Reklama
Film

„Legion samobójców” pogrzebie twoje nadzieje na dobre kino o superbohaterach

Zaskakująco wyprany z rozrywki dwugodzinny kolaż bardziej przypomina trailer przyszłych produkcji niż samodzielny film

tekst J. W. McCormack, tłum. Jan Bogdaniuk
12 Sierpień 2016, 3:27am

Fot. dzięki Warner Brothers

Bohaterami tej opowieści są dzieciaki z galerii handlowej, cosplayerki Harley Quinn, nastoletnie gotki i gejmerzy, do których z zimnym wyrachowaniem adresowana jest najnowsza superprodukcja ze stajni DC. Czarne charaktery to cyniczna kampania marketingowa oraz studio filmowe, które tak rozpaczliwie stara się zrobić wrażenie na widzach, że w topornej ścieżce dźwiękowej umieszcza „Sympathy for the Devil" i „Bohemian Rhapsody" w nadziei, że znane przeboje zastąpią scenariusz, akcję i rozwój postaci.

Wyjściowy pomysł na Legion samobójców niczym się nie różni od wszystkich pozostałych filmów o superbohaterach, oprócz jednej innowacji: zamiast dobroczynnej organizacji zrzeszającej kryształowych herosów pokroju Kapitana Ameryki mamy złowieszczą agencję rządową, w której interesie leżą przepełnione więzienia i wyścig zbrojeń, a zamiast jednego bohatera – sześciu przymuszonych do współpracy nikczemnych złoczyńców. Od razu widać, że twórcy filmu stanęli przed nie lada wyzwaniem. Pierwsza połowa filmu trzeszczy w szwach od retrospekcji, narracji z offu i stężonych objaśnień i historii pochodzenia kolejnych postaci – do tego stopnia, że jedną z nich zapowiada niewidoczny na ekranie statysta słowami: „Patrz, to Slipknot, człowiek, który potrafi zewsząd uciec".

Will Smith radzi sobie nie najgorzej jako Deadshot, płatny zabójca, który kocha swoją córkę i tłumaczy jej zadanie z geometrii na przykładzie rykoszetujących pocisków, a nawet walczy z Batmanem w ciągu pierwszych dziesięciu minut – co z tego, że wszystko to we wtrąconej retrospekcji. Dawny bajerant z Bel-Air roztacza wokół siebie tak nieziemski urok, że nie trzeba iść do kina, by domyślić się, że drużyna, w której skład wchodzi Smith, nie może być bardziej niegodziwa, niż Michael Jackson śpiewający „I'm bad".

Jak na film pełen przynajmniej teoretycznie czarnych charakterów zaskakująco rzadko skłania widza, by polubił kogokolwiek antypatycznego, bądź zaakceptował moralnie wątpliwe skutki ich poczynań. Na co dzień wybaczamy jeszcze więcej. Weźmy El Diablo (Jay Hernandez) – chodzący paranormalny miotacz ognia, który wyrzekł się przemocy (pokrywające go od stóp do głów tatuaże mają podobno przypominać wizerunki związane z meksykańskim Świętem Zmarłych, ale nie mogłem pozbyć się skojarzeń z raperem Stitches i jego rymowankami o twarzy i cegle). Również Jai Courtenay raczej nie stanowiłby wielkiego zagrożenia dla świata jako Kapitan Boomerang, stereotypowo australijski przeciwnik Flasha. Adewale Akinnuoye-Agbaje gra przeważnie milczącego gadziego gangstera Killer Croca, a dwójka ich nadzorców, nienaganny żołnierz Rick Flagg i wojowniczka Katana zupełnie zlewają się z tłem.

Koniecznie trzeba wspomnieć o Margot Robbie w roli Harley Quinn, pomocnicy/kochanki Jokera i ulubienicy fanów animowanego serialu o Batmanie. Niedługo po wcieleniu do oddziału członkowie Legionu trafiają do obozu wojskowego i dostają wór pełen ich ekstrawaganckich kostiumów i zabawek. Harley wyciąga z niego kij do baseballa i gigantyczny młot, którego oczywiście niebawem użyje, by posłać z powrotem do grobu hordy zapleśniałych zombie. Jaką jednak spełnia funkcję, poza dostarczaniem materiału dla seksualnych fantazji na temat klaunów? Wydaje się, że poza tym jest w filmie tylko po to, by rzucać różnej jakości zabawnymi powiedzonkami i jakoś usprawiedliwić wymuszoną obecność Jokera.

