praca

Praca w sieciówce nauczyła mnie nienawidzić ludzi

Ten tekst jest o chamach i prostakach, cholerykach i brutalach, flejach i świntuchach — o klientach
Jan Bogdaniuk
tłumaczenie Jan Bogdaniuk
Kasjerka patrzy na grupę wściekłych klientów.
Ilustracje: Laura Binder

„Przepraszam” — powiedziałam. „Proszę wchodzić do przebieralni tylko pojedynczo”. Nastolatka rzuciła mi prowokujące spojrzenie, a jej chłopak zrobił się czerwony jak cegła. Odpowiedziała: „Po prostu mi zazdrościsz, że mam chłopaka”.

Parę godzin później inna klientka zdarła sukienkę z wieszaka i chciała się dowiedzieć, czy mamy ją w innych rozmiarach. Gdy powiedziałam jej, że nie, rzuciła ją na ziemię, odwróciła się i bez słowa skierowała do wyjścia. Grzecznie poprosiłam ją, żeby odwiesiła sukienkę na miejsce, na co odpowiedziała: „Tutaj ją znalazłam”.

Reklama

Później, wciąż tego samego dnia, jakiś facet nakrzyczał na mnie za to, że przełożyłam plecak, który zostawił na podłodze sklepu i kompletnie o nim zapomniał. Próbowałam mu wytłumaczyć, że ktoś mógłby go ukraść, gdybym nie zabrała go do biura rzeczy znalezionych, ale on tylko wydzierał się, że „nie będzie go jakaś gówniara ze sklepu pouczała”.

Takie dni przydarzały mi się zdecydowanie zbyt często w ciągu czterech lat przepracowanych w dwóch dużych sieciówkach z modą. Wygląda jednak na to, że nie ma znaczenia, co sprzedajesz: ciuchy, kawę, odkurzacze, brokuły, czy kondomy — zawsze i wszędzie jest tak samo. Nienawidziłam tej roboty i w końcu ją rzuciłam.

Ostatnio spotkałam się z dwoma byłymi koleżankami z pracy, które teraz nienawidzą ludzkości równie mocno, co ja. Postanowiłyśmy podzielić się z wami naszymi najgorszymi doświadczeniami z pracy w sprzedaży detalicznej. Anna i Miriam wciąż pracują w sieciówkach, więc zmieniłam ich imiona, żeby nie straciły roboty. Ja też zresztą nie nazywam się Juli — musiałam podpisać umowę poufności, gdy jeszcze pracowałam w tym piekle na ziemi.

Eine Jeans mit einem blutigen Tampon in einer Tasche hängt neben einem Mantel den Fliegen umschwirren

Fleje i świntuchy

Juli: Pewnego razu kobieta z wózkiem przetoczyła się przez sklep, przewracając i zrzucając wszystko na swojej drodze. Dość poirytowana ruszyłam jej śladem do przebieralni. Czekając, aż skończy przymierzać, sortowałam i układałam ubrania, które porozrzucała. Nagle odsunęła zasłonę i po prostu stała i patrzyła, jak jej dziecko wyrzyguje cały obiad. Następnie wzięła jedną z koszulek przewieszonych przez jej ramię, wytarła dzieciakowi twarz, po czym podała mi ją bez słowa.

Reklama

Miriam: Przebieralnie to najohydniejsze miejsce na świecie, bo ludziom wydaje się, że są niewidzialni. Kiedyś ktoś zostawił stertę ubrań na podłodze. Gdy je sprzątałam, zauważyłam coś w kieszeni jednej pary dżinsów. To był zakrwawiony tampon.

Anna: Kiedyś znalazłam kubeczek po lodach, który tak się lepił, że bałam się go dotknąć. Później wróciłam do tej samej przymierzalni, a do kubeczka było naszczane. To był naprawdę niewielki kubeczek, więc rozejrzałam się i zdałam sobie sprawę, że podłoga też jest zasikana. A potem odkryłam, że ktoś nasrał do kieszeni kurtki.

illustration

Chamy i prostaki

Juli: Pracowałam na kasie już dobrych kilka godzin i nie mogłam pójść na przerwę, bo było nas za mało na zmianie. Gdy w końcu ktoś przyszedł mnie zmienić, zamknęłam kasę. Starsza pani z tyłu kolejki zaczęła na mnie krzyczeć, wściekła, że wychodzę. Próbowałam jej wyjaśnić, że musimy przestrzegać harmonogramu przerw, na co odpowiedziała: „Jak na ciebie patrzę, to całe twoje życie to jedna wielka przerwa”.

