VICE Czyta

Byłem milicjantem w stanie wojennym, potem spotykałem się z mafią

„Pierwszej nocy postawili nas wszystkich w oknach z pistoletami maszynowymi w oczekiwaniu na ludzi, którzy mieli nas przyjść powiesić. I ci ludzie rzeczywiście na nas szli" – mówi Ryszard Cichy, autor książki „Naprędce napisana historia"

tekst Maciek Piasecki; zdjęcia: Mikolaj Maluchnik
20 Sierpień 2015, 11:26am

Ryszard Cichy, fot. Mikołaj Maluchnik

VICE: Zacznijmy od początku. Jak pan trafił do służb mundurowych pod koniec lat 70.?
Ryszard Cichy: Skończyłem studia na wydziale resocjalizacji, oprócz tego studiowałem psychologię – miałem propozycję zostania na uczelni, publikowałem, jakaś kariera naukowa się szykowała. Ale całe życie marzyłem, żeby być gliną. Wszystko, co robiłem w młodym życiu: sport (uprawiałem karate, byłem instruktorem), języki – myślałem, że to pomoże mi zostać świetnym gliniarzem. Każdy z nas ma ideały – moim było pomaganie słabszym, obrona tych, którzy tego potrzebują. Jak się okazało, moje wyobrażenia były bardzo wyidealizowane.

Pierwsze kroki po ukończeniu studiów skierowałem do komendy stołecznej Milicji Obywatelskiej: „Dzień dobry, chcę u was pracować". Zaczęła się skrupulatna procedura, prześwietlanie dwóch pokoleń do tyłu, sprawdziany zdrowotne i psychologiczne. Trafiłem do wydziału kryminalnego, do służby dochodzeniowo-śledczej. Spełniło się moje marzenie – miałem łapać bandytów! Nie brałem jednak pod uwagę uwarunkowań instytucjonalnych, Partii...

No właśnie – czy was, młodych chłopaków, którzy wstępowali do MO, nie odstręczała trochę ta instytucja? Nie zwracaliście uwagi na to, że milicja brutalnie rozpędza opozycyjne manifestacje?
Nie przyjmowałem tego w ogóle do wiadomości. Mundur włożyłem tylko dwa razy, raz do zdjęcia i raz podczas promocji. Dla mnie biegający po ulicach i pałujący zomowcy to była abstrakcyjna sprawa, nikt mnie do tego nie zaprzęgał – ja nosiłem tajemniczą legitymację, która otwierała mi wszystkie drzwi, prowadziłem śledztwa, szkoliłem się w dziedzinie kryminalistyki i technik operacyjnych, czyli tego, co jest potrzebne do łapania bandytów.

Jakie były wasze relacje z tymi, których widać na archiwalnych filmach, jak rozprawiają się z demonstrantami?
W zasadzie żadne, my się prawie nie stykaliśmy. Oni mieli swoje odprawy, swoje siedziby, swoje samochody. Mnie na studiach nie interesowała polityka, nie wstąpiłem do Partii, miałem swoje zasady i swój cel: walczyć z przestępczością. Tak się oczywiście nie dało. Przyszedł stan wojenny. 13 grudnia wszystkich bez wyjątku, bez względu na to, czy nosili garnitur czy mundur, rzucono na miasto, by internowali opozycjonistów.

Nie wiedziałem, kogo jadę internować, po co, ani nawet co to jest ten stan wojenny. Dostaliśmy metrowe łomy i ustne pełnomocnictwa do tego, by zrobić z drzwiami co chcemy. To jedna z historii, które opisałem w książce. Opatrzyłem ją klauzulą, że wszystkie postaci są fikcyjne, ale każda z nich jest zainspirowana przez rzeczywistą osobę, podobnie ze zdarzeniami – zostały jedynie sfabularyzowane.

Ryszard Cichy w czasach, kiedy trenował sztuki walki. Archiwum prywatne.

Czyli w tej – fabularyzowanej przecież – książce znajdziemy możliwie prawdziwy obraz czasów?
Tak, i napisałem tak wiele rzeczy, których nigdy nikomu nie powiedziałem – w końcu minęło już kilkadziesiąt lat. Poza tym, już w wolnej Polsce, spotkałem człowieka, którego internowałem i który wtedy został członkiem rządu (kto przeczyta książkę, ten raczej nie będzie miał wątpliwości, o kogo chodzi) – weszliśmy na siebie przypadkiem, on wtedy powiedział: „To pan". „Tak, to ja" – mówię. Na chwilę stanęło mi serce. On odrzekł: „Napijmy się. Pan wtedy był bardzo kulturalnym facetem". Napiliśmy się wspólnie, to było nasze ostatnie spotkanie, ten człowiek już nie żyje niestety. Nie wszyscy mieli to szczęście, żeby przeżyć to drugie spotkanie.

