Sponsorowane

Możesz przekuć wirtualny hajp w prawdziwy sukces

Igor Konefał przy minimalnych środkach, a dużym nakładzie pomysłów i szczerości, zamienił marzenie swojego brata w jeden z najlepiej wypromowanych biznesów w Polsce, Hangar 646. Zapytaliśmy go, jak to zrobił

tekst Maciek Piasecki; zdjęcia: Paweł Starzec
18 Maj 2017, 3:30am

Artykuł powstał we współpracy z akcją #Play4Fejm by Playboy Fragrances – szukającą nowych talentów polskiej sceny YouTube

W czasach, kiedy lekcje WF-u wymagają specjalnych reklam w telewizji, a fakt, że wybudowany za publiczne miliardy Stadion Narodowy nie przynosi strat, jest prezentowany jako gigantyczny sukces, pomysł włożenia oszczędności życia w stworzenie od podstaw sportowego obiektu wydaje się nieco szalony. Jednak właśnie to zrobili bracia Igor i Marcin Konefał, którzy dwa lata temu ze swoim ojcem postanowili stworzyć pierwszy w Warszawie, a drugi w Polsce park trampolin. I chociaż wyrażenie „park trampolin" może nie brzmieć szczególnie dumnie, to przerobiony na sportowe potrzeby hangar lotniczy robi na żywo ogromne wrażenie, a miejsce – z 50 tys. subskrypcjami na YouTube i niemal drugim tyle na Facebooku – należy do najlepiej wypromowanych inicjatyw sportowych w Polsce.

Spotkałem się z Igorem, żeby opowiedział mi, jak dzięki internetowi udało mu się zamienić marzenie swojego brata w stały punkt wycieczek szkolnych z całego kraju odwiedzających Warszawę.

VICE: Kiedy otwieraliście Hangar dwa lata temu, spodziewaliście się, że dziś będziecie w tym miejscu?
Igor Konefał:
Mogliśmy tylko o tym marzyć. Nie wiedzieliśmy, czy to w ogóle wyjdzie. Oprócz naszego miejsca istniało w Polsce tylko jedno podobne, gdyńskie Jump City. Po tym, co widzieliśmy jeżdżąc po świecie i w internecie wydawało się to dobrym pomysłem, ale do momentu ruszenia zapisów kompletnie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać.

Byliście wtedy żółtodziobami.
Dobrze się dobraliśmy. Mimo że jesteśmy rodziną, każdy miał zestaw umiejętności, który był tutaj potrzebny. Mój tata zna się na budownictwie, mój brat miał pomysł i przygotowanie do strony sportowej, a ja znam się na promocji.

Nie wiedziałeś chyba jednak wiele o promowaniu sportowych miejscówek?
Wcześniej zajmowałem się promocją klubów i klubokawiarni. Zbierałem wtedy kapitał zaufania, który czułem, że kiedyś mogę wykorzystać – nie wiedziałem jeszcze na co. Kiedy otwieraliśmy Hangar, stwierdziłem, że muszę napisać do wszystkich, którzy mogą pomóc wypromować miejsce. Część znajomych stwierdziła: „No co ty, stary, będziesz teraz skakał na trampolinach i to promował? To śmieszne…". Jednak okazało się, że wiele osób potrzebowało takiego miejsca.

Po wrzuceniu pomysłu do sieci wiedziałeś, że potencjał jest wielki.
Usiadłem do komputera i pomyślałem, że zanim roześlę informację prasową, wrzucę na swój prywatny profil post na zasadzie „Hej, otwieramy z bratem takie miejsce, rzućcie okiem" itd. Przez pierwsze 5 minut nie było żadnego lajka – myślę sobie, „nie jest najlepiej". Zacząłem rozsyłać maile – a międzyczasie ruszyła lawina lajków. Mój prywatny post zaczęły udostępniać media, takie jak „Gazeta Wyborcza", rozniosło się to wirusowo. Postanowiłem przetestować to dalej i wrzuciłem to samo na Wykop. Po dwóch godzinach był to główny news w serwisie. Pomyślałem, żeby iść dalej. Wrzuciłem post na 9GAG, czyli jeden z największych serwisów agregujących śmieszne i ciekawe treści. Najpierw cisza… a dwa dni później obudziła mnie aplikacja portalu, bo telefon wibrował mi non stop od liczby powiadomień.