Dzikie spojrzenie, fioletowy płaszcz bez koszuli i słowo „Uszkodzony" wytatuowane na czole, by rozwiać wątpliwości – w ten sposób daleko się nie zajdzie.

Prawdopodobnie wszyscy już widzieli Jokera-alfonsa w wydaniu Jareda Leto (którego reżyser David Ayer opisał jako „Jokera, który ma za sobą już niejedną bitwę"), jego zwariowane tatuaże i złoty grill na zęby. Można też było usłyszeć sporo historii o tym, że Leto tak bardzo wczuwał się w swoją postać, że któregoś razu cisnął świńskie truchło na stół w sali prób. Jak dla mnie – super. Chciałbym, żeby ten Joker robił więcej takich rzeczy. Dzikie spojrzenie, fioletowy płaszcz bez koszuli i słowo „Uszkodzony" wytatuowane na czole, by rozwiać wątpliwości – w ten sposób daleko się nie zajdzie.

Jednak jednej rzeczy nie da się podważyć – szczerego uczucia pomiędzy Jokerem i jego pomagierką. Pomysł, że Joker może być jeszcze bardziej niezrównoważony przez porywy serca, jakoś się broni pośród wymuszonych chichotów i braku znaczenia postaci dla głównej fabuły. Poza tym trzeba przyznać, że Joker i Harley stanowią naprawdę seksowną parę. Gdy pozwolić im spotkać się na ekranie (co widzimy głównie w piętrzących się retrospekcjach), tworzą fantastyczny duet, trochę jak podkolorowani Mickey i Mallory Knox z Urodzonych morderców. Nawet w tak idiotycznej, siermiężnej charakteryzacji Leto jest w stanie przekazać trochę wewnętrznego emocjonalnego napięcia, które w każdej chwili grozi wybuchem.


Polub nasz nowy fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Wszystko byłoby dobrze, gdyby Joker i jego próby uwolnienia Harley stanowiły oś fabuły Legionu samobójców – niestety, cały wątek zostaje zepchnięty na bok. Zamiast tego musimy przebrnąć przez sztampową misję zwiadowczą, którą wieńczy bitwa z komputerowo wygenerowaną wiedźmą zwaną Enchantress (miała również dołączyć do drużyny, ale wyrwała się spod kontroli). Wszystko to mocno przypomina rozbuchaną końcówkę Pogromców duchów, w której tytułowi bohaterowie muszą się zmierzyć z sumeryjskim bóstwem zniszczenia Gozerem – do tego stopnia, że mamy tu nawet wirujący nad wieżowcami portal do zaświatów.

Filmowy Legion samobójców najprawdopodobniej sformowano z myślą o szpiegostwie i czarnych operacjach. Szkoda zatem, że ci nieźle osadzeni w rzeczywistości złoczyńcy zwalczają sztampową, efekciarską czarną magię, zamiast powiedzmy, „zajmować się" otwartymi krytykami partii rządzącej. Mimo to po drodze do otwartego zakończenia i nieuniknionej sekwencji po napisach końcowych trafia się kilka perełek. Swobodna sekwencja w barze, którą Ayer opisuje jako swój „chleb powszedni", jest pełna typowego dla jego filmów szorstkiego ciepła pomiędzy członkami „improwizowanej rodziny". Harley daje popis zapierających dech w piersi akrobacji, zawieszona pod helikopterem Jokera. Viola Davis bryluje w roli urzędniczki obarczonej zadaniem skompletowania drużyny, a scena, w której wiedźma wodzi swoich przeciwników na pokuszenie i ukazuje im, jak spokojne mogliby wieść życie, gdyby tylko porzucili swoje przebrania złoczyńców, jest naprawdę poruszająca.

Te przebłyski człowieczeństwa giną jednak pośród trybów machiny, która nie ufa widzom na tyle, by pozwolić im na cokolwiek, niż bezmyślną konsumpcję odgrzewanej pseudoanarchii i sama skrupulatnie cenzuruje każdy powiew świeżości. Co, jak wie każdy fan komiksów, sprowadza ogólną wartość do zera.