FYI.

This story is over 5 years old.

używki

Kwas sam mnie wziął, czyli moje uzależnienie od LSD

„Nie wiem, czy jestem dobrą osobą do rozmowy o narkotykach, bo podważam przekonanie, że od psychodelików nie da się uzależnić"
29.4.16
Wikimedia Commons / Liftarn

Zażywaniu psychodelików często towarzyszy swoista filozofia ćpania wyrosła z czasów kontrkultury i założenie, że „kwas nie uzależnia". Czasy rewolucji psychodelicznej obudowały psychodeliki ideologią, która przetrwała moment, gdy rewolucja jak każda inna pożarła własne dzieci. Pokolenie kontestacji zakładało, że psychodeliczny dope jest narzędziem poszerzania świadomości, nakierowuje na poszukiwanie pozasystemowej drogi, wyzwala z utartych schematów codziennego postrzegania.

Reklama

Nietrudno idee psychodelicznej mistyki instant usłyszeć też dziś. Niewątpliwie sama dekonstruująca natura substancji sprawia, że pierwszy trip rysuje linie przez życie, dzieląc je na przed i po kwasowej podróży. Czy jednak nie nadchodzi moment, gdy branie LSD przestaje być przebijaniem się przez kolejne bariery postrzegania, a staje po prostu potrzebą bycia na haju? Zaczęłam prowadzić badania na temat kontrolowanego zażywania narkotyków, w których trakcie poznałam między innymi Annę. Oto jej historia:

Nie wiem, czy jestem dobrą osobą do rozmowy o narkotykach, bo podważam przekonanie, że od psychodelików nie da się uzależnić. W 2008 roku, kiedy miałam 22 lata, pojechałam do Stanów na festiwal Burning Man właściwie nie znając angielskiego. Wtedy jeszcze nie wiedziałam nic o dragach. Na festiwalu kręcili się wokół mnie jacyś ludzie częstując kropelkami o miętowym zapachu. Myślałam, że to jest po prostu odświeżacz do ust, więc poprosiłam, żeby mnie poczęstowali. Poszłam do Toi-Toia i tam zaczęłam widzieć wielokolorowe falujące powietrze, ściany zaczęły się oddalać i jak z niego wyszłam, na zewnątrz było już zupełnie inaczej niż wcześniej. Wszystko miało wiele wymiarów i intensywne barwy, kompletnie nie mogłam trafić do swojej przyczepy, która była parę metrów dalej, bo dla mnie to była odległość galaktyki. Ostatkiem jeszcze jakiejś świadomości pomyślałam: chyba jakiś narkotyk mi wpadł przypadkiem. To był strasznie silny kwas.

Reklama

W Polsce okazało się, że mam znajomych, którzy też to lubią brać. Zaczęłam słuchać innej muzyki; psychodelicznego psychotransu, przez nią spotkałam jeszcze więcej osób zażywających. Co parę tygodni wrzucaliśmy razem LSD. Przygotowywaliśmy się wcześniej, tydzień lub dwa tygodnie, odpowiednio dobierając warunki, tak właśnie, jak powinno się brać psychodeliki. Pierwszy kwas był przypadkiem, ale wszystkie następne zażywane świadomie, były z ciekawości, co jeszcze się stanie, co jeszcze można przekroczyć.

Tak się to ciągnęło kolejne dwa lata.

Czy to już było uzależnienie? Potrafiłam pojechać 1000 km dalej od swojego mieszkania na jakiś rejf nie dla muzyki, nie dla jakiegoś zwiedzania tylko dlatego, że jak jest rejf i są psychotranse to na pewno są tam kwasy… Potrafiłam pojechać 1000 km zapłacić kupę kasy za podróż tylko po to, żeby wziąć LSD. Po prostu coraz lepiej czułam się w innych światach niż na planecie Ziemia.

