Quantcast
VICE Czyta

Cyberpoeci z Krakowa i psychodeliczny ZUS

Twórcy ZUSwave'u opowiadają o poezji godnej ery internetu i ideach cyberżulerstwa. Poznajcie Rozdzielczość Chleba

Derek Barłowski

Źródło: ZUSwave

Poezja jest nudna. Z tym stwierdzeniem zgodzi się 92% Polaków, którzy poezji nie czytają w ogóle. Za taki stan rzeczy odpowiadają często sami poeci: epigon awangardy w golfie, palący mocne papierosy, znający wiele trudnych słów i gardzący wszystkim co nowoczesne – taki wizerunek to norma.

Na szczęście jest też grupa poetycka Rozdzielczość Chleba, która zamiast wzniosłych wierszyków na kredowym papierze wydaje cyberpoetyckie projekty na ekranie komputera (do pobrania za darmo!), organizuje wieczory poetyckie w formie psychodelicznych seansów z laserami, dymem, grą świateł i męskim striptizem, a zamiast salonowego stylu życia – uprawia cyberżulerstwo, spędzając większość swego życia w towarzystwie komputerów, alkoholu i koruta.

VICE: Skąd wzięliście pomysł na łączenie komputerów i literatury?
Leszek Onak: W podstawówce, jak nie miałem w co grać, uczyłem się programowania. W trakcie jednej takiej posiadówki przed monitorem stworzyłem prosty generator wierszy. Ku mojemu zaskoczeniu, wyświetlał absurdalne i równocześnie poetyckie zdania. Tak się wszystko zaczęło. Komputer – przez to, że nie znał sensu słów i związków frazeologicznych – łączył oddalone od siebie wyrazy, sypał błędami, tworzył dziwaczne konstrukcje. To wszystko wydało mi się niezwykle inspirujące. Do dziś w literaturze elektronicznej fascynuje mnie to, że utwory tworzone za pomocą mikroprocesora, zaskakują często samego ich autora.
Łukasz Podgórni: Wszyscy łączymy komputery i literaturę, bo wszyscy piszemy w „przysłowiowym" wordzie, ale przesiadywanie w samym tylko edytorze tekstowym na dłuższą metę robi się nudne. Dlatego wyniosłem swoje teksty z tego okienka i zacząłem obrabiać je w paru innych programach. Zaczęło się od glitchowania materiału w niezdarnym sofcie translatorskim, przez poezje wizualne i animacje, aż w końcu wszedłem w interaktywne sprawy i zacząłem produkować literackie „flashówki". To było jakieś 10 lat temu.



Od początku odnosiliście sukcesy?
L.O.: Nie wiem, czy tak znowu od razu. Chociaż kilka naszych inicjatyw zostało dostrzeżonych. Mam tu na myśli Liternet.pl, portal społecznościowy dla autorów i czytelników. Zaprogramowałem platformę, w której zarejestrowało się ponad 2 tysiące „botów", codziennie dodających nowe wiersze. Prowadziłem jeszcze przez jakiś z Łukaszem Libiszewskim portal niedoczytania.pl uhonorowany w 2009 roku nagrodą Papierowy Ekran za najlepszy serwis o książce. Niewątpliwie sukcesem można też nazwać powołanie do życia Rozdzielczości Chleba.

Jak w ogóle zrodziła się idea tego przedsięwzięcia i na czym ono dokładnie polega?
Ł.P.: Idea była m.in. taka, żeby stworzyć mikro-obieg fachowo wyedytowanych i darmowych książek w pdf-ach. Chcieliśmy udowodnić, że ranga publikacji nie zależy wcale od tego, czy została wydana na papierze i czy ma cenę na okładce. Powinna liczyć się jakość, a nie materialność nośnika. Gdy zaczynaliśmy, nie było w Polsce zbyt wielu wydawnictw z podobnymi założeniami. Nie wiedzieliśmy, czy to wypali, strzelaliśmy w ciemno. I okazało się, że trafiliśmy. Liczba odbiorców jest satysfakcjonująca, a model działalności powoli przyjmuje się u innych.
L.O.: Nie podobało nam się to, co prezentowała wtedy tzw. scena. Oficyny wydawnicze nie interesowały się zmianami, które zaserwowała nam rewolucja internetowa, a że każdy z nas miał za sobą eksperymenty z nowym medium, postanowiliśmy połączyć siły i zbudować od podstaw wydawnictwo, które będzie za darmo udostępniać profesjonalnie opracowane książki, pliki wykonywalne, algorytmy literackie czy grafiki. Działamy w oparciu o model DIY. Redakcja, przygotowanie utworów do publikacji, promocja – wszystko robimy własnymi siłami. Nie jesteśmy zarejestrowaną firmą, finansujemy się głównie z własnych składek. Nikt z nas nie otrzymuje wynagrodzenia za swoją pracę. Rozdzielczość to partyzancki oddział Dzieci Neostrady funkcjonujący na tyłach Ministerstwa Chujtury.