I pewnie nie wszyscy byli kulturalnymi facetami podczas pierwszego.
Tak... Nie wszyscy mieli to szczęście, że przeżyli drugie spotkanie i nie zostali opluci, nie dostali w gębę. To było strasznie trudne. W książce chciałem, przynajmniej częściowo, pokazać pokoleniu moich dzieci rzeczy dla niego już niewyobrażalne. Mówiąc o stanie wojennym, gloryfikujemy tylko jedną stronę. Byli bohaterowie, którzy walczyli o wolność...

... i ci, którzy stali z ZOMO. To obowiązująca dziś retoryka.
Ci ludzie obalili kretyński, zły, podły, nieludzki ustrój związany ze Związkiem Radzieckim. To się zgadza, ja się z tym zgadzam, bardzo dobrze, że nazywamy ich bohaterami. Tylko że pierwszej nocy postawili nas wszystkich w oknach z pistoletami maszynowymi w oczekiwaniu na ludzi, którzy mieli nas przyjść powiesić. I ci ludzie rzeczywiście na nas szli. Na dachu stał ciężki karabin, taki na dwóch nóżkach. Faceci na dachu tam siedzieli i zakładali amunicję.


Wieści ze wszystkich stron barykady. Polub fanpage VICE Polska, żeby być z nami na bieżąco


Na szczęście nie doszło do otwarcia ognia. Tłum nie doszedł do jednostki. Proszę to sobie wyobrazić – nie jest pan w Partii, wykonuje pan dobrze swoją robotę, naraża życie dla społeczeństwa, a nagle dają panu skrzynkę z pachnącym smarem pistoletem maszynowym, stawiają w otwartym oknie na mrozie i mówią, że jak będzie szedł tłum, to strzelać. Ktoś zapytał, co będzie jak nie wykona rozkazu? „Będziesz sądzony przed sądem wojennym na Cytadeli" – brzmiała odpowiedź. Trudno to sobie wyobrazić, siedząc w 2015 r. w kawiarni. Umie pan?

Ryszard Cichy dziś. Fot. Mikołaj Maluchnik

To nie jest tak, że to już zamierzchła przeszłość, że to się już nigdy nie wydarzy. Na Bałkanach 20 lat temu, czy niedawno na Ukrainie, to mogło wyglądać podobnie. Co było dalej i dlaczego nie zaczęliście strzelać?
Telefony odcięto, nas skoszarowano... mój syn miał wtedy kilka miesięcy. Nie zaczęliśmy strzelać, bo tłum idący od strony Huty Warszawa odcięła jakaś jednostka wojskowa, brały w tym udział czołgi – słyszeliśmy gąsienice i ciężkie silniki. To się nazywa „odbój alarmu". Zagrożenie minęło, ale jeden z facetów w oknie nie usłyszał komendy, że alarmu już nie ma. Ktoś podszedł do niego i klepnął go w plecy – wtedy puściły mu zwieracze. Nie był tchórzem, był doświadczonym gliną. Ja wtedy byłem młokosem. Później odmówiłem wstąpienia do Partii, więc oddalono mnie od służby. Obserwowałem, jak równolegle z przemianami gospodarczymi odbywa się transformacja w świecie przestępczym. Państwo pozbywało się fantastycznych kadr, ot tak, nonszalancko (nie mówię, że ja do nich należałem, ale odbywało się to na zasadzie – jak tak chcesz, to spadaj) – to byli świetnie wyszkoleni ludzie, którzy nie potrafili funkcjonować bez broni i oparcia w strukturze siłowej.

Jak wygląda praca tajniaka z wydziału narkotykowego? Przeczytaj w naszym reportażu.

Co się stało z tymi ludźmi?
Poszli do mafii. Zaczęli tworzyć swoją mafię. Zaczęli wypierać bandytów, którzy wcześniej nie mieli nic wspólnego ze służbami mundurowymi, zajęli ich miejsce.

Jak zmieniło to charakter przestępczości w Polsce? Czym różni się ta dzisiejsza od tej, z którą walczył pan 35 lat temu?
Przestępczość cały czas się udoskonala, nabiera coraz lepszych kadr doradczych. Dziś już nie ma przestrzeliwania kolan ani demolowania lokali kijem bejsbolowym w celu wyciągnięcia haraczu. To jest passé – ale nie dlatego, że nie przynosiło pieniędzy, po prostu ogromne pieniądze są gdzie indziej. Zdobywa się je, kontrolując bardzo dochodowe strefy życia gospodarczego – bierze się świetnie wyszkolonych ludzi, daje się im zaplecze siłowe, opiekę, tzw. parasol, i jest się o wiele bardziej bezwzględnym niż dawni mafiozi, który przecież uchodzili za synonim bezwzględności. Dopiero dzisiejsza mafia, ze świetnie wykształconymi ludźmi, często pochodzącymi ze służb, jest naprawdę bezwzględna. Poznałem w życiu dużo takich osób, wysoko postawionych – oni wcześniej służyli w jednostkach antyterrorystycznych, albo zakładali CBŚ.