W grudniu 2010 zażyłam pierwsze metoksy, które nie zrobiło na mnie zbyt dużego wrażenia. Ale kolejne doświadczenia na metoksy, jeszcze łączone z kwasami… Może nieprawdziwymi kwasami, bo to już był właśnie rozkwit R-Cków, więc te kartony, to było raczej jakieś 4- ACO-DMT, 2C - wszystko. Było fantastyczne! Moje początki z metoksy były takie niewinne, brałam je zawsze do muzyki. Polubiłam je też dlatego, że znieczulały. Ciało mi generalnie przeszkadza na co dzień, po metoksy go nie było. Po prostu „ja" bez żadnych ziemskich przeszkód latało sobie po Galaktyce. Kładłam się albo zamykałam we własnym pokoju, ktoś bliski mógł ze mną być, do słuchania muzyki, tak przed snem. Tak jak niektórzy ludzie sobie piją piwo dla relaksu, to ja na wieczór muzyczka, łóżeczko, metoksy i lulu.

Reklama

Na terapii w Monarze znalazłam się jeszcze nie uważając się za osobę uzależnioną. Przed wakacjami 2011 roku, trafiłam do psychiatry cierpiąc na kliniczną depresję. Ordynator oddziału psychiatrycznego powiedziała mojej mamie, która też jest lekarzem, że przyjmie mnie na ten oddział pod warunkiem, że wcześniej pójdę na detoks. Nie ukrywałam przed nią, że miałam doświadczenia z narkotykami. Wtedy jeszcze głównie z kwasami, te z metoksy to mogłam policzyć tak naprawdę na palcach jednej czy dwóch rąk. Lekarze, nawet psychiatrzy, zupełnie nie znają się na substancjach, nie widzą różnicy między heroiną, amfetaminą, a kwasem. Dla nich ktoś kto brał parę razy kwasa to jest to samo co narkoman z dworca co się puszcza za działkę. Oni mnie tym mocno skrzywdzili.

Detoks jest dla ludzi uzależnionych od substancji uzależniających fizycznie, po prostu, żeby nie dostali delirium, albo padaczki, ja nawet nie zahaczałam o ten stan. Przez dziesięć dni leżałam na oddziale detoksykacyjnym, byłam między alkoholikami, heroinistami. Leżałam w strasznej depresji, więc każdy mógł ze mną robić co chciał, nie miałam żadnej powłoki ochronnej. Dziesięć dni spędziłam między tymi ludźmi… Po wyjściu z detoksu zaczęła się moja terapia w Monarze i codzienne ćpanie. Tam jesteś między narkomanami, jako jedna z nich i po prostu patrzysz na siebie jak na narkomana. A co robią narkomani? Biorą narkotyki. Wtedy czułam się usprawiedliwiona, że mogę ćpać, bo miałam na papierze, że jestem narkomanką. Poza tym w Monarze była taka atmosfera ćpania: oni tam dawali igły, dawali strzykawki, nawet ich kupować nie musiałam. Przez jedne wakacje stałam się pacjentem Monaru, takim prawdziwym.

Zdjęcie: Flickr / Kathleen Tyler Conklin

Tak jak osoba oszalała w chorobie musi dostać lekarstwo, bo inaczej zwariuje, tak ja musiałam zażyć metoksę. To był po prostu jakiś przymus brania tego, tym bardziej, że ja po niej czułam się lepiej. Właściwie dopiero wtedy miałam wrażenie, że jestem nieućpana, jak normalny człowiek, ponieważ trzeźwa rzeczywistość to był dla mnie niekończący się bad trip. Traktowałam ją jak swój antydepresant, znieczulacz, a takie ostatnie metoksy w ciągu dnia to już było metoksy nasenne. Robiło mi się po niej ciepło, bezpiecznie i spokojnie, jakbym odcinała się ścianą od otoczenia. Jeszcze jak brałam je domięśniowo, to chwila i za parę minut wszystko znikało, mnie nie było. Pewnego dnia na metoksy poczułam, że wariuję, że moja osoba została zdeptana, stłamszona przez tę substancję, tego aliena, jakby to był jakiś inteligentny byt, który na mnie żeruje. Moje ciało pozostawało wtedy jak puste naczynie, w którym pasożytują złe byty astralne. Jak się budziłam, byłam wykończona. To jest metafora uzależnienia. Parę razy byłam od czegoś uzależniona i to sprawiało, że zachowywałam się jak nie ja, życie podporządkowywałam karmieniu tego czegoś. Jakby to był pasożyt, który jakoś dzięki mojemu ciału, dzięki mojemu życiu, żyje. A ja pozwalam mu żyć kosztem siebie.


