Upadek komunizmu i urok lat 90. w archiwach „Duchologii polskiej”

„Kiedy myślimy o latach 80. i 90., to mamy w głowie konkretne ikony, przedmioty i ścieżkę dźwiękową, od razu włącza nam się «Miś» albo Frugo, ale w środku jest jakaś mgławica" – mówi Olga Drenda, zbieraczka obrazów z okresu transformacji

|
13 Czerwiec 2016, 10:46am

Ilustracje pochodzą z ze strony Duchologii

Politycy i publicyści mogą się w nieskończoność wykłócać czy transformacja ustrojowa była wielkim sukcesem, czy pasmem porażek. Jednak w tym sporze umyka nam pytanie o to, jak wyglądało codzienne życie podczas tego przełomu? Odpowiedzi próbuje dostarczyć Olga Drenda w swojej książce Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w okresie transformacji.

Olga używa w tym celu koncepcji Jacquesa Derridy, który wysnuł koncepcje hauntology, mówiącą o teraźniejszości nawiedzanej przez historię. Teoria filozoficzna została zaadaptowana do badania popkultury przez Marka Fischera i Simona Reynoldsa, a kilka lat temu przeszczepiona przez Olgę na rodzimy grunt do badania „widmowej dekady", czyli przemian od 1986 do 1994 roku. Wyłania się z nich obraz chaotycznego świata melancholijnej muzyki chodnikowej, radiestezji i przedinternetowego lifehackingu.

VICE: Zacznijmy metafizycznie – czy wierzysz w duchy?
Olga Drenda: Powiem tak: nie wierzę w duchy typu duszek Kasperek czy Bieluch, ale wierzę w duchy i widma na praktyczny użytek – w resztki, które zostają w pamięci osobistej lub zbiorowej i funkcjonują jako niewyraźne cienie czegoś, co kiedyś było obecne, a teraz trudno to uchwycić.

Czy w takim kontekście przedmioty mają „duszę"?
Raczej mimowolnie mówią o kontekście, w którym powstały i w którym były używane, czyli jakiś „duch epoki" przemawia przez nie.

Skąd się bierze potrzeba powrotu do czasów minionych?
To nie jest tak, że tęsknię za dzieciństwem, odczuwam jakąś nostalgię, czy czuję się częścią jakiegoś „pokolenia 89", bo miałam wtedy pięć lat. Ale zauważyłam, że mało wiemy o życiu codziennym w tamtych czasach, polityka uprowadziła całą uwagę. Kiedy myślimy o latach 80. i 90., to mamy w głowie konkretne ikony, obrazy, przedmioty i ścieżkę dźwiękową, od razu włącza nam się Miś albo Frugo, ale w środku jest jakaś mgławica, w której dzieje się dużo, ale w bardzo chaotyczny sposób i trudno jest to przyszpilić prostymi skojarzeniami.


Dla dzieciaków lat 90. i nie tylko. Polub fanpage VICE Polska, żeby być z nami na bieżąco


Powiedzenie, że lata 80. wracają to już utarty slogan – ale czy dlatego wracają, że się ich wstydzimy, czy była to dla nas ważna kulturowo dekada?
Pamięć – i pojedynczych osób, i całych grup – działa tak, że niektóre rzeczy zacierają się, łączą się z innymi wspomnieniami albo w ogóle ze wspomnieniami kogoś innego czy widzianymi w telewizji, które przez jakiś przeskok w systemie zaczynami uważać za własne. Po jakimś czasie, gdy praca wspomnieniowa zostanie wykonana mimowolnie z tyłu głowy, powstaje nam obraz danego okresu w historii, który niekoniecznie jest zbieżny z faktycznym, tylko opiera się na pomieszaniu osobistych przeżyć z ikonicznymi elementami. Dlatego jeśli mówimy o latach 60., symbolami tego okresu będą hipisi, a w latach 70. dekada disco – takie uproszczenia funkcjonują w kulturze popularnej. Takie gotowce są później wykorzystywane ponownie, co opisał w Retromanii Simon Reynolds – popkultura od lat 70. co najmniej (wtedy odrodziła się moda na rock & rolla) uprawia recykling wcześniejszych stylów.