Czyli główna idea wydawnictwa to...
L.O.: Dzielenie się chlebem, korutem, plikami, literaturą oraz wspólne imprezowanie na serwerach Tumblra, Facebooka, YouTube'a i w innych równie okrutnych miejscach. Interesuje nas eksperymentowanie z interfejsami i rejestrowanie tego, jak pod wpływem internetu zmienia się nasz język. Interesuje nas też kultura remiksu, więc działamy na Creative Commons, każda nasza książka jest w ten sposób licencjonowana. Wydajemy też równolegle na papierze, ale głównie po to, żeby książki mogły być zgłaszane do konkursów literackich.



Gardzicie papierem?
Ł.P.: Nie, w ogóle nie gardzimy. Ciągle wolę papierowe wydania od e-booków i scrollowania tekstów online. Ale w przypadku książek poetyckich sporo piszących i odbiorców jakoś woli pdf-y i pliki na czytniki, którymi można się za darmo powymieniać. I nie ma w tym nic dziwnego. Kto dziś kupuje nową poezję w empiku, jeśli takowa jakimś cudem tam trafi? No właśnie. Więc wychodzimy naprzeciw tej sytuacji dając ludziom dostęp do świeżych książek wybranych poetów, bez wychodzenia z domu i wchodzenia na stronę mbanku. Idea sprawdza się też nieźle w przypadku naszego magazynu – „Nośnik" pobiera się średnio kilkaset razy (plus kolejne setki odsłon z lektur online), podczas gdy niektóre magazyny kulturalne kupuje w Polsce może jeszcze ze 100 osób – to już model na wymarciu, reanimowany dotacjami. Na szczęście pisma przenoszą się ostatnio do sieci, gdzie łatwiej o czytelnika.

OK, czyli macie trochę odbiorców, a jaki jest odzew?
L.O.: W 2014 roku dwa tomiki naszych autorów – Kamila Brewińskiego i Macieja Taranka – otrzymały nominację do Silesiusa, jednej z ważniejszych nagród poetyckich w Polsce. Gdy okazało się, że zwyciężył ktoś inny, na facebooku rozpętała się burza. Pojawiły się setki komentarzy, ludzie byli rozgoryczeni werdyktem jury. Mnie, z jednej strony, też było przykro, ale z drugiej – cieszyłem się widząc, ile osób zaangażowało się w spór i ile faktycznie przeczytało te tomiki. Lubię porównywać to, co robimy, do zbierania znaczków pocztowych z lokomotywami. Działamy w takiej niszy, że każdy odzew jest na miarę bitcoina.

Autorzy sami się do was zgłaszają, czy to raczej wy wychodzicie do nich z inicjatywą?
Ł.P.: Bywa różnie. Np. Maćka Taranka złowiliśmy na Fejsie po tym, jak wrzucił status w stylu: „Skończyłem pisać tomik, szukam wydawcy". Przyuważyliśmy ten status z Leszkiem i postanowiliśmy zaproponować Maćkowi książkę u nas, na co szybko się zgodził – i tak zaczęła się współpraca. Ale zdarzają się też ciekawe propozycje przysyłane na maila. Jedną z nich (Przetrwalnik Waldemara Jochera) właśnie wydaliśmy. Nie ma więc tutaj reguły i mamy nadzieję, że tak zostanie.

Rozdzielczość to nie tylko wydawnictwo, ale również grupa artystyczna, która posiada własny manifest i chyba kieruje się pewnymi zasadami?
L.O.: Jesteśmy jednym z nielicznych w Polsce wydawnictw programowych, wyczulonym na określone porządki estetyczne, np. w tym momencie na tzw. post-internet. Oprócz tego, każdy z nas prowadzi własne gospodarstwo plikopędne, przeprowadzamy sieciowe performensy, występujemy live itp. Wszystko to poza zasięgiem deadline'owego bata, ogarniamy się sami.
Ł.P.: No właśnie, poza sferą rozdzielczych aktywności jesteśmy dobrymi kumplami i kumpelkami. Gdybyśmy zaczęli działać w tematach grantowych, pobierać kasę od ministra, rozliczać się z niej itd., ucierpiałyby nasze osobiste relacje i pewnie siadłby zapał. W tym momencie czujemy się wolni, Rozdzielczość to świetlica, do której udajemy się po odbiciu karty. Nie chcemy z niej robić miejsca pracy.