Okładka książki. Proj. Klara Cicha.

A pan, co robił po tym, jak oddał legitymację? Bo rozumiem, że nie trafił pan do mafii?
Zająłem się ochroną. Miałem do tego świetne kwalifikacje, znałem ludzi, państwo uznało, że do końca życia powinienem być uzbrojony, dając mi pozwolenie. Rozwijałem w Polsce sztuki walki, utworzyłem pierwsze stowarzyszenie kung-fu. Skupiłem wokół siebie świetnych sportowców. Powstawały wtedy pierwsze kluby, np. Ground Zero, gdzie byłem szefem bramki. Przyjeżdżali tam wielcy mafiozi, lubił się bawić u nas Nikoś, ludzie z Pruszkowa, którzy albo nie żyją, albo są świadkami koronnymi. Nosiłem to wiele lat, moje życie się zdemilitaryzowało. Postanowiłem spisać historie inspirowane (tu następuje porozumiewawcze spojrzenie) tymi doświadczeniami, moje dzieci i znajomi stwierdzili, że trzeba to opublikować. Rzeczywiście, po zamieszczeniu książki na moim blogu w bardzo krótkim czasie czytało ją 14 tys. osób. Wtedy stwierdziliśmy, że trzeba znaleźć dla niej wydawcę.

Kim jest bohater tej książki?
Jest zwykłym gliną, tyle że ma bardzo wielowarstwową psychikę i rozbudowane morale.

To były cechy, które pomagały w pracy milicjanta?
W tamtej rzeczywistości bardzo przeszkadzały, czasem uniemożliwiały pracę. To było wyróżnianie się, inność. Teraz pewnie też dąży się do unifikacji, jak w każdej służbie. Ludzie nie widzą tego, co się dzieje wewnątrz komend i podobnych instytucji.


Jak militaryzuje się amerykańska policja? Zobacz dokument VICE on HBO:


Pan to wciąż obserwuje?
Tyle o ile. Spotykam czasem kolegów, którzy nadal tam są, albo którzy byli tam dłużej. Z tego co się dowiaduję, to w swojej istocie ta organizacja nigdy nie będzie mogła reprezentować zupełnej czystości moralnej. Serialowy Kojak kiedyś powiedział, że jak się robi w gównie, to trudno nie zabrudzić sobie rąk po łokcie. Chciałem zwrócić na to uwagę, nie pisać powieści sensacyjnej w stylu „zabili go i uciekł".

Co chciałby zmienić pan tą książką?
To, co powiem, może brzmieć jak donkiszotera... Kiedy oglądam film o św. Jerzym Popiełuszko, to ogarnia mnie wstyd za tamten czas. Nie dlatego, że miałem z tym osobiście cokolwiek wspólnego, ale jednak nosiłem, nawet jeśli tylko symbolicznie, ten sam mundur. Wstyd mi, że bylem członkiem tej formacji. Ale z drugiej strony czuję, że potrafiłem jednak zachować kręgosłup moralny, i znam więcej takich idealistów. Może należy zmienić stereotyp myślenia o tamtych ludziach, tych po drugiej stronie barykady? Jeżeli jednemu na tysiąc czytelników otworzy się taka klapka, pomyśli, że ci ludzie też mieli sumienia, też cierpieli, może wcale nie szli do milicji, żeby – za przeproszeniem – napieprzać robotników. Że byli też tacy, którzy wykonywali strasznie ciężką służbę.

To nie było czarno-białe. Sam nigdy nie chciałem oceniać w jednoznaczny sposób ludzi, tego samego starałem się nauczyć swoje dzieci. Jednak kiedy chciałem ochrzcić swojego syna, ksiądz zapytał mnie, czym się zajmuję. „Jestem milicjantem" – odpowiedziałem. Odmówił mi wtedy sakramentu. Jego też nie chcę osądzać, widziałem tego człowieka dwa razy w życiu. Ale jednak chciałbym odczarować ten wizerunek. Nie gloryfikować, bo jak mówię, jest mi niejednokrotnie wstyd za takie kurestwa, jak morderstwo Popiełuszki. Nie zmienia to faktu, że poszedłem do Milicji, aby spełniać swoje marzenia. A że marzenie okazało się polukrowanym szambem? Jestem pewien, że i dziś się to zdarza.

Ilustracja do książki autorstwa Stanisława Gajewskiego.