To był czas bardzo dużej niepewności ekonomicznej i ustawicznego kryzysu gospodarczego. Ale z drugiej strony popkultura tamtych czasów miała optymistyczny klimat i ciepłą kolorystykę

Mówisz, że powszechna pamięć może się różnić od tego jak było faktycznie, np. schyłek PRL–u jest pamiętany jako okres szarobury, a ty opisujesz go w swojej książce jako pełen ciepłych barw.
Wydaje mi się, że jedno i drugie przekonanie jest słuszne. Musimy pamiętać o tym, że był to czas bardzo dużej niepewności ekonomicznej i ustawicznego kryzysu gospodarczego. Na przełomie dekad ceny chleba i masła zmieniają się z dnia na dzień i nie wiadomo było, ile właściwie były warte nasze pieniądze. Ale z drugiej strony popkultura tamtych czasów miała optymistyczny klimat i ciepłą kolorystykę, pojawia się dużo słonecznej muzyki pop, Marek Sierocki gra italo disco w Sopocie, w telewizji leci Bliżej świata, czyli hity z satelity.

Ale na wspomnienia wpływa też nośnik. W przypadku fotografii trudno powiedzieć, czy to jest kwestia rodzaju kliszy, odczynników, czy zwykłego starzenia się odbitki, ale jedna z rzeczy, która mnie zafascynowała na początku, to że wszystkie wykonane w tym okresie zdjęcia i nakręcone filmy wyglądają jakby były wykonane w sierpniowo–wrześniowym słońcu. Wcześniejsze pocztówki z lat 70., wydawane przez KAW, mają szalenie nasycone barwy, wszędzie kwiatowe kobierce, niebo zawsze jest niebieskie, bloki takie ładne, zawsze świeci słońce i panuje porządek – myślę, że stąd bierze się stąd bierze się nostalgiczny obraz lat 70. w Polsce. Dlatego nie możemy ignorować wpływu tego w jaki sposób wpływa na nas nośnik – zaczynamy sobie wyobrażać, że faktycznie tak było.

Przywołujesz zagranicznych fotografów, którzy robili zdjęcia w Polsce, co takiego oni dostrzegali, co umykało rodzimym fotografom?
Niewielu fotografów z Polski interesowało się wtedy fotografią uliczną, fotografią codzienności. Reporterzy mieli zresztą co robić, skupiali się albo na drastycznych stronach przemian, jak bezdomność i bieda, albo chwytali sceny absurdalne, udowadniające, że żyjemy w bardzo dziwnym kraju. Natomiast niewiele było fotografii neutralnej, przedstawiającej zwykłe życie.

To znalazłam za to na zdjęciach fotografów zagranicznych, którzy w różnych okolicznościach pojawiali się wtedy w Polsce: czasami jako turyści, czasami na wymianie studenckiej. Byli w miejscu, które widzieli po raz pierwszy i które wydawało im się dość niesamowite, dlatego fotografowali po prostu wszystko dookoła nich. Dzięki temu na ich zdjęciach zostały utrwalone miejsca czy wygląd ulic, które od tamtego momentu bardzo się zmieniły, ale nikt tego jakoś nie zarejestrował, ponieważ znajdowało się to poza obszarem zainteresowania rodzimych fotografów, nie mówiąc o amatorach, choć czasami zdarza mi się wpaść na jakiś bezcenny materiał VHS przestawiający np. Siedlce albo Karpacz w 1988 roku.