Zbudowałeś hajp.
Ale na tym, że otwieraliśmy fajne miejsce, którego nie było. Nie uważam, że robiąc cokolwiek taki hajp udałoby się zbudować. Zadziałało kilka czynników. Media były przychylne, żeby to udostępnić, ale nie podchodziłem do pomysłu górnolotnie. Od początku chciałem też, żeby miejsce było związane z miastem i jego historią – żeby to nie były typowo komercyjny, rozrywkowy obiekt z ultrafioletem. Mieliśmy szczęście, że udało nam się znaleźć nieużywany hangar lotniczy z lat 50.

Myślisz, ze pomogła wam skromność?
Chyba tak. Moja znajoma rozmawiała kiedyś z polskim twórcą gier Ignacym Trzewiczkiem, który nie jest skromny: mówi o tym, że ma zasługi w branży i jest dobry w tym, co robi i otwarcie przyznaje, ze Polacy nie lubią takiego podejścia. Nie za bardzo lubimy, gdy ktoś mówi o swoich sukcesach w wyniosły sposób.

Ale hajp szybko znika. Jak udało się wam z niego skorzystać?
Martwiliśmy się, że ludzie zapomną o nas do czasu otwarcie. Ale staraliśmy się podgrzewać atmosferę, jednocześnie uczciwie traktując naszych potencjalnych gości. Cale budowanie się miejsca można prześledzić na naszym Instagramie i Facebooku. Niektórzy mówili, że zgłupieliśmy, pokazując, jak wszystko robimy. Jednak uznaliśmy, że dla kogoś to może być ciekawe. Jednocześnie przyznawaliśmy się, że nie wszystko potrafimy i wiele osób z internetu okazało nam pomoc.

Nie woleliście pokazywać, że jesteście super i wiecie, co robicie?
Przy Hangarze wszystko robię inaczej, niż uczyli mnie moi poprzedni szefowie. Postawiliśmy na szczerość – jeśli coś nie działało, coś trzeba było przełożyć, to mówiliśmy o tym otwarcie. Wydaje mi się, że ludziom zależy, by wiedzieć, że po drugiej stronie też jest człowiek, że nie ma do czynienia z anonimowym produktem. My od początku mówiliśmy, że to rodzinny projekt, pokazujemy siebie i naszych pracownikow.

Myślisz, że moglibyście być w tym miejscu, gdyby wasz tata nie mógł pomagać wam swoją wiedzą i pieniędzmi, bo – załóżmy – pracowałby za minimalną pensję w supermarkecie?
Pewnie byłoby ciężej. Ale kasę, żeby zrobić Hangar mieliśmy dlatego, że nasi rodzice sprzedali mieszkanie, więc to było niewiarygodne ryzyko. Przyznam, że baliśmy tego wsparcia, bo wiemy, że takie rzeczy zbierają mocny hejt na zasadzie „o zrobili projekt za kasę rodziców" – ale znam sporo osób, które też dostały pieniądze od rodziców, a nie udało im się ich przekuć w żaden sukces. Więc to wsparcie nie było czynnikiem, który zadecydował o powodzeniu projektu. Jednak gdyby nie ono, pewnie musielibyśmy się posiłkować kredytem w banku, a obawiam się że żaden bank nie dałby pieniędzy na coś, co wydawało się finansowym samobójstwem.

Banki nie dają pieniędzy za lajki?
Ludzie nie patrzą na popularność w sieci jako na realną wartość, która może się na coś przełożyć. A my nasz biznes opieramy w 95% na mediach społecznościowych: Facebooku, Instagramie, Snapchacie. Nie jesteśmy gigantyczną korporacją, którą stać na kupno różnych kanałów promocji, więc robimy to inaczej.

Chcesz zostać gwiazdą YouTube? #Play4Fejm by Playboy Fragrances może ci w tym pomóc. Wszystkie szczegóły znajdziesz tutaj.