Reklama
Kultura

Gandhi był rasistą, który zmuszał dziewczynki do spania z nim

Gandhi zaczął rozwijać w sobie mizoginię. Gdy w RPA pewien młody mężczyzna napastował seksualnie dwie jego zwolenniczki, Gandhi siłą obciął im włosy, by już więcej nie prowokowały mężczyzn

tekst Mayukh Sen, tłumaczenie: Robert Kamionek
06 Styczeń 2016, 6:58am

Gandhi w 1942. Zdjęcie: Getty Images.

Tekst pojawił się pierwotnie w Broadly.

Bądź tym zadufanym mizoginem, którego pragniesz ujrzeć w świecie.

W sierpniu 2012 roku, niedługo przed 65. rocznicą Dnia Niepodległości Indii, Outlook India, jedno z najpopularniejszych hinduskich czasopism, opublikowało wyniki wielkiej ankiety przeprowadzonej wśród czytelników. Jedno z pytań brzmiało: „Kto, po »Mahatmie«, jest najważniejszym Hindusem w historii?". Wspomniany w lizusowskim pytaniu Mahatma to oczywiście Mohandas Karamchand Gandhi.

Nie ma nic zaskakującego w tym, że Outlook uznał to za prawdę oczywistą. Gandhi stał się standardem wspaniałości wśród Hindusów, albo i na całym świecie. No bo kto nie lubi Gandhiego? Wszyscy znają go jako wątłego, szlachetnie niedożywionego staruszka o czystej, cnotliwej duszy. To gość, który wprowadził nową retorykę oporu pozbawionego przemocy do Indii, kraju, któremu pomógł oswobodzić się z więzów imperium brytyjskiego. Dzielnie przetrwał kilka strajków głodowych, po czym został zastrzelony przez hinduskiego nacjonalistę. I natychmiast uznano go za męczennika.

Mój dziadek od strony matki trafił z Gandhim do więzienia w 1933 roku, więc dorastając, wiedziałem, że jego mit sklecono z półprawd. Po lekcjach wyniesionych z więzienia dziadek rozpoczął aśramę głęboko w Bengalu Zachodnim. Dzięki temu w moim domu rodzinnym zawsze czuć było bliskość z Gandhim, ale nasz stosunek do niego wahał się między chwalebnym a krytycznym. Moja rodzina go uwielbiała, choć nikt nie wierzył, że samodzielnie zorganizował ruch niepodległościowy Indii. Nie wspominając już o jego bigoterii, o której się akurat w naszym domu milczało. Po zabójstwie Gandhiego w 1948 roku jego wizerunek bardzo starannie konstruowano, wyczyszczony z jakichkolwiek kontrowersji. Dzisiaj łatwo zapomina się o tym, że jego retoryka opierała się na pogardzie wobec czarnoskórych, zaciekłej alergii na kobiecą seksualność i ogólnej niechęci do pomocy w wyzwoleniu dalitów, czyli kasty niedotykalnych.

Gandhi przez ponad 20 lat, od 1893 do 1914 roku, pracował w Republice Południowej Afryki jako prawnik walczący o prawa Hindusów – i tylko ich. Czarnych Południowoafrykańczyków uważał za podludzi. Nazywał ich, używając lokalnego obraźliwego określenia, kaffirami. Ubolewał nad tym, że Hindusów traktowało się jak „niewiele, jeśli w ogóle, lepszych od dzikusów z Afryki". W 1903 roku głosił, że „biała rasa powinna być w RPA rasą dominującą". Gdy w 1908 trafił do więzienia, był oburzony, że Hindusi dzielili cele z czarnymi, a nie białymi więźniami. Pewni południowoafrykańscy aktywiści chcieli zwrócić uwagę świata na tę niewygodną część historii Gandhiego, podobnie jak książka wydana we wrześniu zeszłego roku przez dwóch uczonych z RPA – ale nie bardzo udało im się przedrzeć przez świadomość kulturową Ameryki, poza kręgiem zainteresowanych na Tumblrze.

Gandhi w RPA. Fot. Wikimedia Commons.

Mniej więcej w tym samym czasie Gandhi zaczął rozwijać w sobie mizoginię, która nie opuściła go aż do śmierci. Gdy w RPA pewien młody mężczyzna napastował seksualnie dwie jego zwolenniczki, Gandhi siłą obciął im włosy, by już więcej nie prowokowały mężczyzn (Michael Connellan w artykule dla Guardiana dokładnie wytłumaczył, że Gandhi uważał, iż w momencie gwałtu kobiety tracą człowieczeństwo). Zakładał, że mężczyźni nie są w stanie kontrolować swych wrodzonych, drapieżnych impulsów, jednocześnie zapewniając, że to kobiety są im winne – i na nie skazane. Jego poglądy na temat kobiecej seksualności były równie godne pożałowania – według Rity Banjeri, autorki książki Sex and Power, Gandhi uważał menstruację za „manifestację zniekształcenia kobiecej duszy przez jej seksualność". Wierzył też, że środki antykoncepcyjne to atrybut nierządnic.