Kora powiedziała kiedyś w filmie Political Dress, że kiedy dowiedziała się o stylu punk, zdziwiła się, bo życie w Polsce samo w sobie było punkowe

Dużo miejsca poświęcasz kombinowaniu i improwizacji, w trudnych warunkach braków środków i niewydolności przemysłu – czy w takim kontekście można je nazywać lifehackingiem i łączyć z estetyką DYI, skoro wynikały z konieczności, a nie obecnej mody?
Kora powiedziała kiedyś w filmie Political Dress, że kiedy dowiedziała się o stylu punk, zdziwiła się, bo życie w Polsce samo w sobie było punkowe. Strategia DIY była strategią codzienności, to była część normalnego życia i pewne umiejętności, naprawienie, zbudowanie czy uszycie sobie czegoś były uważane za oczywiste, uczono się tego w domu i na ZPT.

Opisujesz polskie firmy, które starają się przyjmować nazwy przywołujące zagraniczne skojarzenia, np. Big Star czy Americanos – dlaczego tak trudno było polskim firmom sobie poradzić w nowej rzeczywistości?
To skojarzenie, że produkt polski to produkt gorszej kategorii, niestety pokutowało bardzo długo, nawet gdy sytuacja zmieniła się na lepsze. Myślę, że taki stan rzeczy jest pokłosiem tego, że w latach 80. przemysł zmagał się z niedoborami materiałowymi i z taśm produkcyjnych schodziło bardzo dużo nieudanych produktów.

Polskim firmom trudno było się przebić z dobrymi produktami, stąd strategia kamuflażu i udawania Amerykanina albo Włocha

Czasopisma typu Przyjaciółka albo Veto są pełne skarg na nowe rzeczy codziennego użytku, które powinny działać, a nie działają, jak w kawale o radzieckiej maszynie do świecenia w dupie, która nie mieści się w dupie i nie świeci. Pisano co chwilę o rowerze, w którym nie kręci się koło, przeciekającej nowej wannie czy meblach, których nie da się złożyć. Przez takie skojarzenia polskim firmom trudno było później się przebić z dobrymi produktami, stąd strategia kamuflażu i udawania Amerykanina albo Włocha. Odzyskiwanie zaufania do etykiety „Made in Poland" trwało bardzo długo. Za to rzeczą, która się utrzymała, była wiara w jakość polskiego jedzenia, zwłaszcza tego w stylu „domowym" czy „babuni".

Polacy nie byli gotowi na triki drapieżnych reklamodawców – a czy oni sami byli przekonani, że ciemny lud i tak kupi wszystko, co zachodnie?
Tak myślały zagraniczne agencje reklamowe, które wchodziły na polski rynek na początku lat 90. Menedżerowie-spadochroniarze z innych krajów byli przekonani, że na nowym rynku można klientowi wepchnąć cokolwiek i sprzedawać nowe produkty za pomocą byle jak przetłumaczonych reklam, z czego wychodziły głupie hasła typu „to się wie, co się ma". To działało bardzo krótko, bo ludzie wkrótce zaczęli się nabijać z reklam, które były odklejone od lokalnego kontekstu i pokazywały z punktu widzenia polskiego widza obyczaje z innej planety.

Czy Polska na przełomie transformacyjnym była tak scentralizowana jak obecnie, czy wtedy też wszystko kręciło się wokół Warszawy?
To zależy, bo kiedy myślę o kontrkulturze czasów duchologicznych, to wychodzi na to, że każde miasto miało swoją specjalność, trochę jak w Anglii. Było Trójmiasto z purnonsensowa, absurdalną sceną, Totartem i resztą, był Wrocław, gdzie była grupa Luxus, był zimnofalowy Rzeszów. Tak samo subkultury, industrial w Łodzi, blues i metal na Śląsku.

