogrzebałem marzenia o podboju europejskiego tour service. Na szczęście, po jakimś czasie udało mi się stanąć na nogi, kupiłem nowego Sprintera i sprawy nabrały tempa.



Jak długo się tym zajmujesz? Czy liczyłeś przejechane kilometry?
Próbowałem ostatnio je zliczyć, ale nie jestem w stanie podać konkretnej liczby. Najłatwiej chyba to uśrednić i w szczytowym momencie było to jakieś 115 tysięcy, a obecnie jest to około 100 tysięcy rocznie, których sam osobiście z zespołami przejeżdżam jako kierowca.

Jak wygląda twój typowy dzień w trasie?
Budzę się jako pierwszy i pukam do wszystkich pokojów hotelowych. Sprawdzam, czy wszyscy już wstali i czy nikogo nie brakuje. Potem jakieś śniadanie, jeśli jest na to czas. Jeśli nie ma czasu, ruszamy w drogę. Z reguły w klubie musisz być kilka godzin przed koncertem. Oczywiście wszystko zależy od wielkości trasy oraz naszego miejsca w jej hierarchii. Jeśli jadę z headlinerem to musimy być w klubie ok. godziny 13-14, żeby się rozładować i zagrać próbę jako pierwsi. Wtedy jest czas, żeby zjeść, rozstawić merch. Zespoły tuż po soundchecku mają zazwyczaj poumawianie wywiady czy sesje zdjęciowe, których harmonogram układam wcześniej przez maila. Pilnuję czy wszystko przebiega zgodnie z planem i jeśli tak jest, to mamy już relaks, więc z reguły szukamy jakiejś dobrej wegańskiej knajpy albo kawiarni i tam się udajemy. Odkąd pojawił się Uber jest nam o wiele wygodniej, bo nie tracimy godziny na spacer w dwie strony.

Reklama

A co w trakcie występu?
Jeżeli zespół potrzebuje mnie na scenie, to też jestem gdzieś z boku i obserwuję czy coś się nie chrzani. Staję się wtedy technicznym na pół etatu, czyli jak się komuś wypnie kabel ze wzmacniacza czy gitary albo zerwie pasek, wtedy pojawiam się ja. Staram się, żeby nic nie dekoncentrowało zespołu i żeby mogli skupić się tylko na koncercie. Po prostu oczy dookoła głowy i taśma techniczna pod ręką. Po koncercie pakowanie gratów, liczenie merchu, uzupełnianie plików excelowskich i godzina lub dwie jazdy do hotelu, który wcześniej zabukowałem. Staram się też zawsze pokazać chłopakom trochę Europy, a moje wykształcenie historyczne cenię sobie w momentach, kiedy mogę opowiedzieć coś ciekawego. O dziwo, kapele bardzo to lubią.

Z Polski, o Polsce i dla Polski. Polub nasz nowy fanpage VICE Polska

Jesteś z niektórymi zespołami długo i część z nich w tym czasie stała się dość popularna. Czy zauważyłeś wśród swoich podopiecznych syndrom „zerwanego dekla"?
Nie, na szczęście zespołom, z którymi współpracuję, to się nie zdarza. Np. Touche Amore, z którymi jestem od 2011 roku, czyli od ich drugiej europejskiej trasy – od której tak naprawdę stali się dość znani, a po której przyszła trasa z Rise Against, gdzie graliśmy dla kilkunastu tysięcy ludzi – wtedy wzrost popularności i kariera zespołu ewidentnie przyspieszyła, a mimo to beretów im nie zerwało.

Architects w Londynie, rok 2015.

Popularność ich nie zmieniła?
Mam nawet wrażenie, że choć są bardziej świadomi swojej wartości i nabrali pewności siebie, to są jeszcze skromniejsi i zdystansowani do swojej przygody muzycznej. Możemy sobie pozwolić teraz na więcej – nie musimy spać na podłodze u ludzi, możemy co noc wziąć jakiś skromny hotel lub hostel, możemy wypłacać sobie diety dziennie, ewentualna sytuacja kryzysowa nie będzie już zagrożeniem dla trasy. Mamy też większe zaplecze logistyczne w postaci managera i jego asystentów lub agenta bookingowego i jego asystentów. Jedyne co się w ich przypadku zmieniło to, że zespół mniej imprezuje, stara się mieć więcej spokoju i przestrzeni. A ja dbam o to, by to dostawali.

Reklama

Pierwsza wizyta w Grecji.