Anna: Zaraz mieliśmy zamknąć, więc zaczęłam ogarniać sklep. Strasznie bolały mnie plecy i nie mogłam się już doczekać, żeby pójść do domu. W moim dziale została już tylko jedna klientka — matka z dzieckiem. Przerzucała ciuchy z takim zapałem, że zrzuciła cały ich stos na ziemię. Gdy jej dziecko zwróciło jej uwagę, że zrobiła bałagan, matka powiedziała: „Nie szkodzi, ta pani jest od tego, żeby to posprzątać”.

Reklama

Miriam: Klientka chciała zapłacić za bardzo małe zakupy banknotem o wysokim nominale. Zapytałam ją, czy może ma jakieś drobne. Zero reakcji. Zapytałam jeszcze raz, na co wrzasnęła: „Nie!”, więc po prostu przyjęłam banknot i włożyłam do kasy. Gdy już odliczyłam jej resztę, przekopała się przez swoją torebkę i rzuciła na ladę kilka monet. Zignorowałam je, bo w takich sytuacjach zawsze odpowiadam tak samo: „Przepraszam, już nabiłam na kasę”. Znowu zaczęła się na mnie wydzierać: „Czego oni was teraz uczą w tych szkołach?! Bo chyba nie matematyki!”.

Bezczelni i bezwstydni

Juli: Włączył się alarm przeciwpożarowy, więc musieliśmy szybko ewakuować sklep. Kilka osób wpadło w lekką panikę, ale nie dwie dziewczyny, które znalazłam w dziale obuwniczym. „Musimy ewakuować budynek. Proszę skierować się do najbliższego wyjścia” — powiedziałam.

„Minutkę, już tu kończymy”.
„To nie są ćwiczenia. Proszę jak najszybciej opuścić budynek!”.
„A nie możemy jeszcze szybciutko zapłacić za te buty?”.
„Ale której części »proszę natychmiast wyjść« panie nie rozumieją?!”.
„No przepraszam, trzeba mówić wyraźnie, a nie tak bełkotać”.

Mriam: Pewna kobieta chciała zwrócić kurtkę, w której ktoś wypalił dziurę. Grzecznie zauważyłam, że to raczej niemożliwe, żeby kurtka od nowości miała wypaloną dziurę od papierosa. Nie spodobało jej się to. Wydarła się na mnie, żebym jej oddała pieniądze. Miałam jej naprawdę dosyć, więc pozostałam przy moim zdaniu. Ona nie odpuszczała, więc zawołałam menadżera, w nadziei, że jakoś się z nią upora. Podszedł do kasy, rzucił okiem na kurtkę i uznał, że przyjmiemy zwrot. Kazał mi też przeprosić „za moją bezczelność”. Kobieta spojrzała na mnie ze złośliwą satysfakcją i powiedziała: „No, słucham”.

Reklama

Anna: Kobieta w bardzo zaawansowanej ciąży chciała przymierzyć coś w kącie sklepu. Dyskretnie ją obserwowałam, żeby zobaczyć, czy po prostu zostawi na ziemi niechciane ubrania. Wtedy zauważyłam, że ma coś pod koszulką. To był jej mąż, który robił jej dobrze ręką. Wszystko to w dziale dziecięcym.

Ein Kind weint, eine Hand holt zur Backpfeife aus

Cholerycy i brutale

Juli: Naprawdę nie znosiłam pytać klientów, czy chcą kupić torebkę na zakupy, ale nie mieliśmy wyboru. Wiele osób z automatu odpowiadało „nie”, ale potem w szoku patrzyło, jak podaję im zakupy bez torebki. Dokładnie coś takiego przydarzyło mi się z jednym typem, który po prostu stał naprzeciwko mnie, cały rozeźlony, i domagał się ode mnie wyjaśnień, jak niby ma spakować swoje rzeczy. Powtórzyłam, że torebka kosztuje 15 centów (ok. 60 groszy). Dopiero się wściekł. Cisnął mi drobnymi w twarz i wrzasnął: „Dawaj tę jebaną torbę!”. Posunął się za daleko, więc musiałam go wyprosić ze sklepu.

Anna: Jakiś mały chłopczyk darł się na cały sklep. Jego matka po prostu go zostawiła, całego zapłakanego. Po dziesięciu minutach wróciła i zdzieliła go po głowie. Zadzwoniłam do biura i zapytałam, czy powinniśmy wezwać policję. Niestety zorientowała się i szybko wyszła razem z dzieckiem.

Miriam: Klientka zostawiła w przebieralni totalny chlew. W przypływie odwagi zapytałam ją, czy nie mogłaby odnieść ubrań na miejsce. Wściekła się i powiedziała, że mówię tak do niej tylko dlatego, że jest czarna. Odpowiedziałam, że kolor jej skóry nie ma tu nic do rzeczy, ale w tym momencie cisnęła mi bluzę w twarz. Zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować, rzuciła we mnie wszystkim, co było w przymierzalni i uciekła.

Reklama

By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”. Jesteśmy też na Twitterze i Instagramie.

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE Germany


Więcej na VICE: