Reklama
This story is over 5 years old
The Grievous Sins Issue

Na pożyczkę: Cała prawda

Serio nie wiem, co ze sobą zrobić. Wiem tylko, że nie powinienem był tego wszystkiego mówić. Trzeba było się zamknąć. Coś tu bardzo nie gra. Nastąpił jakiś dziwaczny zgrzyt.

tekst Brett Gelman
20 Maj 2013, 10:00am


Zdjęcie: Janicza Bravo.

Żyję na wciśniętej pauzie. Zawsze tak było i będzie. To wina tego miasta. Uczy cię odwlekać sprawy w nieskończoność i udaremnia wszelkie plany. W głowie rodzi ci się jakiś pomysł, ale miasto podcina ci nogi i bierze cię w obroty, aż tracisz orientację. Nie takiego życia chciałem. Myślałem, że im wyżej zajdę w showbiznesie, tym będzie mi łatwiej. Wierzyłem, że w końcu objawi mi się naturalny porządek rzeczy. 

A gdzie tam. 

Im wyżej się wspinam po drabinie sukcesu, tym bardziej chwieją się kolejne szczeble. W oczy zagląda mi widmo upadku. W końcu polecę na łeb, na szyję, prosto w otchłań. Wystarczy, że raz omsknie mi się stopa i już nie ma odwrotu. Zginę w mrokach niepamięci. Zniknę.  

Równie dobrze mógłbym nie nakręcić ani jednego filmu. Nie uścisnąć niczyjej dłoni. Nie bzyknąć żadnej starletki. Nie wiem, jak blisko jest ten upadek. Może uda mi się dokończyć wspinaczkę. Może już do końca swych dni będę na samym szczycie. Ale pod nogami rozwiera mi się czeluść. Widzę, jak mnie kokietuje. Wyciąga do mnie pożądliwe ramiona.  

Przecież miałem wielki plan. Co się z nim stało? Wessało go to przeklęte miasto. Został mi tylko mroczny cień tego, co mogłoby być, ale nigdy nie było. Cholerna kupa śmieci. Cuchnąca sterta gówna pod cienką warstwą pozłotki. 

Dławisz się od smrodu, który wżera ci się w mózg jak trujące opary iperytu.

To miasto to jeden wielki obóz koncentracyjny! Skąpany w słońcu Oświęcim. Jestem swoim własnym kapo. Sam sobie odcinam drogę ucieczki. Więzień własnej ambicji. Zżerany przez robaka grzechu. Odarty z ducha. Zaraz upadnę na pysk i już nie wstanę. Czemu się nie uwolnię? Dlaczego nie potrafię stąd odejść? Ile jeszcze muszę osiągnąć?

Siksy, hawiry, fury, niby wszystko cacy, ale w gruncie rzeczy to czysty obłęd. Wszystkie te luksusy przypominają mi tylko o mojej przeraźliwej samotności. Nie chcę być sam. Jestem żonaty. Czemu nie skupić się na życiu rodzinnym? Spędzać więcej czasu z dzieciakiem? Odwrócić bieg rzeczy. Koniec ze ściemnianiem. Dość awantur. 

Wkoło kręci się mnóstwo palantów, którzy tylko czekają, żeby mi wszystko odebrać. Boję się każdego, kto znajduje czas, żeby się ze mną przywitać. Oni mogą mnie zniszczyć. Zabiorą mi cały dorobek życia i rozpieprzą w drobny mak. 

Miałem plan. Solidny. Łatwy w realizacji. Banalnie prosty. 

Ale też planów nigdy mi nie brakowało. Kułem żelazo, póki gorące. A w tym mieście bywa naprawdę gorąco. Jak w piekle. Tak, wiem, że zwykle temperatura nie przekracza 20 stopni, ale przecież nie chodzi mi o pogodę. Z drugiej strony, dlaczego ktokolwiek z tego miasta miałby odmawiać sobie przyjemności ględzenia o pogodzie? To jedna z zalet tej opuszczonej przez Boga ziemi. Przynajmniej takie tu panuje przekonanie.

Moja własna historia wcale do mnie nie przemawia. Wszystkie moje zamiary spaliły na panewce. Dlatego teraz tak bredzę. Nawet nie wiem, jak to się stało, że ugrzęzłem w tym martwym punkcie. Jestem kolesiem o bardzo pozytywnym stosunku do świata. 

Los ukarał mnie za dotychczasowe życie, czy tak? 

Kogo ja chcę nabrać? To wszystko stek łgarstw. Możliwe, że jestem najlepszym kłamcą świata.

Jadę samochodem. Zaglądam do wszystkich miejsc, w których mógłbym odnaleźć zgubiony sens życia. Przygarnąłbym go do domu. Budził się razem z nim. Pokochał.

Mojemu życiu i temu miastu brakuje wyraźnej struktury. Utknąłem na dobre. Nie wiem, co dalej. Ktoś włączył pauzę, ale nikt nie kwapi się wcisnąć przycisku play. 

Serio nie wiem, co ze sobą zrobić. Wiem tylko, że nie powinienem był tego wszystkiego mówić. Trzeba było się zamknąć. Coś tu bardzo nie gra. Nastąpił jakiś dziwaczny zgrzyt. 

Wybaczcie mi. Naprawdę bardzo mi przykro. Nie tego się spodziewaliście. Bądźmy jednak szczerzy: kiepska to była opowieść. Bardziej przypominała bezwładne dryfowanie po nieznanych wodach.

Ale nic się nie martwcie. Nad tyloma rzeczami nie macie żadnej kontroli. Ja wprawdzie nie boję się podejmować decyzji, ale też nie wychodzę po angielsku. 

Wszystko diabli wzięli. Zresztą, nie było innych chętnych. Nigdy więcej żadnych planów. Żadnego celu. Żadnego z góry obranego kierunku. 

Jak wygląda ten koniec? Jak do niego dotarłem? Nie mam bladego pojęcia. Zaskoczył mnie, gdy tylko opuściłem gardę. Może powinienem rzucić tę robotę. Tak, powinienem z tym skończyć.

Końca nie ma. Tak samo, jak nie było początku, ani środka. 

Gówno w życiu zrobiłem.

Przeczytaliście ostatni odcinek Combover (Na pożyczkę, przyp. tłum.), powieści Bretta Gelmana o Hollywood, łysieniu i urokach żydowskiej tradycji. Pozostałe 12 odcinków znajdziecie na VICE.com/columns/combover.

Zobacz też:

A giwerą na gang
Cyngiel do wynajęcia

Tagged:
Hollywood
Los Angeles
VICE Magazine
Varials
Combover
koniec
Numer 4 Temat 4