Wiem, że lubisz Throbbing Gristle i Einsturzende Neubauten, ale jaki jest twój ulubiony artysta disco polo? Wspominana przez ciebie w książce grupa Ex-Midi jest naprawdę świetna.
To nie jest do końca disco polo, raczej jeden z zespołów, które trafiły trochę z przypadku w te rejony muzyczne. Pod hasłem „muzyka chodnikowa" kryło się trochę electro, trochę hip–hopu oraz inne eksperymenty gatunkowe, obok jakichś słabych kabaretów o politykach i piosenki biesiadnej. To był prawdziwy drugi obieg piosenki, bo nowe brzmienia najłatwiej było wydać w mniejszej, czasem półlegalnej wytwórni, niż w Polskich Nagraniach. Nawet jeśli było to wszystko wykonane i nagrane amatorsko, to osiągano przy tym czasem ciekawe efekty.

Muzycy często mieli niezłe umiejętności i dużo dobrych chęci, ale czasem okoliczności powodowały, że zaczynali grać piosenki kolonijne z akompaniamentem Casio

Jeżeli chodzi o ulubiony zespół, to nie będę oryginalna, stawiam na Jauntix. Oni chcieli grać jak Depeche Mode, śpiewali ładne piosenki o raczej smutnej wymowie, o ochronie przyrody, takie piosenki interwencyjne. Muzycy „chodnikowi" często mieli niezłe umiejętności i dużo dobrych chęci, ale czasem okoliczności powodowały, że szli w takim, a nie innym kierunku i zaczynali grać piosenki kolonijne z akompaniamentem Casio. Bywało tak, że chcieli grać rocka, ale okazywało się, że publiczność w ich okolicy oczekiwała czegoś innego niż blues albo rock, więc wpadali w szufladkę disco i już tam zostawali.

Dlaczego muzyka rockowa zajmuje w Polsce tak dominującą pozycję, a muzyka syntezatorowa zawsze była poza głównym nurtem, nawet tak masowa disco polo?
Teraz już tak nie jest, lecz na początku lat 90. naprawdę tak było. Pamiętam, jak w którymś z numerów „Tylko Rocka" pisano z obrzydzeniem o zespole New Order, że są wręcz hańbą dla muzyki. Dziennikarze mieli dużą rezerwę nawet w stosunku do Depeche Mode, którzy zdobyli sobie zaufanie krytyków z tego kręgu dopiero, gdy nagrali płytę Songs of Faith and Devotion, gdzie ukazali się w rockowym sztafażu. Wtedy zostali „prawdziwym zespołem". Telewizja pokazywała albo pop-soul à la Mietek Szcześniak, albo, na przykład w programie Luz, rockowców.

Jak wytłumaczyć ówczesną falę legend miejskich (np. o pasażerze komunikacji miejskiej ostrzegającym przed apokalipsą) czy poszukiwania duchowe w kierunki medytacji i parapsychologii Polaków?
Legendy miejskie, pogłoski, folklor mówiony, to wszystko jest symptomatyczne dla okresu zmian i niepewności. W okresach kryzysów politycznych i ekonomicznych zwykle występuje taka ofensywa irracjonalności. To próba wytłumaczenia sobie świata za pomocą dziwnych zjawisk, bo oczywiste, przyziemne tłumaczenia okazują się z jakichś powodów niewystarczające. Teraz też są popularne teorie spiskowe, tyle, że dzisiaj legendy miejskie, czasem stare i znane, tylko po tuningu, rozprzestrzeniają się głównie za pomocą kanałów internetowych.

Czy czujesz się bardziej kustoszką tradycji czy kolekcjonerką osobliwości?
Trochę archeologiem codzienności, a trochę zbieraczką makulatury. Moja pamięć trochę tak działa. Z epokowych wydarzeń zwykle zapamiętuję kompletnie nieistotne fragmenty i myślę, że ma to istotny wpływ na to, co kolekcjonuję i co zwraca moją uwagę. Uważam też, że wszystko może być na swój sposób ciekawe. Nie można ignorować żadnych elementów kultury tylko dlatego, że są masowe, tanie czy mało ambitne, bo wszystkie mówią coś o tym, jak żyjemy.