Ok, czyli jesteś ich niańką?
Tak! Zespoły nawet mówią na mnie „Papa Kris", ale to właśnie od tego, że staram się o wszystkich zadbać. Będąc daleko od domu, na kontynencie odmiennym kulturowo, gdzie bariera językowa często jest… irytująca, dobrze jest mieć piorunochron, kogoś, kto przyjmie wszystkie strzały na siebie. Moja wschodnioeuropejska szczerość i brak owijania w bawełnę w kontaktach z organizatorami czy psycho fanami jest doceniana przez członków kapel.

Bywasz nadopiekuńczy?
Jak któryś z chłopaków zakocha się w trakcie koncertu, to muszę mieć pewność, z kim wyłazi. Zawsze sprawdzam, czy jest zabezpieczony, biorę również adres i telefon do wybranki. Muszę wiedzieć z kim i gdzie jest. Jak nie wróci, bo ktoś go zabije, wiemy gdzie go szukać (śmiech).



Czy byłeś kiedyś świadkiem rozpadu zespołu na trasie? Czy jeśli jest jakaś konfliktowa sytuacja, to wchodzisz pomiędzy zwaśnione strony i próbujesz zażegnać kryzys?
Amerykanie są świetni w byciu pasywnie agresywnym. U nas ta werbalna agresja szybko znajduje ujście, lecą iskry, ale po chwili jest spokój. Nastąpi wyładowanie i oczyszczenie atmosfery. Amerykanie potrafią trzymać w sobie jakiś problem długo i za każdym razem, gdy go zapytasz, czy wszystko ok, on odpowie, że tak — chociaż widzisz, że od środka się gotuje. Nie mieszam się w politykę zespołów, to nie jest moja bajka, a jeśli ktoś zaczyna się kłócić publicznie, to tylko staram się, żeby nie widzieli tego inni.

Reklama

Najlepszy dzień na trasie?
To zależy czy chodzi dzień wolny od koncertu tzw. DAY OFF, czy dzień koncertu? Najlepszy dzień na trasie jest na przykład, kiedy po 8 ciężkich koncertach masz dzień wolny i możesz iść sobie na dobrą kawę, zjeść coś fajnego – popływać w jeziorze czy odwiedzić aqua park. Wydać trochę kasy na płyty w jakimś fajnym sklepie. A jeśli chodzi o koncert, to najlepszym jest taki dzień, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem i widzisz super zabawę wśród publiczności, co też przekłada się na kupę sprzedanego merchu. Wtedy na adrenalinie wracasz do hotelu i przed snem przeglądasz na Instagramie zdjęcia z imprezy. To jest udany dzień.

Twitching Tounges load out, rok 2012.

Dla równowagi, jak wygląda ten najgorszy?
Jedziemy 15 godzin, by dowiedzieć się, że na miejscu wszystko jest opóźnione, organizator jest niemiły, a akustyk słabo rozmawia po angielsku lub jest obrażony. Ty robisz się tym wszystkim zmęczony i sfrustrowany i również stajesz się niemiły, więc zaczynasz wkurzać wszystkich w koło. Na koniec dojeżdżasz na nocleg, który okazuje się kompletną porażką i nie działa WiFi – a to już jest prawdziwy dramat.

Brak internetu?
Chłopaki nie mogą skontaktować się z rodzinami, a ja nie mogę wykonywać swojej pracy.

Touche Amore Dortmund, rok 2012.

Jesteś w trasie znaczną część roku. Czy zdarzają się momenty, że masz ochotę to wszystko rzucić?
Nie, nigdy tak nie myślałem, ale z reguły pod koniec roku jestem trochę wypalony psychicznie i fizycznie. Właśnie złapałeś mnie w takim momencie, kiedy już mi się trochę nie chce i marzę o tropikalnych wakacjach, na których nigdy nie byłem (śmiech). Mam jeszcze niespełna dwutygodniową trasę przed sobą i nie jestem tym zbytnio podekscytowany. Zawsze przychodzi ten moment, że już trochę tęskni się za domem, dziewczyną, psem i rodzicami. Po prostu za swoim miejscem, swoim łóżkiem, graniem w piłkę z kolegami. Swoją pracę bardzo lubię i nie zamieniłbym jej na żadną inną. Daje mi ona wszystko, czego potrzebuję. W Polsce miałbym problem ze znalezieniem roboty, mimo że mam wyższe wykształcenie i nieskromnie mówiąc, jestem raczej niegłupim gościem.

Dortmund 2012, Rise Against + Touche Amore, rok 2014.