Skonfrontował tę niemożność zapanowania nad męskim libido, decydując się na celibat (nie omawiając tego wcześniej z żoną) po powrocie do Indii. Wykorzystywał kobiety – w tym małoletnie dziewczynki, m.in. własną prasiostrzenicę – by wystawić swoją cierpliwość na próbę. Spał z nimi w jednym łóżku nago, bez dotykania ich, starając się nie podniecić; kobiety były rekwizytami, które miały mu pomóc w utrzymaniu celibatu.

Dziś łatwo zapomina się o tym, że jego retoryka opierała się na pogardzie wobec czarnoskórych, zaciekłej alergii na kobiecą seksualność i ogólnej niechęci do pomocy w wyzwoleniu kasty neidotykalnych.

Kasturba, żona Gandhiego, była jego głównym workiem treningowym.

– Po prostu nie mogę się zmusić, by spojrzeć na jej twarz – bąknął kiedyś, gdy pielęgnowała go podczas choroby. – Jej wyraz jest taki jak u potulnej krowy i jak krowa czasami sprawia wrażenie, jakby coś mówiła, na swój głupi sposób. Chcąc go tłumaczyć, ktoś mógłby oczywiście powiedzieć, że krowy są w hinduizmie czczone – a więc porównanie przez Gandhiego żony do krowy było na swój sposób komplementem... Można to również zwalić na zwykłą małżeńską irytację. Lecz gdy Kasturba zachorowała na zapalenie płuc, Gandhi nie pozwolił, by podano jej penicylinę, choć lekarze zapewniali, że w ten sposób wyleczą kobietę. Twierdził, że nowy lek jest obcą substancją, której jej ciało nie powinno przyjmować. Kasturba uległa chorobie i zmarła w 1944 roku. Kilka lat później, może po zrozumieniu swojej tragicznej pomyłki, Gandhi dobrowolnie przyjął chininę, by wyleczyć się z malarii. Przeżył.

W zachodniej kulturze panuje przekonanie, że Gandhiego powinno się uważać za cichego niszczyciela kastowości, lecz to kategoryczny błąd. Według niego emancypacja dalitów była celem nieosiągalnym, uważał też, że nie są oni warci osobnego elektoratu. Nalegał natomiast, by dalitowie nie przejmowali się swą sytuacją i by czekali na swój wielki moment, który... nigdy nie nadszedł. Niedotykalni wciąż cierpią z powodu uprzedzeń zaszytych głęboko w kulturowej strukturze Indii.

W swoim głośnym eseju Lekarz i święty indyjska literatka Arundhati Roy napisała, że historia niesamowicie łaskawie obeszła się z Gandhim. To ułatwiło nam ignorowanie jego uprzedzeń i traktowanie ich jedynie jako niedoskonałości – takie małe plamki na czystych dłoniach. Apologeci uparcie powtarzają, że Gandhi był tylko człowiekiem i jak każdy miał swoje wady. Potrafią nawet przekształcać je w coś pozytywnego, w dowód na to, że był dokładnie taki jak my! Stosują jeszcze inną ucieczkę retoryczną: przeświadczenie, że zwracanie uwagi na uprzedzenia Gandhiego demonstruje chorą fascynację Zachodu problemami Indii – tak jakby zachodni pisarze mieli bzika na punkcie preparowania nierówności społecznych trapiących ten subkontynent.

Cała ta mentalna gimnastyka wynika z łatwości, z jaką mitologizuję się ludzi. Okropne cechy charakteru Gandhiego wciąż utrzymują się w społeczeństwie hinduskim – jadowity rasizm, ignorancja i pogarda dla kobiecego ciała, ostrożna krótkowzroczność w temacie podłego traktowania dalitów. To nie zbieg okoliczności, że właśnie te wątki retoryki Gandhiego wymazano z jego dziedzictwa.

Ale jak sprostać absurdalnemu przydomkowi „najwspanialszy z Hindusów"? To kolosalne brzemię – nazwać jedną osobę najlepszą z kraju miliardów. Tworzenie bożków wymaga dużej dozy zapominania. Łatwo ślinić się do człowieka, który tak naprawdę nigdy nie istniał.