O narkotykach i nie tylko. Polub nasz nowy fanpage VICE Polska


Miesięcy jesienno-zimowych 2011/12 praktycznie nie pamiętam. Nawet śmieci nie wyrzucałam, kolega czasem przychodził zrobić porządek, nie wiem, co wtedy jadłam. To już było tylko takie napieprzanie tego od rana. Mieszkanie dał ojciec, płacił, pieniądze miałam jeszcze z oszczędności z Erasmusa. Wszystko wydałam, parenaście tysięcy w parę miesięcy. To jest czarny rozdział z mojego życia, to była czerń jak smoła. Czyste ćpuństwo, bo już nawet trip nie był ważny tylko moment wstrzykiwania. Wstrzykiwałam ją i za dwie godziny otwierałam oczy, a przez te dwie godziny nic, jakbym znajdowała się w czarnej dziurze. Tylko ten moment wstrzykiwania, uczucie, że wchodzi, dla tego momentu to było to wszystko!

Ludzie ze mną za bardzo nie chcieli mieć kontaktu, ani ja z nimi. Przyjechał do mnie raz taki chłopak, Kamil, alkoholik na etapie mocnej głowy. Miał u mnie nocować przed sylwestrem. Zapytał, czy nie chcę z nim być. Ja chłopa widzę drugi raz w życiu mówię „dobra", dla mnie po prostu wszystko było tak obojętne. Został u mnie i nasz styczeń, luty oraz marzec wyglądał tak, że leżeliśmy w łóżku; ja naćpana metoksy ze strzykawką, on pijany. To się skończyło w marcu wraz z jego delirium, kiedy ja gdzieś tam między jednym a drugim metoksy patrzę, a on stoi w oknie, (mieszkałam wtedy na piątym piętrze), stoi na parapecie, a właściwie poza parapetem z jego drugiej strony, na tym daszku z blaszki. Otrzeźwiałam w moment, jakoś go ściągnęłam stamtąd, nawet nie wiem teraz w jaki sposób, to było tak szokujące, że myślę, że ilość adrenaliny, która mi się wtedy wytworzyła, obudziłaby zmarłego.

Zadzwoniłam po karetkę, wzięli go do szpitala psychiatrycznego. On miał delirium normalne, z halucynacjami strasznymi. Okazało się, że już dzień wcześniej je miał, tylko ja byłam tak przymroczona swoimi substancjami, że nie zauważyłam od stycznia, że on pije alkohol, a codziennie pił alkohol. I wtedy po tym jego delirium otrząsnęłam się, przestałam brać metoksy. On był w tym szpitalu chyba tydzień i jak wrócił ze szpitala, przyszedł do mnie, usiadł, a ja czułam się jakby siedział obok mnie obcy człowiek. Kto to jest w ogóle? O czym my mamy teraz rozmawiać? Bo obydwoje trzeźwi. On też się tak za bardzo nie odzywał, też mi się przyglądał, to było takie dziwne. Myśmy dopiero wtedy zaczęli się poznawać.


Nagi lunch to (podążając za Borroughsem) chwila, gdy osoba uzależniona doświadcza prześwitu świadomości między cyklami zażycia. W przypadku Anny tym momentem był widok jej chłopaka chybocącego się z drugiej strony framugi okna. Dziś Anna zażywa narkotyki sporadycznie. Nie chodziła już na żadną terapię.