A z czego bierze się specyficzna ekspresja artystyczna podczas waszych „wieczorków poetyckich"? Lasery, muzyka, wizualizacje, maszyna do robienia dymu – po co to?
Ł.P.: Lasery i dymiarkę przygarnęliśmy, bo... były tanie, a w każdym razie tańsze od kontrolerów i innego profesjonalnego sprzętu do robienia tzw. show. Gdy wymyślaliśmy całą tę aranżację, byliśmy w szczytowej fazie cyberżulerstwa, czyli otoczeni leciwymi kompami, browarami, hardware'ową chińszczyzną i siwym dymem organicznego pochodzenia. Podpinaliśmy, co mieliśmy pod ręką, a pod ręką mieliśmy urządzenia dziadowskie i przypałowe, kojarzące się raczej z wiejską wiksą niż z wieczorkiem poetyckim.
L.O.: Na studiach chodziliśmy na różne spotkania literackie, które zazwyczaj okazywały się nudne, poeci w czarnych golfach recytowali przy świecach smutne wiersze o śmierci i miłości. Zawsze dziwiło mnie, czemu robią to tak na poważnie. W internecie było śmiesznie, niezobowiązująco, delfiny tańczyły obok ikonek Windowsa 95. Postanowiliśmy przenieść ten klimat na wieczorki poetyckie. Najpierw były wizki i muzyka, potem doszedł Piotr Puldzian Płucienniczak recytujący wiersze w negliżu, a na sam koniec dodaliśmy lasery i dym.



A co na to fani tradycyjnych form ekspresji poetyckiej?
L.O.: Ktoś od czasu do czasu poczuje się obrażony, wyjdzie z sali i trzaśnie drzwiami, ale trudno. Dla nas ważne jest, że nawet gdy ludzie wychodzą w połowie, to raczej nie wychodzą znudzeni, tylko wkurwieni. A my bawimy się zajebiście. W ogóle uważamy, że literaturą trzeba się częściej bawić. Niestety ludzie nie są przyzwyczajeni do takiego stanowiska i rzecz jasna po spotkaniu jakaś wnikliwa postać zadaje zazwyczaj kardynalne pytanie: „O co tu chodzi?" lub „Czy to jest jeszcze poezja?".

No właśnie, nie rzygacie już tym pytaniem?
L.O.: Osobiście mam w dupie, czy to jest poezja, czy nie. Od pewnego czasu przestaliśmy nawet nazywać nasze wytwory poezją. Powiedzmy to sobie jasno: Rozdzielczość Chleba nie wydaje poezji. Palimy koruta, siedzimy przed kompami i generujemy pliki w różnych formatach.
Ł.P.: Nasza seria wydawnicza nazywa się „–Linia poetycka?" i pytajnik w tej nazwie jest w sumie bardziej istotny niż poprzedzający go przymiotnik.

Jako artyści również nie tworzycie standardowych dzieł sztuki. Czujecie się w pewnym sensie pionierami?
L.O.: Raczej nie. W kontekście tego, co dzieje się teraz w internecie, nasze produkcje nie są specjalnie odkrywcze. Unikamy terminu „awangarda". Włóczymy się po sieci, zbieramy puszki, grzebiemy po śmietnikach i ze znalezionych resztek konstruujemy nasze dziwaczne obiekty. Recycling.

Możecie wyjaśnić, o co chodzi w ZUSwave?
Ł.P.: ZUSwave wyłonił się z jakichś absurdalnych sporów, które toczyliśmy z Leszkiem i Puldzianem na czacie. I chyba można go określić jako połączenie dwóch postaw: „kosmicznej" i „przyziemnej". W naszej grupce za postawę „kosmiczną" odpowiadał – zafascynowany wówczas kosmosem – Puldzian, a za „przyziemność" – Leszek, któremu ZUS był niewdzięcznie bliski, bo mierzył się wtedy ze skutkami prowadzenia działalności gospodarczej. Ja z kolei byłem mediatorem. Ostatecznie Puldzian, biorąc za wzór schematy z grafik webpunkowych i vaporową ikonografię, podmienił wodę Fiji na Cisowiankę, a korporację na urząd, czyli ten porażający gmach ZUS-u, który za zieloną aranżacją kryje wielką, przytłaczającą człowieka machinę biurokratyczną... raczej mało zieloną i mało prospołeczną.
L.O.: ZUSwave to Proces Kafki puszczony od tyłu na monitorze CRT, ustawionym na tle fototapety z panoramą Kołobrzegu.

Najnowszy projekt Rozdzielczości Chleba również jest związany z ZUS-em?
L.O.: Tak, już niebawem ukaże się nowy „Nośnik" o ZUS-ie i ZUSwave, którym podsumujemy naszą przygodę z polską estetyką vaporową i ponarzekamy na informatyzację ZUS-u. Planujemy też w związku z tym kolejną wystawę, a właściwie ZUStawę.

A nad czym obecnie pracujecie?
L.O.: Przygotowuję cyfrowy tomik poetycki, który będzie zbiorem algorytmów generujących wiersze.
Ł.P.: Ja z kolei montuję książkę z cyberżulerskich statusów, które postowałem przez ostatnie miesiące na fanpejdżu cichy nabiau, taka poezja z fejsbuka, może wyjdzie z tego coś ciekawego.